Samochód ma duszę

– Uważam, że każdy samochód, choć to tylko przedmiot, ma duszę. A my, jego użytkownicy, wchodzimy z nim w kontakt. Trzeba to mechaniczne zwierzę szanować, dokarmiać, dbać o nie – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Jan Nowicki.

Jakub Ziębka: Chciałbym porozmawiać z panem o samochodach.

Jan Nowicki: Strasznie się dziwię, że w ogóle istnieje taki stwór na czterech kołach, który nie wiadomo z jakiego powodu się porusza. Tajemnica działania silnika zawsze była, jest i będzie dla mnie nieodgadniona. Choć mam znajomych, ba, nawet członka mojej rodziny lubiącego grzebać przy autach, ja do tej grupy osób zdecydowanie nie należę.

Chciałbym jeszcze przypomnieć, że rozmawia pan z człowiekiem 75-letnim, pochodzącym z biednej rodziny, mieszkającej w małym miasteczku na Kujawach. Gdy byłem dzieckiem, samochodów tam prawie nie było. Motoryzacja pojawiała się wówczas głównie w postaci motoroweru simson, własności aptekarza.

Jak więc zaczęła się pana przygoda z motoryzacją?

Pamiętam czasy, gdy z moim ojczymem, który był kierowcą w Ochotniczej Straży Pożarnej, jeździliśmy autem napędzanym holzgasem. Zdarzało się, że jak brakowało nam paliwa, zatrzymywaliśmy się po to, żeby narąbać trochę drewna. Było to kilka lat po wojnie. Z kolei straż miała na wyposażeniu studebakera. Samochód był do tego stopnia niewyważony i zdewastowany, że pomocnik ojca, nazywany Dzidzikiem, facet o wadze 100 kg, wieszał się po prawej stronie, gdy trzeba było skręcić w lewo.

Potem auta stawały się bardziej powszechne, ale wciąż dla prawie każdego niedostępne. Przyznam, że ja nigdy nie marzyłem o tym, żeby mieć samochód. Ale w pewnym momencie stałem się posiadaczem takiej maszyny. Pomógł w tym kilkudniowy epizod w jakimś niemieckim filmie. Pieniądze, które otrzymałem za swoją pracę, były dla przeciętnego Polaka wręcz niewyobrażalne. Postanowiłem więc kupić samochód.

Jaki?

Był to innocenti mini, włoska wersja mini coopera, taki samochodzik na małych kółkach. Właśnie wtedy wykształcił mi się właściwy stosunek do auta. Bo po co jest mi ono potrzebne? Samochód służy do przemieszczania się, ułatwiania życia. Zdecydowanie nie powinien być przedłużeniem penisa. A tak to niestety często bywa. Uważam, że jeśli rzecz, jaką jest samochód, dowiezie mnie do celu, to spełnia swoją funkcję. Nieważne, czy kosztuje 2 tys., a może 200 tys. zł. Więc przesadne zajmowanie się samochodem jest dla mnie pewnego rodzaju wieśniactwem. Podobnie jest z jazdą z nadmierną prędkością. Z czego się to bierze? Z kompleksów. Taki człowiek chce udowodnić – sobie, może innym – że jest dobry, lepszy niż w rzeczywistości.

Opowiem historię, która obrazuje mój stosunek do auta. Jechałem innocenti mini na próbę do Starego Teatru w Krakowie. Na ul. Karmelickiej potrącił mnie tramwaj. Co zrobiłem? Wiedząc, że jestem już spóźniony, pojechałem dalej. Nawet nie wysiadłem zobaczyć, jakie samochód miał uszkodzenia. A na tamte czasy było to auto luksusowe. Nawiasem mówiąc, potem chciał je ode mnie odkupić Jurek Stuhr.

Właśnie od tego momentu przy zakupie kolejnych aut towarzyszył mi kompletny luz. Nigdy nie czułem się wyjątkowo, gdy miałem samochód lepszy od tych, którymi jeździli inni ludzie. Albo od tych w ogóle nieposiadających auta.

