Skandynawia słynie z bezpiecznych dróg i odpowiedzialnych kierowców. Kluczem do sukcesu jest m.in. wysoki poziom szkolenia. To kosztuje. Czas i pieniądze. Nawet dziesięć razy więcej niż w Polsce. W Niemczech aż tak drogo nie jest, ale wymagania wobec kursantów są duże.

Najbezpieczniej jeździ się w Szwecji. Tak wynika z raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Realizowana od dwudziestu lat „Vision Zero” zmniejszyła liczbę ofiar wypadków do 27 na milion mieszkańców (w Polsce ten tragiczny wskaźnik wynosi ok. 80). Wszystkie kraje skandynawskie dążą do „wizji zero”, czyli ani jednego śmiertelnego zdarzenia na drogach. Rok temu światowe media obiegła informacja, że w Norwegii przez dwanaście miesięcy nie zginęło ani jedno dziecko! Jak to możliwe? Między innymi dzięki inwestycjom w infrastrukturę, surowym karom dla piratów drogowych, obowiązkowym alkolockom w samochodach służbowych. Ale najważniejsza jest powszechna edukacja komunikacyjna. Eksperci komentują, że szkolenie kierowców według systemu skandynawskiego zaczyna się tak naprawdę już w przedszkolu. Najmłodszym wpaja się odpowiedzialne zachowania na chodniku i ulicy. Nieco starsi poznają przepisy, uczą się bezpiecznie jeździć rowerem. Za kierownicą w Szwecji i Norwegii może usiąść szesnastolatek. Ale tylko pod nadzorem opiekuna, np. ojca czy starszego brata.


Drogo i długo


Taki domowy nauczyciel musi mieć prawo jazdy (co najmniej od pięciu lat) i czystą kartotekę. To znaczy nie może być karany np. za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości


- Jeśli trenujesz z kimś prywatnie, samochód powinien być oznaczony literą L - opowiada Barbara, Polka od ponad dziesięciu lat mieszkająca w Trondheim. - Jazdy z zawodowym instruktorem są drogie, od 600 do 750 koron za 45 minut - dodaje.


Nawet dla dobrze zarabiających Skandynawów to sporo. Przeliczanie NOK na złotówki powoduje zawrót głowy.


- Jazdy nocne kosztują 1600-1800 koron. A cały kurs i egzamin to wydatek na poziomie 30 tys. koron, czyli 15 tys. zł - oblicza pani Barbara.


Skąd taka suma? Szkolenie praktyczne przewiduje trzynaście godzin w ruchu miejskim (za taki pakiet płaci się 6-8 tys. koron) i cztery godziny na torze (około 5 tys. koron). Do tego siedemnaście godzin teorii (obligatorisk trafikalt grunnkurs - obowiązkowy kurs podstawowy), wypożyczenie samochodu na egzamin (ponad 2 tys. koron), różne opłaty urzędowe (w tym podatek 600 koron, wydanie dokumentu - 280 koron).


Nawet jeśli kurs rozpocznie się wcześniej, uprawnienia do samodzielnego prowadzenia pojazdu uzyskuje się dopiero w wieku osiemnastu lat. Tak jak w Szwecji, gdzie egzaminy uchodzą za bardzo trudne. Test składa się z 70 pytań. Podczas sprawdzianu za kółkiem (ok. 45 minut) ważna jest umiejętność tzw. jazdy defensywnej, ekologicznej. Jeśli wszystko się zaliczy, na rok otrzymuje się tymczasowe prawko. Kolejne 24 miesiące to okres próbny, kiedy trzeba szczególnie uważać na znaki. Za osiem punktów karnych traci się uprawnienia na pół roku. Poważne wykroczenia oznaczają powtórny egzamin.


Rozsądku uczą surowe sankcje dla piratów drogowych, ale przede wszystkim program szkolenia. Bardzo duży nacisk kładzie się na kwestie bezpieczeństwa. Omawiają je eksperci od techniki jazdy, prawa drogowego, ale również od profilaktyki uzależnień (alkohol, narkotyki). Teoria po szwedzku to minimum siedemnaście godzin. Praktyka? Zależy od talentów kandydata na kierowcę. Ćwiczy się na torze (co najmniej sześć godzin), w miejskim tłoku, na zaśnieżonej drodze, płycie poślizgowej. Po każdej części kursu są egzaminy wewnętrzne. Obowiązkowa jest również jazda nocna (trzy godziny).


