„Jazda Polska” z Kubą Bielakiem

Kuba Bielak

W programie stacji TVN Turbo „Jazda Polska” Kuba Bielak stale próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak przetrwać na polskich drogach. Nam tłumaczy natomiast, dlaczego dziś system edukacji kierowców powinien stale się zmieniać i dlaczego Polak coraz chętniej się doszkala.

– Początek fascynacji motoryzacyjnych to…

– Zdecydowanie maluch. To znaczy prawo jazdy robiłem na maluchu. Chociaż właściwie to pierwsze kroki robiłem pod kuratelą ojca. Duży fiat 125, zielony kolor, później dopiero, gdy ukończyłem 18 lat, przyszedł poszedłem na kurs, oczywiście na maluszku, egzamin też na maluszku. Jednak pierwszy samochód to jednak duży fiat ojca, którym to zresztą w czasach kryzysu i stanu wojennego jeździliśmy, wlewając pół na pół benzynę i rozpuszczalnik. Później odziedziczyłem ten samochód. To dzięki ojcu zacząłem w młodym wieku bardziej uważać na drodze. To była bardzo ciekawa historia. Ojciec prowadził wytwórnię farb artystycznych, które rozwoził po całym kraju. Bardzo często mu towarzyszyłem. Ładowaliśmy cały samochód i jechałem przykładowo do Krakowa, gdzie musiałem rozwozić to po sklepach. Miałem 18-19 lat i już ciążyła na mnie ogromna odpowiedzialność, która nauczyła mnie ogromnej pokory i postrzegania jazdy samochodem w szczególny sposób.

– Jaki był Pana pierwszy własny samochód?

– Pierwsza była „beczka”, czyli mercedes 123. Dostałem go od ojca w nagrodę za zdaną maturę. Cieszyłem się nim dwa lata, po czym ukradli mi go na części. Po roku dostałem radosną informację, że się odnalazł. Niestety w postaci kupki szkła, dwóch śrub i kawałka podsufitki. Potem przyszedł czas na kolejne samochody.

– Jak wspomina Pan swój kurs na prawo jazdy?

– Kurs wspominam bardzo dobrze. W ośrodku gdzie zdawałem było coś w rodzaju miasteczka ruchu drogowego, tam zdawało się manewry. Nie był to zwykły plac, były tam znaki, pasy, wyglądało to naprawdę świetnie. Warto wspomnieć, że po Warszawie poruszano się wtedy spokojniej niż teraz, więc z jazdą w mieście dawałem sobie radę świetnie. Miałem dobrego instruktora, a do tego wspomagał mnie ojciec. Miałem sporą motywację do tego, co sprawiło, że każda lekcja to była frajda, a nie stres.

– Czyli kiedyś zdobywanie prawa jazdy było przyjemniejsze?

– Zdecydowanie tak. To były czasy, kiedy przepisy związane z otwieraniem szkół jazdy nie były jeszcze tak liberalne jak dziś. Wtedy większość szkoleniowców była fachowcami, którzy przede wszystkim czuli w sobie pasję. To nie było tylko źródło utrzymania, tylko realizowanie siebie poprzez pasję, a dopiero na drugim miejscu zarabianie pieniędzy. Ci ludzie chcieli przede wszystkim uczyć, no a teraz to jest jak jest…

– A co z dzisiejszymi instruktorami?

– Od pewnego czasu kursy nauki jazdy stały się głównie sposobem na zarabianie pieniędzy. Wytworzyła się znaczna konkurencja cenowa, więc instruktorzy jeżdżą po osiem, dziesięć godzin dziennie z kursantami i to jest bezsensowne. Nawet ludzie z pasją do zawodu po tylu godzinach już nie wiedzą o czym mówią. Jakość takiego szkolenia spada radykalnie. Do tego dochodzi ciągle niski poziom szkolenia instruktorów, przypadkowi ludzie którzy szkolą. Jeżeli chodzi o instruktorów, to mogę tu przytoczyć pewien fakt. W Akademii Bezpiecznej Jazdy, którą prowadzę, raz w roku robimy nabór na kurs instruktora techniki jazdy. Robimy najpierw kurs kwalifikacyjny do kursu instruktorskiego. Na sam kurs kwalifikacyjny dostaje się około 50 osób. Do kursu instruktora dopuszczonych jest już tylko około 20, a 30 zawsze odpada. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby w tej dwudziestce było więcej niż dwóch instruktorów nauki jazdy. Wszystko przez obowiązujący w Polsce system szkolenia instruktorów, który jest oparty na totalnym bezładzie. Zwykle proces nauki opiera się na nauczeniu do egzaminu, a u nas trzeba nauczyć jeździć.

– Co powinno zostać zmienione w kwestii szkoleń kierowców?

