- Nie ukrywam, że pozostaję w kontakcie z resortem infrastruktury, cały czas rozmawiamy, co należałoby zrobić, zmienić - mówi były poseł, obecnie wiceprezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia KIEROWCA.PL, Maciej Banaszak.

Jakub Ziębka: W poprzedniej kadencji Sejmu zyskał pan opinię posła, który chyba najwytrwalej zajmował się kwestiami związanymi z bezpieczeństwem ruchu drogowego. Trudno uznać to za przypadek, biorąc pod uwagę, że wcześniej prowadził pan w Poznaniu salon motocyklowy.


Maciej Banaszak, wiceprezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia KIEROWCA.PL: Rzeczywiście, to nie przypadek. Zanim zostałem posłem, przez kilka lat udało mi się łączyć przyjemne z pożytecznym. Chodzi mi o moją pasję do motocykli i biznes.


Motocyklistą jestem już od wielu lat, to moja pasja! Podróżując jednośladem udało mi się zwiedzić bardzo dużą część Europy. Teraz też bardzo chętnie wybieram się na motocyklowe wycieczki, ale już nie tak często… Brakuje mi na to po prostu czasu…


Byłem chyba jednym z pierwszych posłów, którzy tak dobrze orientowali się w temacie jednośladów, choćby z racji wielu kilometrów przejechanych na motocyklu.


Wróćmy jednak do pracy sejmowej. Większość Polaków interesujących się motoryzacją kojarzy pana zapewne ze zmianami w prawie, które poskutkowały tym, że od 1 stycznia 2016 roku straże miejskie i gminne nie mają już prawa do posługiwania się fotoradarami. Skąd ten pomysł?


- Już od dawna wielu z nas, kierowców, zauważyło, że ta swoista gra fotoradarowa była bardzo nieuczciwa. Wielokrotnie ten temat na sejmowej mównicy podejmowałem. Trochę później opublikowany został raport Najwyższej Izby Kontroli. Można w nim m.in. przeczytać, że straże miejskie i gminne dokonują pomiarów prędkości samochodów często w sposób nieprawidłowy oraz nie tam, gdzie wskazywała policja, a w miejscu, gdzie łatwo można było złupić kierowców. Ponadto kontrolami drogowymi zajmuje się u nas zbyt wiele służb. Mam tu na myśli choćby policję, Inspekcję Transportu Drogowego, Straż Graniczną, służbę celną, a nawet straż leśną. Uwagę na to zwrócił  także prokurator generalny. NIK zauważyła również, że zaangażowanie strażników gminnych i miejskich w obsługę fotoradarów, zwłaszcza przenośnych, jest podyktowane w wielu wypadkach nie tyle służbą na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym, co przede wszystkim chęcią pozyskiwania pieniędzy do gminnej kasy.


O tym mówił w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Emil Rau, znany telewidzom jako „łowca fotoradarów”.


- No właśnie. Zresztą pana Emila zaprosiłem do Sejmu na posiedzenie podkomisji, która zajmowała się moim projektem, zakładającym pozbawienie strażników możliwości obsługi fotoradarów. Pierwotnie znalazł się tam także zapis, zabraniający strażnikom korzystania z blokad na koła. Uważam, że takimi rzeczami powinna zajmować się policja. Ale tutaj akurat natrafiłem na opór, głównie prezydentów miast, którzy nie chcieli tego zmieniać.


Dlatego też z mojego projektu został usunięty zapis o blokadach. Taka nowelizacja ustawy nie budziła już żadnego sprzeciwu i wątpliwości. Ustawa została przyjęta przez Sejm, a później trafiła do Senatu. Wnioskowałem wtedy o wprowadzenie okresu przejściowego, aby strażnicy mogli wyegzekwować przewinienia, które kierowcy popełnili do końca 2015 roku. Jednak senatorowie stwierdzili, że nie jest on konieczny. Niestety, teraz z automatu sądy muszą orzekać o ewentualnej winie. Na szczęście tych spraw będzie bardzo niewiele.


Co jest jednak najciekawsze? Informacja o wprowadzeniu nowych przepisów sprawiła, że część straży gminnych została zlikwidowana. To tylko potwierdziło, o czym się od dawna mówiło: niektóre jednostki zajmowały się tylko i wyłącznie karaniem kierowców. Smutna prawda została w sposób bezwzględny obnażona!


Teraz media alarmują, że fotoradary, z których do niedawna korzystali strażnicy, staną się bezużyteczne. Mówi się o konieczności przejęcia ich przez policję i ITD.