Instruktorzy się cenią (ponad 400 koron szwedzkich). Dlatego, podobnie jak u sąsiadów, popularne są lekcje prywatne, pod opieką kogoś z rodziny, znajomego. Na samochodzie umieszcza się naklejkę lub tabliczkę z napisem OVNINGSKOR i można ćwiczyć.


Uczą jeździć, a nie tylko zdać


Problem w tym, że oszczędności na szkoleniu zmniejszają prawdopodobieństwo zdania za pierwszym razem. Na polonijnych forach internetowych można poczytać, jak nasi rodacy w Szwecji kilka lat próbują zaliczyć egzamin. Są też porady, by robić prawko w Polsce, bo w Sztokholmie czy Malmö kosztuje to 15 tys. SEK, czyli ponad 7 tys. złotych. A zdawalność jest na poziomie 50 procent.


Eksperci zwracają jednak uwagę, że szwedzkie szkolenie jest znacznie bardziej wartościowe niż w Polsce, gdzie traci się cenne godziny na ćwiczenie cofania po łuku, a jazdy odbywają się wokół siedziby WORD, po ulubionych trasach egzaminatorów.


- W Szwecji naprawdę chcą cię nauczyć jeździć. W Polsce uczą cię zdać - komentują internauci.


W krajach skandynawskich kierowca chce mieć wysokie kwalifikacje, żeby poradzić sobie na drodze w każdych warunkach. Na przykład Finowie podczas kursu mają obligatoryjne trzy godziny treningu na mokrej i oblodzonej nawierzchni, ale umiejętności wychodzenia z poślizgu weryfikowane są na kilku etapach uzyskiwania uprawnień. Najpierw jest zwykły egzamin: test, wyjazd w miasto, manewry. Drugi etap to kilka godzin jazdy z egzaminatorem (na spełnienie tego wymogu jest 90 dni) oraz krótki powrót na salę wykładową. Trzecia część to jazda po torze sportowym i drogach szybkiego ruchu. Szkolenie kosztuje ok. 2 tys. euro. Obowiązkowe jest dziewiętnaście godzin teorii i osiemnaście praktyki.


Dopiero po 24 miesiącach otrzymuje się normalne prawo jazdy. W okresie próbnym trzeba się bardzo pilnować, bo dwa mandaty oznaczają powtórkę egzaminu. Co ciekawe, czas próby może być wydłużany, jeśli kierowca jest niezdyscyplinowany. Obowiązuje również przepis znany z Wysp Brytyjskich. Jeśli zdawało się samochodem z automatyczną skrzynią biegów, później można jeździć tylko automatami.


Lovpakke od policjanta


Bardziej liberalne przepisy i nieco niższe ceny są w Danii. Lovpakke (prawo jazdy) kosztuje ok. 8 tys. koron (4,5 tys. zł). Szkolenie teoretyczne zaplanowane jest na 28 godzin. Naukę można rozpocząć trzy miesiące przed osiemnastymi urodzinami. Żeby złożyć w urzędzie stosowny wniosek, trzeba mieć zaliczony kurs pierwszej pomocy (siedem godzin) i wizytę u lekarza, który potwierdzi, że możemy prowadzić pojazd mechaniczny. Nauka za kółkiem to szesnaście godzin jazdy po mieście, cztery godziny na torze, gdzie ćwiczy się wychodzenie z poślizgu, hamowanie z ABS.


- Są też cztery godziny na placu manewrowym. Tam doskonali się parkowanie, zawracanie na trzy razy, jazdę po ósemce, slalom, jazdę do przodu i do tyłu z zatrzymaniem w określonym miejscu - tłumaczy Agnieszka, od ponad 10 lat mieszkająca w Kopenhadze. - Zajęcia z teorii zwykle trwają dwa miesiące. Odbywają się raz w tygodniu po trzy, cztery godziny - precyzuje.


Co ciekawe, egzaminy przeprowadza policja, specjaliści od ruchu drogowego. A szkoła jazdy (organizator kursu) zapewnia odpowiednio wyposażony samochód, uzgadnia termin.


- Pierwszy egzamin z teorii jest gratis, lecz jeśli się nie zda, każdy następny kosztuje 750 koron - podkreśla Agnieszka. - Za pierwszą jazdę egzaminacyjną płaci się 600 koron. W razie niepowodzenia trzeba liczyć się z większymi wydatkami. Drugie, trzecie, czwarte podejście kosztuje po 1200 koron - informuje Polka mieszkająca w stolicy Danii.


