W potrzasku

kobieta otrzymująca kluczyki do samochodu

Wolny rynek to dar niebios, który daje każdemu możliwość zarobienia milionów i prowadzenia błogiego życia. Ale to tylko jedna strona medalu…

Zgłosiła się do mnie kolejna kursantka. Kurs na prawo jazdy robiła w jednej z poznańskich szkół. Dziewczyna, tak jak pozostałe osoby z tej szkoły, które miałem przyjemność szkolić, wykupiły go na jednym z serwisów oferujących zakupy grupowe. Nie oparły się pokusie niskiej ceny. Dokonały takiego wyboru mimo że nie przeczytały ani jednej pozytywnej opinii o szkole jazdy, w której miały zamiar rozpocząć kurs. Dlaczego? Bo ten ośrodek żadnej takiej nie miał.

Znaki, skrzyżowania i… ksero

Wszystkie dziewczyny łudziły się, że negatywne opinie wypisuje zazdrosna konkurencja. Historia każdej z nich jest dokładnie taka sama. Wykupiły kurs na portalu i udały się do biura szkoły. Formalności zostały załatwione bardzo szybko. Podpisano umowę, której żadna z pań nie przeczytała. Dlaczego? Bo to kilka stron. Poza tym sekretarka zapewniała, że to czysta formalność narzucona przez wydział komunikacji.

Zajęcia z teorii sprowadziły się do podpisania listy obecności i otrzymania materiałów do nauki – dodatkowo płatnych. W cenie kursu była tylko kserokopia kilku skrzyżowań i znaków. Profesjonalne materiały do nauki kosztowały, ale każdy uczestnik kurs poniósł ten dodatkowy wydatek. Na zajęciach teoretycznych wszyscy kursanci otrzymali ponadto numer telefonu do instruktora, z którym mieli mieć jazdy. Mieli się z nim skontaktować sami.

W pogoni za instruktorem

Kursantka, która ostatnio do mnie przyszła, bezskutecznie próbowała skontaktować się ze swoim instruktorem przez trzy miesiące! W końcu się udało. Okazało się, że pierwsze zajęcia odbędą się jednak dopiero za miesiąc. Potem jazdy odbywały się z częstotliwością raz na dwa – trzy tygodnie. Po kilku miesiącach kursantka ukończyła w końcu część praktyczną. Instruktor poinformował ją, że teraz musi się udać do biura i przystąpić do egzaminu wewnętrznego teoretycznego. Jak go zaliczy, to ma do niego zadzwonić. Wtedy umówią się na egzamin wewnętrzny praktyczny. Tak też zrobiła. Teoretyczny egzamin wewnętrzny zdała za pierwszym podejściem. Kiedy jednak zadzwoniła do swojego instruktora, okazało się, że do praktycznego może podejść za miesiąc, bo nie ma wolnych terminów.

„Normalna procedura”

Egzamin wewnętrzny zakończył się wynikiem negatywnym. Powód? Zbyt późne sygnalizowanie zamiaru skrętu. Nie kwestionuję tego wyniku, kursantka również się z tym zgodziła. Instruktor poinformował ją, że ma udać się do biura. Tam wszystko jej wyjaśnią.

W biurze dowiedziała się, że zgodnie z umową, po oblanym egzaminie wewnętrznym praktycznym musi wykupić dziesięć godzin jazd doszkalających. Dopiero wtedy będzie mogła podejść do egzaminu wewnętrznego. Z kolei brak zaliczenia egzaminu wewnętrznego praktycznego w drugim podejściu wymusza na kursancie wykupienie dwudziestu godzin jazd doszkalających. Sekretarka powiedziała, że jest to normalna procedura stosowana przez wszystkie szkoły jazdy.

Większość osób, które przyszły do mojej szkoły, ale też do ośrodków moich znajomych, miała ten sam problem. Po kilku niezdanych egzaminach wewnętrznych – z powodu najechania tylnym kołem na linię, braku dynamiki jazdy, niestosowania się do zasad eco-drivingu, nieupewnienia się o możliwości przejazdu przez skrzyżowanie, mało płynną jazdę – kursantki rezygnowały z usług szkoły jazdy. Nie robiono im problemów z przygotowaniem odpowiedniej dokumentacji kursu. Jednak sekretarka zniechęcała do odejścia do innego ośrodka, tłumacząc, że wszyscy się w tej branży znają. Jeśli ktoś nie zdał egzaminu wewnętrznego dwa lub trzy razy, to w tej nowej szkole pewnie też mu się nie uda.

Biednego nie stać na tanie rzeczy

Kursantka, która się do mnie zgłosiła, rozpoczęła kurs teoretyczny w styczniu 2014 roku, pierwszy egzamin wewnętrzny zdawała w maju 2015 roku. Twierdzi, że była bardzo dyspozycyjna, jeżeli chodzi o terminy jazd. Ile osób zaczynało razem z nią kurs? Co najmniej 100. Ona podeszła do dwóch egzaminów wewnętrznych, łącznie wykupując – zgodnie z podpisaną umową – trzydzieści godzin jazd za 1,5 tys. zł. Kurs kosztował ją 800 zł, materiały – 100 zł.

Szkoła jazdy to biznes, a na wolnym rynku trzeba sobie jakoś radzić. Jedni robią to dzięki wysokiej jakości oferowanych usług, inni z pomocą ludzi, dla których liczy się niska cena. Mój dziadek mawiał, że biednego nie stać na tanie rzeczy, bo będzie musiał częściej je zmieniać. W ogólnym rozrachunku wyjdzie więc drożej.

 

Marcin Zygmunt, instruktor nauki i techniki jazdy

Wasze komentarze (2)

  1. Znam inne przykłady jeżeli kursantka ma wybrać między wizytą u kosmetyczki a umówioną jazdą to wybierze zawsze wizytę u kosmetyczki instruktor jak palant będzie czekał gdy łaskawie zjawi się na kolejnej umówionej jeżdzie, nie wykrztusi to to słowa przepraszam siada oburzona mówiąc nie mogłam przyjść bo byłam umówiona gdzie indziej, tak też się dzieje,bo kursanci wiedzą że szkoły o nich zabiegają, lekceważą ten cały kurs ale oczekują dobrego wyniku, po egz. szukają usprawiedliwienia swojej niefrasobliwości braku dyscypliny wewnętrznej zrzucając winę na szkołę czy instruktora. Ginie etos zawodu instruktora, no i te walki podjazdowe wielu szkół nie dodają splendoru temu środowisku. i Co Wy na to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.