Złota rybko, maserati poproszę!

– Uwielbiam jeździć samochodem. Choć nie jestem może świetnym kierowcą. Ale doskonale parkuję. Jeśli tylko istnieje możliwość, żeby na miejscu parkingowym zmieściło się auto, to tam wjadę – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” dziennikarka telewizyjna Ula Chincz.

Jakub Ziębka: Wyobraźmy sobie, że złapała pani złotą rybkę. Ale ta rybka jest dosyć specyficzna. Spełnia tylko jedno życzenie i do tego stawia warunek. Musi pani wybrać: nowy rower, skuter, hulajnoga, motor albo samochód. Trudno się zdecydować?

Ula Chincz: Zastanawiałam się chwilę nad hulajnogą. Ale na poważnie wybieram samochód. Biorąc po uwagę dystans, jaki dzieli mój dom od miasta i co za tym idzie, liczbę kilometrów do pokonania, auto jest jedynym dobrym rozwiązaniem.

Rybka jest w tak dobrym humorze, że pozwala pani nawet wybrać markę samochodu.

– No to myślę o aucie niepozornym, niewzbudzającym sensacji, szalenie eleganckim. Maserati! Jeśli mamy szaleć, to byłby idealny.

Wróćmy do rzeczywistości. Czy jest pani zadowolona z samochodu, którym pani obecnie jeździ?

– Mam być szczera? Nie. Jeżdżę crossoverem. Odziedziczyłam to auto po ojcu, ale żal mi go sprzedawać, bo czuję do niego sentyment. Natomiast uważam, że jest to samochód do niczego. Bo nie jest autem terenowym, rodzinnym, miejskim ani vanem. Tylko, jak sama nazwa wskazuje, krzyżówką tego wszystkiego. Gdyby więc był to mój świadomy, racjonalny wybór, postawiłabym na coś innego.

Ale przynajmniej jest duży, a ja lubię takie samochody. Poza tym ten sentyment. Więc póki się nie rozpadnie, będę nim dalej jeździła.

Jak zaczęłam mówić o samochodach, tym od rybki i crossoverze, uświadomiłam sobie, że nigdy nie miałam swojego.

To ciekawe.

– Zawsze jeździłam samochodem ojca lub męża. Nigdy nie byłam formalną posiadaczką auta. Ale ma to swoje plusy. Zawsze można powiedzieć policjantowi, który widzi, że w dowodzie rejestracyjnym wpisany jest ktoś inny: „samochód nie jest mój, ja nie wiem do końca, jak się go prowadzi i dlatego tak się rozpędziłam”. Ten sam argument można zastosować, gdy kilka dni wcześniej minął termin wykonania badań technicznych.

Na facebookowym profilu znalazłem zdjęcie, które świadczy o tym, że pani samochód spełnia wiele funkcji. Na przykład czasami zamienia się w restauracyjkę. Można tam zjeść choćby późny lunch.

– Proszę pana, ja w samochodzie jem, pracuję, maluję się, potrafię się przebierać, słucham muzyki, audiobooków, rozmawiam przez telefon. Jak wspomniałam, mieszkam daleko od miasta, więc mój dzień wygląda często tak: praca – spotkania – czasem jakieś wieczorne wyjście. Biegam po mieście całe dnie. Trzeba więc sobie jakoś radzić. Dlatego często z tyłu, na wieszakach, wiszą ubrania na kilka okazji. A ponieważ mam przyciemniane tylne szyby, mogę się nawet w aucie bezpiecznie przebierać. Poza tym mam dziecko. Trzeba je zawieźć do szkoły, na trening, na spacer nad Wisłę. W zasadzie w samochodzie toczy się spora część mojego życia.

Taki drugi dom.

– Może nie do końca, bo w domu nie miałabym takiego nieporządku. Często wożę w aucie psa, więc on trochę nabrudzi. Poza tym jeżdżę z całą masą rzeczy, np. ubraniami, które muszę oddać do krawca i pralni, koszykami na zakupy. Mój bagażnik jest wiecznie zapchany.

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, samochód pełni w pani życiu ważną rolę. A jak jest z prowadzeniem? Sprawia to pani przyjemność?