Doszkalanie też słono kosztuje. Półtorej godziny pracy instruktora wycenione jest na 600 DKK (ok. 350 zł). Przybysze znad Wisły podobno radzą sobie nieźle. Na stronie internetowej PrawoJazdyDK można przeczytać, że 60 proc. Polaków zdaje za pierwszym razem, 30 proc. w drugiej próbie. Test z przepisów drogowych (30 minut, pytania wielokrotnego wyboru) można zaliczyć w języku angielskim. Największym udogodnieniem jest jednak to, że od razu po egzaminie można jeździć.


- Nie trzeba czekać kilkanaście dni, aż przyślą plastikowe prawko. Od policji dostaje się papier, że już jesteśmy kierowcą - podsumowuje Agnieszka.


Ośla łączka dla każdego


W Danii kandydatów na kierowców weryfikują funkcjonariusze drogówki, w Norwegii - pracownicy „stacji drogowych”.


- To coś w rodzaju polskiej Inspekcji Transportu Drogowego - komentuje Polka mieszkająca w Trondheim.


Natomiast w Niemczech egzaminy przeprowadzają branżowe organizacje: TÜV - Agencja Nadzoru Technicznego (zachodnie landy) i DEKRA - Niemieckie Stowarzyszenie Rzeczoznawców Samochodowych (wschodnie regiony). Koszty? Teoria - nieco ponad 20 euro. Praktyka - 105-125 euro. Do stawek urzędowych szkoły jazdy często doliczają swoje opłaty „przygotowawcze”. Przed rozpoczęciem kursu trzeba przeszkolić się z pierwszej pomocy (20-30 euro, specjalne zajęcia dla kierowców prowadzą organizacje pozarządowe, np. Czerwony Krzyż), zrobić badanie wzroku (u optyka lub okulisty, kosztuje ok. 10 euro). I złożyć wniosek ze zdjęciem paszportowym w wydziale do spraw jazdy w urzędzie miasta. Tam też jest okienko kasowe - płaci się za rejestrację, wyciąg z centralnego rejestru sprawców wykroczeń drogowych, a na finiszu 35 euro za wydanie dokumentu.


Kurs to poważniejsze wydatki. Nawet ponad 2 tys. euro. Najdrożej jest w bogatych landach: Bawarii, Nadrenii-Północnej Westfalii, Badenii-Wirtembergii. Najtaniej (od 1,2 tys. euro) w dawnym DDR. Ceny, tak jak w każdym kraju, zależą również od renomy ośrodka, atrakcyjności oferty, sukcesów egzaminacyjnych kursantów.


Jak wygląda szkolenie? Czternaście godzin w sali wykładowej, dwanaście godzin za kółkiem, w tym pięć na zwykłych drogach, cztery na autostradach, trzy -jazdy nocnej. Wymagane przepisami minimum nie każdemu wystarczy.


- Za dokupioną godzinę płaci się 30-40 euro - wyjaśnia pan Ryszard, mieszkający w okolicach Oldenburga. - Ale można też doskonalić umiejętności za darmo lub za drobną opłatą na „oślej łączce”. Miasteczka ruchu drogowego są w każdym większym mieście - zauważa.


Kiedy już poćwiczymy, zgłaszamy się na egzamin. W Niemczech nie zaczyna się go na placu manewrowym, tylko po prostu rusza w miasto.


- Zwykle egzaminatorzy wybierają trudne miejsca, skrzyżowania. Lecz jeśli widzą, że ktoś sobie bardzo dobrze radzi, jazda może nie trwać 45 minut, a tylko kwadrans - podkreśla pan Ryszard.


Egzamin teoretyczny składa się z trzydziestu pytań (z bazy 800). Do zdobycia jest 110 punktów. Wynik pozytywny to minimum 101. Niektóre zadania są podchwytliwe, mają trzy poprawne odpowiedzi. Inne - tylko jedną lub dwie. Egzaminowani klikają na komputerach lub tabletach. Można zażyczyć sobie wersji anglojęzycznej. Dostępne są tłumaczenia np. na turecki, chorwacki, grecki, polski. To plus. Małym minusem jest, że w razie niepowodzenia kolejne podejście można zaliczyć nie wcześniej niż po dwóch tygodniach. Kursant, który obleje trzy razy, na ponowny egzamin zapisuje się dopiero za kwartał. 


