Teraz ja – Może to norma?

Zdanie egzaminu na prawo jazdy, może nie tylko w Elblągu, jest dosłownie maratonem. Ja przynajmniej mogę tak to nazwać, nie zdałam już kilka razy, aż w końcu pomyślałam sobie, że chyba marny ze mnie kierowca i może nie powinnam w ogóle mieć tego papierka…

Usłyszałam tak od jednego egzaminatora, który stwierdził, że nie powinnam być kierowcą, że utrudniam ruch, że wolno jeżdżę, że słaba, a nawet zła dynamika jazdy. Tylko że już w pierwszych minutach egzaminu pan egzaminator powiedział: „oj, cienko to widzę”. Tak naprawdę powiedział to na pierwszym skrzyżowaniu po wyjeździe z WORD-u. Jego zdaniem chyba powinnam jechać jak pirat, ale krążyłam z nim po Elblągu prawie 40 minut. Niestety, za zbyt ostrożną jazdę, za ustąpienie pierwszeństwa, za niewyłączenie kierunkowskazu zostałam skreślona przez niego jako przyszły kierowca. Rozumiem, że mogłam jeździć szybciej, ale nie jechałam „20”, tylko trzymałam się koło „40”, a w większości egzaminator wybierał ulice, gdzie były ograniczenia do „40”.

Niecały tydzień później przystąpiłam do egzaminu ponownie, jeździłam po mieście niecałe 30 minut i fakt, zrobiłam błąd – po prostu zagapiłam się. Wcześniej usłyszałam od egzaminatora, że jeżdżę dobrze, zachowuję spokój, mam podzielną uwagę, zwracam uwagę na wszystko, co się wokół mnie dzieje, mechanizmy w samochodzie są mi dobrze znane i potrafię je obsługiwać. Niestety, troszkę się zagapiłam na skrzyżowaniu i źle pojechałam. No i oblany, moja wina ewidentnie.

Kolejny egzamin. Egzaminator bardzo się śpieszył, nawet po otwarciu maski nie dał mi spokojnie opowiedzieć tego, co miałam, tylko kazał zamykać. Ale ok, placyk zaliczony, na wzniesieniu też dobrze, potem miasto. Spokojnie jeździłam, tak jak poprzednim razem, tyle że egzaminator ciągle dziwnie wzdychał… Patrzę na licznik, prędkość ok., już sama nie wiedziałam, o co mu chodzi. Ale wykonywałam polecenia i wszystko było dobrze. Minęło jakieś 25 minut jazdy, egzaminator kazał mi pojechać drogą z pierwszeństwem, więc wjeżdżając na nią, włączyłam lewy kierunek i usłyszałam: „po co pani prawy kierunek! prawy pani włączy, jak będzie pani zjeżdżała ze skrzyżowania”. Mówił tonem wiadomo jakim, więc mówię do niego: „to był lewy kierunkowskaz”. Ale on mi na to, że on wie lepiej. No cóż, nie dawałam się wyprowadzić z równowagi. Potem te trudniejsze zadania: zawracanie, rondo, parkowanie, infrastruktura tyłem, hamowanie we wskazanym miejscu i wjazd pod górkę, polecenie w lewo na sygnalizacji świetlnej. Ok., akurat było czerwone, więc zatrzymałam się, zaciągnęłam ręczny i czekam. Pomarańczowe i start. Byłam piąta, więc i tak bym nie przejechała, bo światła tam są bardzo krótkie (ulic nie kojarzę, bo nie jestem z Elbląga). No i zgasł mi samochód. Byłam zdziwiona, takie rzeczy mi się nie zdarzały, zerknęłam na egzaminatora, głupawy uśmiech, ruszam jeszcze raz, znowu zgasł. Egzamin przerwany… Byłam w szoku, ruszanie z ręcznego mam obcykane i robię to dobrze, zawsze i od samego początku mój instruktor mnie za to chwalił. No cóż, może egzaminator jednak mi w tym pomógł? Na moim arkuszu przebiegu egzaminu praktycznego jest czternaście pozytywnych ocen z wykonanych zadań i jedna negatywna – sposób używania mechanizmów sterowania pojazdem, i ocena – silnik gaśnie, na skrzyżowaniu powstał zator itd.

Potem egzaminator przewiózł mnie przez miasto niczym Kubica… Kierunkowskazów nie używał, pieszy jeszcze na przejściu, a on jechał mu prawie po plecach. Jechał około „70”, slalomem wyprzedzał przed przejazdem kolejowym i to właśnie z taką prędkością, że musiałam się przytrzymać drzwi, bo wylądowałabym na nim. Widać śpieszyło mu się po następną osóbkę. Słyszy się, czekając przy bramce na swoją kolej (a ludzie stoją tam i czekają jak na skazanie, zwłaszcza boją się, kto po nich podejdzie), różne rzeczy. Słyszałam, że sporo osób oblewa na wzniesieniu, dwa razy zgaśnie samochód i po egzaminie. Słyszałam, że egzaminatorzy czasem w tym pomagają. Po prostu delikatnie i niezauważalnie (prawie) naciskają swój hamulec i nie ruszysz za nic w świecie. Nie ma szans, by nie zgasł. Dziś wiem, że to jednak prawda. Moja koleżanka miała egzamin i właśnie na wzniesieniu raz jej zgasł. Powiedziała do egzaminatora, by zabrał na chwile nogę z okolic hamulca, to ona ruszy. No i ruszyła, i to płynnie… Wyjechała na miasto, 5 minut i koniec jazdy.

Czasem ma się chęć coś im odpowiedzieć, ale naprawdę nie warto, wtedy wiadomo, że już po egzaminie. Ludzie nie chcą się odwoływać, no bo co to da? Potem oblewa się kilka razy. Ja stojąc tam i widząc, ile osób zdaje, nie mogę uwierzyć. Na 20 osób zdaje jedna. To niemożliwe, że pozostałe nie potrafią jeździć. Robię sobie troszkę przerwy w podejściach do egzaminu, jestem już po prostu wykończona. Może jestem przewrażliwiona? Nie wiem, ale nie tylko ja tak to odbieram. Są tacy, co podchodzą już dwunasty raz. Może taka ma być norma? Piszę to wszystko nie ze złości, nie dla zemsty czy jakiejś satysfakcji, ale ktoś chyba musi to opowiedzieć. Przecież my też jesteśmy ludźmi. Nawet jak się robi jakieś błędy, to co to za błędy? Zgaśnie samochód i po egzaminie? Każdemu się zdarza. Jestem teraz załamana, ale się nie poddam. Chcę mieć to prawo jazdy i będę walczyła dalej. I innych też zachęcam, by przetrwali. Wiem, że to trudne, ale nie dajcie się.

mur za Elbląska Gazeta Internetowa

 

Wasze komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.