- Powiem szczerze, w ogóle nie rozumiem tego medialnego szumu. Po pierwsze, proszę pokazać mi fotoradar, którego zakup strażom miejskim i gminnym się nie zwrócił! Poza tym o ograniczeniu ich praw mówiło się już od dawna. Nie jest tak, że straże miejskie zostały nagle zaskoczone. Dodatkowo część urządzeń jest własnością prywatnych firm, które wynajmowały je strażom. To dopiero była patologia! Jest jeszcze jedna kwestia: ustawa została uchwalona w czerwcu, ale weszła w życie pół roku później. Daliśmy więc strażom miejskim i gminnym dodatkowy czas, podczas którego mogły spokojnie się przygotować do zmiany ustawy.


Z kolei przejęcie urządzeń rejestrujących przez policję lub ITD jest po prostu niemożliwe. Dlaczego? Fotoradary kupowane na potrzeby policji lub inspekcji są finansowane ze Skarbu Państwa. Samorządy robiły to we własnym zakresie. Jakim więc prawem możemy ingerować w ich budżety i nakazać im ich przekazanie? To jest przecież ich mienie i taki ruch byłby niezgodny z konstytucją. Jest jeszcze inna kwestia. Fotoradary, które użytkuje ITD, są wpięte w system CANARD (Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym), przesyłanie danych odbywa się na zupełnie innych zasadach. Mielibyśmy więc do czynienia z problemem natury technicznej.


Część straży podjęła już decyzje w sprawie posiadanych fotoradarów. Postanowiono wystawić je na aukcję, z której dochód przeznaczony jest na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. I bardzo dobrze!


Czy pozbawienie straży miejskich i gminnych możliwości korzystania z fotoradarów uważa pan za swój największy poselski sukces?


- Jeden z najważniejszych. Dlaczego? Byłem przecież posłem opozycji (SLD - przyp. red.). Wszyscy doskonale wiedzą, jak trudno jest wywalczyć wprowadzenie autorskiej ustawy, jeśli nie jest się w koalicji rządzącej. Czasami wydawało mi się, że moje działania nie miały szans powodzenia. Walczyłem jednak do końca. I to się opłaciło! Uważam jednak, że prawo należy dalej zmieniać.


Za swój sukces uważam też „ucywilizowanie” systemu ViaToll, czyli zniesienie horrendalnych kar, nadzór nad restrukturyzacją infrastruktury kolejowej, wykazanie nieprawidłowości w Centralnym Ośrodku Informatyki. Przypomnę, że pod COI podpięty jest nieszczęsny system CANARD i CANARD2, który wobec wykazanych przeze mnie nieprawidłowości w tym roku nie wystartował. Byłem autorem wielu debat sejmowych z organizacjami pozarządowymi.


W jaki sposób chce pan dalej zmieniać prawo?


- Jestem zwolennikiem liberalizacji prawa drogowego. Jest ono zbyt ostre i restrykcyjne. Ostatnie lata tylko i wyłącznie zaostrzania kar pokazały jasno, że nie tędy droga. Moim zdaniem teza, że głównymi przyczynami wypadków jest nadmierna prędkość oraz pijaństwo wśród kierowców jest nieprawdziwa. I nie mówię tego na wyrost, to ma odzwierciedlenie w publikowanych raportach. Dlaczego więc dochodzi u nas do tak wielu wypadków? Powodów jest kilka. Przede wszystkim zwracam uwagę na fatalny stan polskich dróg. On na szczęście zaczyna się poprawiać, powstały choćby nowe odcinki autostrad i dróg szybkiego ruchu. Ale mamy jeszcze drogi drugiej i trzeciej kategorii. Tych jest przecież najwięcej. Są dziurawe, nierówne. Jeśli przyjąć unijne normy, to musielibyśmy zamknąć ok. 40 procent dróg!


Drugi powód to fatalny stan techniczny pojazdów. Na szczęście do maja 2018 roku musimy wdrożyć dyrektywę unijną, dzięki której przeglądy techniczne aut będą bardziej restrykcyjne. Teraz część urządzeń pomiarowych nie działa jak powinna, nikt tego nie kontroluje. Poza tym stacji diagnostycznych jest za dużo. Panuje niezdrowa konkurencja, często przybija się pieczątki, nie badając w ogóle pojazdu.


Nie bada się u nas także przyczyn wypadków. Nie mamy specjalnej jednostki, która analizowałaby szczegóły takich zdarzeń. Chodzi mi na przykład o ustalenie tego, co stało się w ostatnich sekundach przed wypadkiem czy stanu ogumienia aut. W Europie Zachodniej to norma. A co u nas mówi policja? „Samochód z niewyjaśnionych przyczyn zjechał na lewy pas i uderzył w nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówkę”. To trochę za mało!


