Felieton Janusza Ujmy

W Polsce uznano, że prawo jazdy jest wartością rynkową, na której można nieźle zarobić - pod warunkiem, że będzie się odpowiednio sterować uwarunkowaniami zmierzającymi do zabezpieczenia interesów wąskich grup, motywując te poczynania troską o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Gdyby było inaczej, nowa Ustawa o kierujących pojazdami miałaby inne oblicze i jeszcze przed terminem jej obowiązywania nie wracałaby na wniosek 58 posłów do poprawki jako kolejny bubel (uzasadnienie druk nr 4416 z dnia 23 maja br. - poprawek do Ustawy o kierujących pojazdami). Było już pierwsze ich czytanie na Sejmowej Komisji Infrastruktury przez tych samych, którzy są sprawcami tych knotów. Zbliżające się wybory parlamentarne rozwieją uzasadnione poprawki i od przyszłego roku ta kulawa Ustawa zacznie obowiązywać - ku uciesze naszych branżowych przedstawicieli.


Ośrodki szkolenia byłyby lepiej wyposażone niż są, a to dlatego, że tracą miliony złotych przy ciągłej wymianie samochodów, która to sprawa jest wałkowana od samego początku i urosła już do rangi spraw nierozwiązywalnych (jak we włoskiej mafii czy ustawie hazardowej). Egzaminy na prawo jazdy u wielu zdających nie nosiłyby niezapomnianych emocji poprzez wywoływany i skalkulowany specjalną instrukcją egzaminowania stres oraz niezapomnianego poczucia niesprawiedliwego oblania egzaminu na prawo jazdy, który w Polsce jest wspominany (wg sondażu) jako egzamin najtrudniejszy do zdania. Nie od stopnia trudności egzaminu, ale od dowolności ocen i sztywnego interpretowania instrukcji powstały takie opinie. Do tego jeszcze dochodzi masa szkółek, gdzie panoszy się chałtura.


Wyrzucenie instruktora z egzaminu państwowego wypaczyło system. Przy obecnym nasileniu ruchu i zagrożeń egzaminator bardziej skupia się na zabezpieczeniu jazdy w czasie egzaminowania niż na właściwej ocenie kursanta. Delegowanie co roku instruktorów na obowiązkowe trzydniowe szkolenie opłacane przez przedsiębiorcę jest najgorszym rozwiązaniem. Grupy, które obecnie przy pomocy naszych organizacji pozarządowych czerpią z funduszy europejskich forsę z tzw. Kapitału Ludzkiego, masowo szkolą nas - przedsiębiorców, a następnie już w Ustawie załatwiono sobie „warsztaty” dla instruktorów, aby corocznie był dopływ kapitału i praca. Chciałbym usłyszeć autentyczną ocenę dotychczasowego szkolenia.


Urzędowe pytania na prawo jazdy są testami sprawdzającymi, czy dany kandydat ma wystarczającą wiedzę dotyczącą ustalonych zasad poruszania się w ruchu drogowym, sposobu wykonywania ustalonych manewrów i jego obowiązków w stosunku do innych użytkowników dróg i organów odpowiedzialnych za nadzór nad bezpieczeństwem w ruchu drogowym. Ponadto jako możliwy bezpośredni uczestnik wypadku drogowego powinien umieć udzielić ewentualnym poszkodowanym pomocy przedmedycznej. Dzisiaj więcej pytań jest z ochrony środowiska i kultury jazdy niż pytań o budowę i eksploatację pojazdów samochodowych - bo taka jest potrzeba czasu. Obecnie w 20 zestawach testów jest 18 pytań: 12 zasadniczych i 6 specjalistycznych (np. jak wymieniać koło zapasowe) z trzema odpowiedziami prawidłowymi lub nieprawidłowymi. Łącznie 490 pytań na podstawową kategorię prawa jazdy kat. B. Czas na odpowiedzi 25 min. Firmy wydawnicze, w tym prasa, szybko zorientowały się, że na testach i pytaniach do pytań jest znaczna przebitka i w ten sposób można zwiększyć nakłady prasy. Stąd prawie co miesiąc mamy „NOWE” pytania, „NOWE” płytki CD czy DVD, „NOWE” kodeksy drogowe i… ciągle jakaś „NOWOŚĆ” w resorcie infrastruktury.


W czasach PRL, gdy komisje egzaminacyjne były przy wojewódzkich wydziałach komunikacji, pytania na prawo jazdy zadawał ustnie egzaminator, który często miał trudności w sformułowaniu pytania, a kiedy już je zadał - często wzbudzał zdziwienie egzaminowanego i dochodziło w przypadku negatywnej oceny do polemik, które ośmieszały egzaminatora. W latach 60. Ministerstwo Komunikacji i Spraw Wewnętrznych rozporządzeniem wprowadziło zestawy po 6 pytań z przepisów i dopytywaniem przez egzaminatora (Dz.U. nr 27 poz. 183). Odpowiedziami były podane artykuły i paragrafy ustawy z dnia 27 XI 1961 r. (Dz.U. nr 53) Przykładowo załączam oryginalny zestaw nr 31, gdzie w pytaniu nr 5 czytamy: „Kiedy wolno pchać inny pojazd?”. Odpowiedź: paragraf 35, ust. 1.