Uważam jednak, że każdy samochód, choć to tylko przedmiot, ma duszę. Tak jak choćby wieczne pióro. I my, jego użytkownicy, wchodzimy z nim w kontakt. Trzeba to mechaniczne zwierzę szanować, dokarmiać, dbać o nie.

Jakie było w takim razie najważniejsze kryterium, którym kierował się pan przy zakupie kolejnych aut?

Wszystko zależało od tego, ile miałem w danym momencie pieniędzy. Przyznam się, że dopiero całkiem niedawno dowiedziałem się, co to jest kredyt czy pożyczka. W ogóle się na tym nie znałem. Ba, nie chciałem się znać. Jeżeli miałem pieniądze na małego fiata, to go kupowałem. Zresztą właśnie tym samochodem zjechałem z Barbarą (chodzi o Barbarę Sobottę, słynną sprinterkę, mistrzynię Europy i medalistkę olimpijską, matkę syna Jana Nowickiego – Łukasza – przyp. red.) pół Europy. Z tyłu auta było miejsce leżące dla mojego małego syna, obok siedziałem ja. Prowadziła Barbara, na przednim siedzeniu leżała jeszcze wielka walizka. Z kolei na dachu znajdowały się jeszcze dwie kolejne walizki i namiot. Właśnie tak obładowanym maluchem wylądowaliśmy w San Sebastian, Wenecji i Mediolanie.

Z kolei opla kadetta kupiłem od mojego kumpla, zawodowego piłkarza Ryśka Sarnata, ze względu na… bagażnik.

Naprawdę?

Tak. Byliśmy na jakimś przyjęciu, samochód był cały wyładowany kumplami. Wraz z magazynierem pracującym wtedy w Wiśle Kraków wsiedliśmy więc do bagażnika. Była tam półeczka, światło, można było postawić flaszkę. Tak mnie zachwycił ten bagażnik, że samochód po prostu kupiłem. Dobrze wspominam także mercedesy.

Z jakiegoś konkretnego powodu?

Nigdy mnie nie zawiodły. Nie psuły się, nie musiałem się martwić o ich stan techniczny. No i wygoda. Ale z drugiej strony, często źle się czuję, kiedy jadę samochodem, a inni nie mają takiej możliwości. Przypomniała mi się kolejna historia. Kiedyś odwoziłem z próby teatralnej Tadka Łomnickiego. Było to w Warszawie, padał deszcz. Wtedy całkiem serio powiedziałem do niego: „Tadek, ja się czuję trochę nie w porządku, bo ludziom pada na głowę, a mi nie. Czy tak powinno być?”. Odpowiedział: „Ty już powinieneś mieć samolot, nie samochód”. Takie refleksje towarzyszą mi do dziś.

Skoro mówimy już o komforcie, przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. Zauważyłem, że w samochodach o niskim poziomie komfortu dzieci nie wymiotują. Z kolei w najnowszych autach, cichych i wygodnych, zdarza im się to bardzo często. Ale mężczyźni z tych drogich samochodów i tak są zadowoleni…

W którymś z wywiadów przeczytałem, że jeździł pan także na motocyklu.

Nie, w zasadzie zdarzało mi się to tylko podczas kręcenia filmów. Wtedy trzeba robić wszystko: jeździć samochodem, udawać, że się prowadzi jacht. Lubię natomiast stare przedmioty. Dlatego, gdy w pewnym sklepie we Włocławku zobaczyłem motorower Simsona, postanowiłem go natychmiast kupić. Oczywiście nie dlatego, że chciałbym się nim przejechać. Wystarczyło mi przyglądanie się. Jeśli jednak znalazłby się jakiś fan starej motoryzacji, który chciałby go mieć w swojej kolekcji, chętnie mu go sprzedam, zamienię się na inną, może nowszą maszynę.

 

Jan Nowicki (ur. 5 listopada 1939 roku w Kowalu k. Włocławka) – polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, pedagog. W latach 1958 – 1960 studiował na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, w 1964 roku ukończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Debiutował na deskach Starego Teatru w Krakowie w „Zaproszeniu do zamku”. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach, m.in. „Sanatorium pod Klepsydrą” czy „Wielki Szu”. Jest autorem książek: „Mężczyzna i one”, „Białe walce” i „Dwaj panowie”.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.