No i jest jeszcze kwestia szkolenia oraz egzaminowania kandydatów na kierowców…


Do tego jeszcze wrócimy. Na razie chciałbym zapytać o to, czego w Sejmie nie udało się panu zrealizować…


- Jak wspomniałem, nie udało mi się na przykład przekonać posłów do rezygnacji z zaostrzania kar dla kierowców. Dlaczego? Bo nie przynosi to wymiernych skutków. Przykładem są choćby pijani kierujący. Przecież tylko nieliczni trafiają za przewinienia do więzienia, reszta dostaje wyrok w zawieszeniu. Czyli nie ma nieuchronności kary.


Uważam, że powinniśmy oddać drogi kierowcom, trochę im zaufać. Tam, gdzie można jechać trochę szybciej, nie ma powodu do ustawiania znaków znacznie ograniczających prędkość. Natomiast spore ograniczenia należy nakładać w miejscach faktycznie bardzo niebezpiecznych. I do tego bezwzględnie je kontrolować!


Problem w tym, że oznakowanie polskich dróg to totalna porażka. Proszę sięgnąć sobie do wyników kolejnej kontroli NIK. Dlatego potrzebny jest audyt oznakowania dróg. Od tego trzeba zacząć!


Nie zdecydował się pan na start w ostatnich wyborach parlamentarnych. Nie znaczy to jednak, że praca nad przepisami, mającymi zapewnić bezpieczeństwo na polskich drogach, została już zakończona.


- Tak jest. Pod koniec 2015 roku zostałem wiceprezesem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia KIEROWCA.PL. Nie ukrywam, że pozostaję w kontakcie z resortem infrastruktury, cały czas rozmawiamy, co należałoby zrobić, zmienić. Mamy gotowy program poprawy BRD, który zakłada obniżenie liczby wypadków i ofiar o 50 procent do 2020 roku. Poza tym cały czas chciałbym zreformować Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.


W jaki sposób?


- Powinna mieć większą moc sprawczą. Do tego potrzebna jest ścisła współpraca na linii KRBRD - resort. Tak, żeby zalecenia przez nią wydawane były realizowane. Jest jeszcze inna koncepcja, zasygnalizowana przez NIK. Mianowicie trzeba powołać ciało nadrzędne, któremu powinny podlegać ministerstwa. Także resort edukacji narodowej! Wydaje mi się konieczne, żeby od najmłodszych lat uczyć dzieci bezpiecznych zachowań na drodze. Mówię tutaj o obowiązkowym przedmiocie, prowadzonym raz, a nawet dwa razy w tygodniu.


Takie ciało wskazywałoby kierunki i nadzorowałoby prace nad polepszaniem poziomu bezpieczeństwa na naszych drogach. Przypomnę tylko, że roczny koszt wypadków w Polsce to 50 mld zł!


Co sądzi pan o nowym ministrze infrastruktury, Andrzeju Adamczyku? Czy jest on gotowy do tego, żeby podjąć dialog ze stroną społeczną, słuchać jej argumentów?


- Mam o nim jak najlepsze zdanie. Poznałem go jeszcze jako wiceprzewodniczącego sejmowej komisji infrastruktury. Pracował bardzo ciężko, jest kompetentny, dobrze przygotowany merytorycznie. To właściwa osoba na właściwym miejscu. Myślę, że będzie dobrym ministrem, gotowym na współpracę z organizacjami pozarządowymi. Jego poprzednicy nie byli na nią niestety otwarci.


A czy sądzi pan, że zapowiadana likwidacja ITD i wcielenie jej funkcjonariuszy w szeregi policji, o czym słyszy się od jakiegoś czasu, to krok w dobrym kierunku?


- Tutaj namawiałbym ministra spraw wewnętrznych do pozostawienia inspekcji, która jednak zajmowałaby się tylko pojazdami ciężarowymi. Jest ich bardzo dużo, w Polsce działa wiele firm transportowych i jesteśmy krajem tranzytowym. Po prostu należy je kontrolować!


Na koniec wróćmy jeszcze do kwestii szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców. Wspomniał pan, że wadliwy system przyczynia się do wzrostu wypadkowości.


- Tak, trzeba go zreformować. Na początek przydałby się taki okrągły stół, przy którym zasiedliby przedstawiciele resortu infrastruktury oraz stowarzyszeń branżowych. Ustawę o kierujących pojazdami trzeba w zasadzie napisać od nowa. Co konkretnie powinno się zmienić? Dobrym posunięciem byłoby zwiększenie liczby szkoleniowych godzin praktycznych. Dzisiaj młody kierowca jest do jazdy nieprzygotowany. Nie ćwiczy manewrów awaryjnych, nie wie np., jak zachowuje się pojazd przy większych prędkościach na autostradzie, jak się prawidłowo włączyć do ruchu. No i kluczowe pytanie: czy potrzebne nam są WORD-y? Moim zdaniem nie do końca. W dobie internetu egzamin mógłby odbywać się nawet w urzędzie gminy, łącznie z jazdą.

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0