W 1989 r. pod kierownictwem płk. H. Próchniewicza wydawnictwo Czasopisma Wojskowe wydało w trzech zeszytach „Pytania i odpowiedzi dla kandydatów na kierowców ubiegających się o prawo jazdy kategorii B, A i T”, gdzie zawarto po 570 pytań podstawowych i 232 z testami uzupełniającymi na kat. B i etc. Odpowiedzi były trzy a prawidłowa jedna. W tym czasie na rynku szkolenia niepodzielnie panował LOK, PZMot i ZDZ. Były jeszcze uniwersytety robotnicze i kursy dla rolników oraz szkolenia programowe w szkołach. Redakcja tych trzech zestawów pisze m.in. „Wydając zbiór tych pytań, chcemy przyjść z pomocą osobom, które pragną uzyskać prawo jazdy kat. B, A i T w pełniejszym opanowaniu programowego materiału nauczania, a tym samym w lepszym przygotowaniu się do egzaminu teoretycznego”. O poziomie i atmosferze szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców w tych czasach pisałem we wcześniejszych moich felietonach.


W III RP do głosu powróciły prywatne szkoły jazdy a urzędnicy wzięli się za biznesy, dlatego wydziały komunikacji przekształcono na wydziały gospodarki, które najczęściej wspólnie ze starymi strukturami szkolenia kierowców wzięły się z egzaminowanie, upatrując od początku w tym znaczną intratę. Biznesu urzędnikom zabroniono w urzędach, więc powołano agendy, jak np. wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego, które obecnie nadają ton wydawanym przepisom w zakresie szkolenia i egzaminowania kierowców.


Kiedy w 1991 r. państwa stowarzyszone w Brukseli ujednoliciły systemy szkolenia i egzaminowania w swoich krajach, u nas, jeszcze nie myśląc o Unii Europejskiej i jej dyrektywach, wprowadzaliśmy nowe pomysły, często odbiegające od dyrektyw unijnych. Stworzyliśmy system, który przez dwie dekady doskonalimy i jak widzimy, społeczeństwo w tym zakresie ponosi wielkie koszty. Tymi często niepotrzebnymi kosztami nikt się nie przejmuje - bo przyjęto zasadę w całym państwie, że na całej motoryzacji należy dobrze zarabiać.


W 1992 r. ministerstwo ds. transportu przygotowało nowe formy szkolenia i egzaminowania, a w tym oczywiście zmianę testów urzędowych, które zrazu określono jako „kuriozalne” - gdyż część pytań nie miała merytorycznej odpowiedzi. Ciągle więc je zmieniano, często po jedno, dwa pytania, aby dopasować do zmieniającej się ustawy zasadniczej czy dyrektywy UE. Przy okazji wyrzucono jakieś kontrowersyjne pytanie, aby rozreklamować, że „na rynku ukazały się nowe testy” i aby maszyny drukarskie poszły w ruch. Teraz, aby w nowej Ustawie o kierujących pojazdami pokazać, że minister ds. transporu potrafi - wprowadzono jako jeden z pierwszych utajnienie pytań na prawo jazdy. Pytań tych nie konsultował ze środowiskiem szkolącym i egzaminatorami i jak buńczucznie oświadcza „ze swoimi ekspertami”( sic!). Od przyszłego roku pytania będzie generował komputer i będą to pytania jednorazowego wyboru - jak to uzasadniono, aby wykluczyć dotychczasowe kucie testów i podnieść dotychczasowy poziom szkolenia, z którego egzaminatorzy nie są zadowoleni (i moim zdaniem nie mogą być zadowoleni - przy takim ustawieniu całego tego systemu). Przede wszystkim chodzi o kasę, bo teraz za dużo osób (80-90 proc.) zdaje teorię. Nie wszyscy muszą wszystko rozumieć, bo i tak wielu kandydatów na kierowców nie zaglądnie do podręcznika, tylko będzie szukało pośredników.


Mam nieodpartą chęć doczekania, jak to się ułoży. Czy szkoły będą lepiej szkolić, a jeśli tak, to za jakie pieniądze? Jaki będzie efekt szkolenia w superośrodkach i co na to odpowie społeczeństwo. Czego jeszcze zażyczą sobie WORD-y od ministra ds. transportu i o ile wzrośnie cena „za załatwianie” prawa jazdy.


Sposób rozwiązywania spraw, które najbardziej bulwersują i pochłaniają ogromne pieniądze, tj. dysponowanie przez WORD-y samochodami egzaminacyjnymi i nowa forma „ewentualnego nieodpłatnego użyczania” samochodów OSK na egzamin, świadczy o poziomie chęci rozwiązywania tych spraw, które w takim toku myślenia są nie do rozwiązania.


Na koniec pytam - jak długo u nas „tajne urzędowe pytania” będą tajnymi, skoro wydawnictwa czekają. Nieco przerobić trzy tysiące pytań to trochę pracy. O wiele tańsze będą „przecieki”. I taki będzie efekt tej kampanii radosnych twórców.


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0