„Ja wiedziałem, że tak będzie” - refren tej piosenki własnego autorstwa musiał zaśpiewać pewnego razu Grzegorz Halama, aby wyciągnięto jego samochód z zaspy.

Maciej Piaszczyński: Czym dla pana jest samochód ? środkiem lokomocji czy może jednak czymś więcej?


Grzeogrz Halama: Rzecz jasna od dziecka fascynowałem się samochodami jako mężczyzna. Zawsze marzyłem o swoim samochodzie i zawsze marzyłem o tym, żeby mieć swój wymarzony samochód. Do dzisiaj potrafię się fascynować samym faktem istnienia samochodu. Że wlewa się jakiś płyn, on wybucha i napędza ciężką machinę - a ja sobie siedzę w środku machiny sunącej szybko, słucham muzyczki i komfortowo gnam do celu. Gdy się nad tym zastanowić, to naprawdę fascynujące. Oczywiście samochód jest dla mnie wszystkim po trochu. A trzeba wspomnieć, że każdy aktor estradowy przemierza tysiące kilometrów samochodem. Stąd zwykłem mawiać, że samochód to mój drugi dom. Długo jeździłem samochodem osobowym. I muszę przyznać, że bardzo dobrze jeździło mi się samochodami japońskimi. Był mitsubishi galant - stary luksusowy model. Kupiłem używany - ale jeździł bardzo sprawnie. I co ciekawe, w żadnym japońskim samochodzie nigdy nie psuła mi się elektronika. Galant jeździł pięknie - płynął jak statek. Był bardzo wygodny. Miałem tylko jedną przygodę, po której czułem się jak ostatni dyletant i amator. Mój galant miał automatycznie wysuwaną antenę teleskopową. Oczywiście wyglądało to imponująco i bajerancko. Aż kiedyś wjechałem do automatycznej myjni i żeby mi się nie nudziło, włączyłem sobie radio. Gdy wyjechałem z myjni, antena była złamana na pół i pociesznie zwisała. Galant na chwilę stracił swoją godność. Szczęściem poprzedni właściciel auta miał taką zapasową antenę i dał mi ją - ale od tamtej pory na wszelki wypadek nie słucham radia w myjni. Następnym wschodnim cacuszkiem było zakupione od Piotra Bałtroczyka subaru legacy. Zachwycony byłem cudem napędu na cztery koła. Rzeczywiście, jazda subaru to wielka przyjemność. Nie było też potrzeby kupowania łańcuchów na zimę, bo doskonale sobie radziło we wszelkich warunkach. Magia napędu na cztery koła sprawiała też, że czułem się bardzo bezpiecznie. Przyszedł moment, że i subaru powoli odmawiało posłuszeństwa. A trzeba wiedzieć, że jeżdżąc non stop na koncerty zdarzało mi się, że olej musiałem wymieniać dwa razy w miesiącu, bo przejechałem w miesiąc ponad 10.000 km. Któregoś dnia, przechodząc obok salonu Toyoty, zwróciłem uwagę na toyotę avensis. Okazało się, warunki kredytowe były bardzo proste do spełnienia. Zajrzałem tylko do salonu, a właściwie wyszedłem już z zakupioną nową toyotą avensis, w której bardzo spodobał mi się obszerny bagażnik - a musiałem brać pod uwagę miejsce na rekwizyty i stroje na występ. Byłem dumny jak dziecko ze swojego pierwszego samochodu z salonu. Niestety, po jakimś czasie, z powodu tak wielu przemierzanych kilometrów, zaczęło mnie boleć prawe kolano i stopa. I niezależnie od tego, czy jechałem jako pasażer, czy kierowca, ciągłe zginanie nóg w kolanach zaczęło być męczące. Wiedziałem, że potrzebuję samochodu dużego, żeby siedzieć jak najwyżej i móc rozprostować nogi w kolanach, że konieczny jest tempomat i wygodny fotel. Spędzałem tak dużo czasu w samochodzie, że rzeczywiście stał się moim drugim domem. Zacząłem od forda windstara. Był to używany samochód i momentalnie zatęskniłem do japońskiej elektroniki. Któregoś dnia w środku zimy okno otwarte do połowy nie chciało się już zamknąć. Zresztą bardzo się ten ford psuł. Po kolejnej naprawie zdecydowałem, że jednak muszę mieć coś bardziej niezawodnego. Zacząłem się interesować, jakie vany są dostępne w salonach na polskim rynku. Żałowałem, że Toyota nie miała w ofercie żadnego vana. Była kia, ale bałem się, że trafię na niezbyt dobry model. Zależało mi na tym , żebym mógł zawsze dojechać na koncert i miał maksymalną wygodę. W tym czasie powstała też moda na składane tylne fotele w vanach, przez co komfort jazdy był tragiczny. A zdarzało się, że jeździłem z tyłu. Dlatego chrysler też odpadł, jako że można by w nim przejechać się od czasu do czasu z tyłu, ale na dłuższą metę jeżdżenie w vanie na kucaka prawie mijało się z celem. Ostatecznie dwa modele wyglądały najlepiej pod względem tego, czego szukałem. Mercedes viano i volkswagen transporter. Ostatecznie zdecydowałem się na mercedesa. Kupiłem viano z testów próbnych. Był jeszcze trochę toporny i dopiero przekształcał się w wygodnego vana. Ostatecznie ponownie zakupiłem viano, lepiej już skonfigurowane, z lepszym zawieszeniem, którym jeżdżę do dzisiaj.