– Proces powinien być poddawany stałym zmianom, wymaga tego ogromna dynamika rozwoju motoryzacji. Tak też powinien zmieniać się i proces szkolenia. To z jednej strony, a z drugiej proces nauczania powinien być zunifikowany tak, żeby niezależnie od tego, gdzie ktoś się uczy, w Warszawie czy małym miasteczku, to jego proces edukacji wyglądał tak samo. U nas gwarancją tego, czy ktoś się nauczy, czy nie, jest trafienie do dobrego lub złego instruktora. Tak nie powinno być.

– Trochę to zależy również od samych kursantów.

– Ja mam takie przekonanie, że nie ma tępych uczniów, tylko są źli instruktorzy. Oczywiście jeśli ktoś się nie chce nauczyć, to się go nie nauczy. Nie można kijem wkładać wiedzy do głowy. Problem motywacji jest taki, że jeśli w kursant wie, że w Polsce zdawalność jest na poziomie np. 30 proc., to idzie z przekonaniem, że i tak nie zda i nie przykłada się należycie do tego, żeby się nauczyć. Tu się zamyka błędne koło – z jednej strony niewykształceni w odpowiedni sposób instruktorzy, dla których liczy się obrót, a z drugiej ludzie, którzy przychodząc na kurs są pewni, że za pierwszym razem nie zdadzą i tracą motywację.

– Jak wobec tego wpłynąć na motywację kursantów?

– Przede wszystkim uważam, że prawo jazdy jest w Polsce za tanie. Cena warunkowałaby to, że jak kursant miałby świadomość, że musi zapłacić duże pieniądze za kurs, to musi się do tego przyłożyć. Tak jest przecież na Zachodzie.

– Wielu właścicieli ośrodków postuluje wprowadzenia ceny minimalnej za kurs. Czy to dobry pomysł?

– Oczywiście tak. Obniżanie kosztów, które obserwujemy, zwykle odbija się na jakości. Sprawa jest prosta, każdy instruktor prowadzący szkołę chce zarobić. Żeby zarobić jak najwięcej, będzie brał jak najwięcej godzin. Czym więcej będzie tych godzin, tym jakość będzie mniejsza.

– Wróćmy do kierowców, którzy mają już jakieś doświadczenie za kierownicą. Czy polski kierowca lubi się w jakiś sposób doszkalać?

– To się bardzo zmieniło. W tej chwili widać duży napływ do szkół doskonalenia techniki jazdy klientów indywidualnych. Ludzie się dowiedzieli, że takie szkoły są i chcą się szkolić. My prowadzimy szkołę od 1996 roku. Przez pierwsze pięć lat indywidualnych klientów w roku można było policzyć na palcach jednej ręki. W roku 2000 było to już około dziesięciu, piętnastu osób, może dwudziestu. W zeszłym roku przeszkoliliśmy około półtora tysiąca indywidualnych osób, czyli ludzi z ulicy, którzy przyszli sami, żeby się uczyć. Żeby taki człowiek przyszedł, musi w jego głowie zakiełkować myśl, że jest niedoskonały, tu jest olbrzymia zmiana. Ludzie wiedzą, że ciągle muszą się szkolić.

– Co wpłynęło na tę zmianę myślenia?

– To właśnie dynamika zmian w motoryzacji sprawiła, że ludzie chcą się dokształcać. Na rynek każdego roku wchodzi ogromna ilość nowych modeli samochodów, które wyposażone są w nowoczesne systemy. Zwiększa się również natężenie ruchu i migracje osób z mniejszych miast do większych. Ludzie chcą dobrze jeździć i chcą się uczyć, a to podstawa, aby dziś można było w miarę bezpiecznie funkcjonować na polskich drogach.

 

Kuba Bielak

Prowadzący program „Jazda polska” w TVN TURBO. Współzałożyciel Akademii Bezpiecznej Jazdy w Warszawie i zarządzający. Ekspert z dziedziny bezpieczeństwa jazdy samochodem oraz metodyki treningu jazdy samochodem. Wykładowca i prelegent z dziedziny bezpieczeństwa jazdy.

 

Wasze komentarze (3)

  1. To prawda! wprowadzenie cen minimalnych rozwiązałoby wiele problemów związanych z jakością szkolenia, bo to jest gwarancją rzetelnej pracy nauczyciela jazdy.
    • Jestem instruktorem nauki jazdy i często oglądam ,,Jazdę Polską''.Pan Kuba jest dla mnie autorytetem w naszej dziedzinie,Świetnie prowadzi ten program.Pozdrawiam
      • Mi się osobiście Pan Kuba trochę przejadł. Oczywiście serdecznie go pozdrawiam, od czasu do czasu program oglądam. Co do cen minimalnych... Konkurencja jest dobra, jeżeli jednak odbija się to na kursancie to cena minimalna powinna zostać wprowadzona. Pytanie brzmi JAKA?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.