Egzaminatorzy w katowickim WORD-zie przeszli kurs na ratowników przedmedycznych. Jeżdżą specjalnie oznakowanymi samochodami i potrafią pomóc ofiarom wypadków. Przeszkoleni są też pracownicy w samych ośrodkach. Na wypadek, gdyby któryś z kandydatów na kierowców źle się poczuł.

To pierwsza taka inicjatywa w Polsce. Na pomysł szkolenia pracowników wpadł Janusz Kuwak, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Katowicach. Tamtejszy WORD obsługuje sześć miast - Dąbrowę Górniczą, Tychy, Bytom, Katowice, Jastrzębie-Zdrój i Rybnik.


Egzaminator zignorował potrzebującego pomocy


- Rocznie mamy około 200 tysięcy egzaminów - mówi Kuwak. - To są sami kandydaci na kierowców. A do tego trzeba jeszcze doliczyć osoby towarzyszące, z którymi często przychodzą egzaminowani. W przypadku tak dużej grupy ludzi zawsze coś może się wydarzyć. Mieliśmy kilka sytuacji, wymagających natychmiastowej interwencji. Jednemu z klientów zdarzył się atak epilepsji, był też atak serca, całkowite ustanie czynności życiowych. Poradziliśmy sobie, pomoc została udzielona.


Jednak w historii katowickiego WORD-u są też niechlubne przykłady postępowania. Kilka lat temu całym krajem wstrząsnęło zachowanie tamtejszego egzaminatora. Mężczyzna przeprowadzał egzamin z młodą dziewczyną. Jechali osiedlową ulicą, na której leżał mężczyzna. Obok niego kula. Egzaminator, zamiast wysiąść z samochodu, kazał dziewczynie ominąć inwalidę i jechać dalej.


- Ten mężczyzna został natychmiast zwolniony dyscyplinarnie, ponieważ jego zachowanie było karygodne - wyjaśnia Kuwak. - Poszedł do sądu pracy, przegrał we wszystkich instancjach. Nie chcemy nigdy więcej podobnych sytuacji.


Jak twierdzi wicedyrektor WORD-u, co roku wszyscy instruktorzy przechodzą szkolenia z wcześniej wybranej dziedziny.


200 osób z podstawowym szkoleniem


- Od kilku lat chodziło za mną, że te szkolenia powinny się odbyć z zakresu pierwszej pomocy - wyjaśnia odpowiedzialny za tematykę szkoleń wicedyrektor. - W ten sposób prawie 200 egzaminatorów ze wszystkich sześciu naszych ośrodków wzięło udział w przeszkoleniu podstawowym. Potem poprosiłem instruktorów, żeby ich ocenili i wybrali najlepszych -zaangażowanych i z predyspozycjami. Wyselekcjonowaliśmy w ten sposób dwadzieścia osób, które przeszły dodatkowy, profesjonalny kurs na ratowników przedmedycznych.


Dodatkowo w szkoleniu wzięło udział dwadzieścia pracownic administracji. Chodziło o to, by na każdej zmianie, w każdym ośrodku był ktoś, kto jest w stanie udzielić pomocy do czasu przyjazdu karetki.


Samochody egzaminacyjne ze znaczkiem


Na każdym samochodzie, którym jedzie przeszkolony egzaminator, przyczepiony jest specjalny, mocowany na magnes, znaczek. To biały krzyż w czerwonym kole z napisem „Ratownik przedmedyczny. Każdy może potrzebować pomocy. My możemy jej udzielić”. Dodatkowo w każdym samochodzie jest lepiej wyposażona apteczka. Znajdują się w niej m.in. taśmy do odgrodzenia miejsca wypadku czy koce termiczne. A co potrafią egzaminatorzy?


- Oczywiście nie zamierzamy konkurować z pogotowiem - wyjaśnia Kuwak. - Nasi pracownicy mają najniższy stopień ratowniczy, chodzi o to, by potrafili pomóc człowiekowi jak najszybciej, a przede wszystkim, by się tego nie bali. Podczas szkolenia skupiono się przede wszystkim na wypadkach, które mogą zdarzyć się na drodze. Zatem oprócz typowych działań, takich jak czynności mające na celu przywrócić akcję serca czy opatrywanie oparzeń, firma szkoleniowa wyjaśniała też, jak np. pomóc motocykliście, w jaki sposób zdjąć mu kask. Bo zdejmowanie go na siłę przy złamanym kręgosłupie skończyłoby się tragicznie.


Świńska wątroba i żeberka w fantomie


Szkolenie trwało 45 godzin i było w większości praktyczne. Żeby oswoić przyszłych ratowników przedmedycznych, instruktorzy wypełniali fantomy mięsem kupionym u rzeźnika. Po to, żeby ratownicy oswoili się z widokiem krwi i dotykiem narządów. Bo być może przyjdzie im kiedyś trafić na wypadek, gdzie trzeba będzie pomóc człowiekowi z obrażeniami wewnętrznymi i ranami.


- Ci, którzy brali udział szkoleniu, są bardzo zadowoleni - mówi Kuwak. - Mówią, że przede wszystkim pozbyli się strachu. I są gotowi pomagać. Choć mam nadzieję, że nigdy nie staną przed taką koniecznością.


Przeszkoleni pracownicy nie otrzymali za swoje dodatkowe umiejętności wyższego wynagrodzenia.


- Od razu przedstawiłem sprawę jasno, że oni muszą chcieć to robić i umieć, bo mają taką potrzebę, chcą pomagać, a nie dlatego, że wiążą się z tym pieniądze - wyjaśnia pracodawca. - Ale oczywiście taki pracownik jest dla nas bardzo cenny, o czym będziemy pamiętać choćby przy systemie premiowym. Ale zaczynając kurs oni o tym nie wiedzieli.


Anna Łukaszuk

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0