Skuterem można śmiało jeździć po górach, ford focus może uratować życie, a żeby Polak nauczył się jeździć, muszą minąć pokolenia - o tym wszystkim opowiada nam dziennikarz motoryzacyjny Jerzy Iwaszkiewicz.

Maciej Piaszczyński: Jak to się stało, że pokochał Pan akurat motoryzację?


Jerzy Iwaszkiewicz: Najpierw jeździłem na skuterze marki Osa. Startowałem na nim w rajdach tatrzańskich. Trzy razy jechałem na osie na Gubałówkę. Przeżycia były ogromne, bo skuter ten psuł się w każdej sytuacji. Była to jednak prawdziwa polska motoryzacja.


- Czy można jeszcze mówić o polskiej motoryzacji?


- Teraz polska motoryzacja wygląda tak, że niebawem w fabryce samochodów osobowych na Żeraniu będzie wielki jarmark „Europa”, ten sam, który wcześniej był na Stadionie Dziesięciolecia. Będzie to jedyna fabryka samochodów na świecie, gdzie zamiast produkowania pojazdów będzie się sprzedawało skarpetki.


- Wróćmy do Pana przygód z motoryzacją. Jak wspomina Pan zdobywanie prawa jazdy?


- Kursy różniły się tym, że instruktorzy nie macali tak często kobitek po nogach, jak to się dzieje dzisiaj (śmiech). Oni po prostu pracowali. Ale to były dawne czasy. Pamiętam, jak dostałem już prawo jazdy, wjechałem samochodem na jakieś rondo w Warszawie i zobaczyłem: z lewej samochody, z prawej samochody, z tyłu, z przodu… Widziałem, że przerasta to moje możliwości, więc wysiadłem z samochodu i zostawiłem go na środku tego ronda. Zrobił się ogromny szum, wszystko stanęło, a ja się schowałem za rogiem i patrzyłem, co się dzieje, bo w końcu zostawiłem tam własny samochód. Podszedł do mnie policjant i, o dziwo, nie krzyczał, nie pałował, tylko spokojnie powiedział, wskazując samochód: Idź i zabierz go stamtąd. W ten właśnie sposób stałem się kierowcą. Było to w latach sześćdziesiątych. Potem pojechałem do Paryża i kupiłem za 50 dolarów renault. Nie mogłem się tylko opierać, bo robiły się w nim dziury.


- Jakie są Pana ulubione marki?


- Najlepiej wspominam dwie marki. Dziesięć lat przejeździłem samochodem marki Honda. To nudny samochód, ale prawie w ogóle się nie psuje. Drugi samochód to ford fokus, który uratował mi życie. Jechałem nim gdzieś w okolicy Sochaczewa. Tam jest koszmarna droga i ciągle widuje się wypadki. Jakaś kobieta nie zdążyła zahamować i uderzyła mnie z tyłu, wypychając w lewo na czołówkę. Pierwszy samochód uderzył mnie w przód. Wtedy urwał się silnik, a samochód obrócił się tyłem. W tym momencie dostałem drugie uderzenie, tym razem w tył. Wszystko było pourywane, został tylko mały kikut samochodu, a w środku ja. Pamiętam, że siedziałem w środku i czekałem, kiedy to się wreszcie skończy. Jak przyjechała karetka, to lekarz nie mógł uwierzyć, że to ja kierowałem tym samochodem. Ford fokus jest naprawdę bezpieczny.


- Kontynuując wątek przygód drogowych - jak jeździ się Panu w Polsce?


- W Polsce jeździ się koszmarnie. Za granicą można przejechać setki, tysiące kilometrów i nic się nie dzieje. Tylko przejedziemy polską granicę i od razu natrafiamy na sytuacje podbramkowe, które często kończą się tragicznie. Polacy jeżdżą tak, jakby zbyt wcześnie przesiedli się do samochodów z wozów drabiniastych. Polak, jak jedzie, to myśli, że jest najważniejszy na szosie i lepszych od niego nie ma, stąd te okropne wypadki. W Niemczech na 100 wypadków giną 4 osoby, w Polsce 12-14 osób. Poza tym Polak nie potrafi jeździć wolno, bo myśli, że jak już wydał pieniądze na drogi samochód, to teraz będzie się ścigał z całym światem. Inna sprawa, że drogi mamy dziurawe, bo „Polska w budowie” dopiero trwa. Co najważniejsze, to trwa to naprawdę. Wszystko jest rozkopane, jednak kiedyś te wszystkie drogi się połączą i będzie tego naprawdę dużo. Mnie nauczyła Ameryka, że jeżeli kierowca widzi walce drogowe, to się cieszy, że coś się zmienia, a nie narzeka na utrudnienia.


- Czy poprzez szkolenia można zmienić przyzwyczajenia polskich kierowców?


- W Polsce ciągle szkoli się w sposób absolutnie idiotyczny. Zalicza się na placu jazdę tyłem po łuku i co do centymetra sprawdza, czy nie przekroczyło się linii. Nikt się przecież jeszcze nie zabił, jadąc tyłem. Jeżeli ktoś nie umie jechać tyłem, to najwyżej kogoś zadrapie i będzie to go kosztowało pieniądze, ale nie życie. Nauka jazdy powinna skupić się na prawdziwej praktyce, czyli uczyć, jak zachować się w najczęstszych sytuacjach drogowych, a nie mierzyć odległość od słupka.


- Czy to ma szansę się zmienić?


- Dobre jest to, że choć wolno to następuje, to zmianę przyzwyczajeń polskich kierowców już zaczyna być widać. Na pewno nie wszystko zmieni się od razu. Muszą minąć pokolenia, zanim Polacy zaczną jeździć, a nie ścigać z całym światem.


 


 Rozmawiał Maciej Piaszczyński


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0