– Uwielbiam jeździć. Choć nie jestem może świetnym kierowcą. Ale doskonale parkuję. Muszę się tym pochwalić! Jeśli tylko istnieje możliwość, żeby na miejscu parkingowym zmieścił się samochód, to tam wjadę. Mam stuprocentową skuteczność! Często robię to z wyłączonym czujnikiem parkowania. Dochodzi do tego, że czasami mój mąż, podjeżdżając do miejsca parkingowego, mówi: „nie ma szans, nie zmieszczę się”. Odpowiadam wtedy: „zamieńmy się miejscami, zobaczysz, że dam radę”. I daję. Przyznam się, traktuję parkowanie jako pewnego rodzaju wyzwanie.

Uważam też, że dobrze radzę sobie na autostradzie. Jadę szybko i sprawnie, nie blokuję lewego pasa. Ale za to muszę mieć przy sobie pilota, żeby wskazywał mi, którym zjazdem muszę pojechać. Bo w innym przypadku mogłabym nie dotrzeć tak łatwo do celu.

Podsumowując, jeśli bierzemy pod uwagę parkowanie i jazdę po autostradzie, jestem naprawdę dobra!

A co należałoby poprawić?

– Za często sięgam po telefon w momencie, gdy stoję na światłach. Mogłabym poprawić kwestię przewidywania zachowań innych kierowców. Bo czasami wydaje mi się, że wszyscy jeżdżą równie sprawnie jak ja. Natomiast udało się popracować nad niecierpliwością i brakiem życzliwości. Kiedyś, gdy byłam młodym i troszkę narwanym kierowcą, po tym jak na kogoś zatrąbiłam moja mama powiedziała jedno ważne zdanie: „pomyśl sobie, że on może właśnie wracać z pogrzebu”. Zrobiło mi się głupio. Od tamtego czasu staram się podchodzić do innych kierowców z większym zrozumieniem. Przecież każdy z nas może mieć gorszy dzień, być czymś zdenerwowany. Ale nadal do białej gorączki doprowadzają mnie warszawscy taksówkarze. Albo, żeby oszczędzać paliwo, jadą 30 km/h, albo, co zdarza im się często, bez skrupułów zajeżdżają drogę.

Warszawa to chyba nie jest miasto przyjazne kierowcy, prawda? Choćby ze względu na korki.

– Nie tylko. Opowiem panu anegdotę. Pracowałam kiedyś w Trójmieście, więc miałam samochód na gdyńskich „blachach”. Gdy tylko pojawiałam się nim na warszawskich ulicach, stołeczni kierowcy bez przerwy na mnie trąbili i gestykulowali. Wszystko po to, żeby mi pokazać, że w Warszawie, koleżanko z Gdyni, jeździ się zupełnie inaczej. To było bardzo zabawne. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że jestem warszawianką, uczyłam się jeździć w stolicy i tam też zdawałam egzamin.

Zdany za pierwszym razem?

– Jak najbardziej. A był to 1995 rok. Wtedy rzadko zdarzało się, żeby ktoś zdał za pierwszym razem, jeśli nie dał „w łapę” komu trzeba. Zdawałam maluchem. Najbardziej bałam się placu manewrowego. Jak tylko udało mi się go zaliczyć, prawie popłakałam się ze szczęścia. No ale przede mną była jeszcze jazda po mieście. Wyruszyliśmy, a egzaminator był mocno zasępiony. Starałam się jakoś zagaić, rozpocząć rozmowę. Wtedy egzaminator powiedział mi, że jest smutny, bo właśnie w tym dniu musiał uśpić swojego psa. Myślałam, że już po mnie. Ale zdałam, choć pod koniec egzaminu przeżyłam jeszcze chwilę grozy. Doszło do parkowania tyłem. Wjechałam tak, że byłam blisko samochodu, który stał po mojej lewej stronie. Egzaminator powiedział: „jeśli wysiadając dotknie pani drzwiami tamtego auta, obleję”. Musiałam się sporo nagimnastykować, ale się wyślizgnęłam, nie dotykając zaparkowanego samochodu.

Ula Chincz – dziennikarka telewizyjna i reporterka. Przez wiele lat związana z marketingiem i PR. Porzuciła karierę menedżera, bo przyszła pora na telewizję: przez dwa lata prowadziła z Tomaszem Kammelem „Pytanie na śniadanie”, a od 2014 roku pracuje w „Dzień Dobry TVN” jako reporterka, a czasem jako współprowadząca (w duecie z Dorotą Wellman, Marcinem Prokopem i Bartoszem Węglarczykiem). Autorka popularnego bloga i kanału na YouTube „Ula Pedantula”, poświęconego codziennym domowym wyzwaniom. Współautorka książki „7 dni. Świat Andrzeja Turskiego” poświęconej jej ojcu.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.