Młody musi być trzeźwy


Samodzielnie jeździć można od osiemnastego roku życia, ale siedemnastolatki także prowadzą auta. Pod opieką innego kierowcy. Musi on mieć co najmniej trzydzieści lat, prawko od pięciu lat, na koncie nie więcej niż dwa punkty karne.


Tak jak w większości krajów europejskich, początkujący jest pod szczególnym nadzorem. Nie musi się oklejać zielonymi listkami, za to przez dwa lata obowiązuje go niższy (0,2 promila) dopuszczalny poziom alkoholu w organizmie (niemiecka norma to 0,5 promila). A poważne wykroczenia oznaczają utratę uprawnień.


- Jeśli ja będę miał 0,6 promila, zabiorą mi prawko na miesiąc. W okresie próbnym konsekwencje są nieporównywalne. Trzeba powtórzyć kurs, egzamin i przejść całą procedurę, nazywaną tu idiotentest (badanie medyczno-psychologiczne MPU). Kompleksowy przegląd, i głowy, i wątroby - komentuje z humorem Ryszard. - To wszystko kosztuje sześć, siedem tysięcy euro.


Bardzo surowo karani są także drogowi recydywiści, zatrzymywani za przekraczanie prędkości czy jazdę na podwójnym gazie. Dalekie od prawdy jest też twierdzenie, że na niemieckich autostradach można pędzić „ile fabryka dała”. Jeśli znaki pokazują 90, a jedziemy 150 km/h, mandat raczej nie będzie niższy niż 500 euro. Zwykle traci się też prawko na trzy miesiące. Niezachowanie bezpiecznego odstępu od poprzedzającego pojazdu może kosztować jeszcze więcej.


- Za podjeżdżanie, wywieranie presji na innym kierowcy może być sprawa karna i na przykład 1500 euro grzywny - podkreśla pan Ryszard. - W okolicach dużych miast krąży dużo nieoznakowanych radiowozów.


W terenie zabudowanym za przekroczenie prędkości o 30 km/h taryfikator wskazuje 160 euro mandatu. Za przejazd na czerwonym świetle - minimum 90 euro i trzy punkty karne. Za niezapięte pasy - 30 euro. Za rozmawianie przez komórkę - 40 euro i punkt karny. A warto pamiętać, że limit to tylko osiem punktów. Na dwa lata.


Tomasz Maciejewski


 


Polskie prawo jazdy jest ważne we wszystkich państwach UE oraz należących do Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA), czyli m.in. w Norwegii, Islandii, Szwajcarii. To oznacza, że spokojnie możemy objechać autem cały kontynent. Od Finlandii po Grecję. Mieszkając, pracując na emigracji również nie musimy martwić się powtórnym kursem i egzaminem na prawko. Ale możemy - za niewielką opłatą - wymienić dokument potwierdzający uprawnienia do kierowania pojazdami na szwedzki, duński, norweski.


Warto pamiętać, że prawa jazdy w większości krajów unijnych mają ważność piętnaście lat. Jeśli więc długo przebywamy za granicą, wizyta w urzędzie będzie nieunikniona.


Posiadacze prawa jazdy wydanego w Polsce bezterminowo też muszą je wymienić. Na przykład w Niemczech najpóźniej do 2033 roku.


 


Szwajcaria, Holandia i kraje skandynawskie słyną z najwyższych mandatów za wykroczenia i przestępstwa drogowe. Kary są proporcjonalne do zarobków. Swego czasu głośno było o 116 tys. euro mandatu dla członka zarządu Nokii. Przebił go milioner, który za jazdę 80 km/h po centrum Helsinek miał zapłacić 170 tys. euro.


W Królestwie Niderlandów batem na piratów drogowych jest rekwirowanie pojazdu. Niezależnie od jego wartości. Rekord należy do właściciela bugatti veyrona, który stracił maszynę wartą 1,8 mln euro. Policja zatrzymała za brawurową jazdę... jego syna.


 


W Kopenhadze i Berlinie funkcjonują „polskie” szkoły jazdy. Zatrudniają polskojęzycznych instruktorów, załatwiają formalności urzędowe, ale również oferują pomoc prawną w przypadku zatrzymania prawka przez policję.


 


Korona duńska: 0,58 zł (DKK)


Korona szwedzka: 0,45 zł (SEK)


Korona norweska: 0,47 zł (NOK)


Euro (Niemcy, Finlandia): 4,35 zł

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0