Jest pan kabareciarzem i, jak pan wspomniał, wiele czasu spędza pan w samochodzie, jeżdżąc na występy. Woli pan podróżować za kierownicą czy może jednak jako pasażer?


? Bardzo długo jeździłem sam. Bo lubię prowadzić samochód. Ale z czasem, kiedy zacząłem mieć regularnie po kilkanaście występów w miesiącu, zaczęło być to dla mnie zbyt męczące. Bolało mnie kolano, a musiałem dbać o moją kondycję na występie. Zdarzało się że jechałem 600 km i potem wchodziłem na scenę. Na dłuższą metę to było zbyt wyczerpujące. Przez jakiś czas jeździł ze mną road manager, który odciążał mnie od wszystkiego, czego nie musiałem w trasie robić. Ja sam też korzystałem wtedy z wolności i nadrabiałem zaległości w słuchaniu muzyki, ale przede wszystkim w czytaniu książek. Oj, tutaj mogę powiedzieć, że jedyna prawdziwa lampka do czytania była w mitsubishi. Była tak skonstruowana, że w ogóle nie oślepiała kierowcy. W mercedesie viano, niestety, porażka pod tym względem. Muszę się ratować lampką na baterie, która służy do czytania nut w filharmonii. Ma skupiony strumień światła i można czytać nie przeszkadzając kierowcy. Dziwię się, że w samochodach lampki nie służą do czytania. W mercedesie viano świecą mocno na cały samochód, co jest przydatne, gdy się czegoś szuka, ale kompletnie niepraktyczne, jeśli chodzi o czytanie.


Czy podczas jazdy samochodem wymyślił pan jakiś skecz? Może motoryzacyjny?


? Oczywiście. Zawsze mam pod ręką zeszyt i długopis. I cały zeszyt mam zapisany pomysłami. Pierwszym takim pomysłem był skecz o wołeczku zbożowym. Jechałem z Markiem Grabie. Spojrzałem za okno, a tam łany zboża. I przypomniałem sobie, że LSD otrzymuje się z choroby zboża zwanej sporyszem. Potem przyszło mi do głowy pytanie, czy owady jedzące zboże zarażone sporyszem mają jakieś halucynacje. Taki na przykład wołeczek zbożowy. Potem pomyślałem, że to śmieszna nazwa dla owada ? wołeczek. Zdrobnienie od wołu. A potem pomyślałem, że śmieszniejsze byłoby, gdyby się ktoś zakochał w wołeczku zbożowym, bo już sama nazwa „wołeczek” jest pełna czułości. No ale taki ktoś raczej musiałby się z tego leczyć. I padło moje pierwsze zdanie na głos: „Panie doktorze, ja całuję wołki zbożowe”. Na to Marek Grabie, znany z serialu spadkobiercy jako doktor Dreyfus, odpowiedział z marszu: „Całuje pan wołki zbożowe? A co pan do nich czuje?”. Na to ja: „Jak to co? Kocham je! Całowanie wołków bez miłości? To ohydne!”… I tak powstał skecz o wołku zbożowym. W samochodzie powstała również jedna z ostatnich moich piosenek „O ochroniarzu w supermarkecie”. Słuchałem hip-hopu z odtwarzacza i nagle pomyślałem, że większość kawałków hiphopowych mówi o sile i zdecydowaniu, a potem, że ochroniarz z supermarketu, ale taki trochę chuderlawy i zezowaty, mógłby śpiewać z taką pewnością siebie o swojej pracy. Z jednej strony, to bardzo głupie uczucie być obserwowanym przez kogoś na wypadek, gdybym chciał coś ukraść. Z drugiej strony, Polacy kradną straszliwie i bez takich ochroniarzy wynieśliby pół sklepu. Wystarczyło wrócić do domu i napisać całą piosenkę.


Lubi pan muzykę. Jakich zespołów najchętniej słucha pan w samochodzie?


? Muzyka to moja wielka miłość. Większa niż kabaret nawet. Stąd cały czas w samochodzie jest jakaś muzyka do słuchania. Bardzo często nowa, żeby poznać coś ciekawego. A czasem coś sprawdzonego, żeby uprzyjemnić czas powrotu do domu. Słuchamy też audiobooki. No bo niełatwo czytać książkę i zmuszać kierowcę do jazdy w ciszy. Trochę to wtedy niesprawiedliwe. Audiobook to takie pośrednie wyjście ? razem możemy posłuchać czegoś ciekawego i inspirującego. Zresztą teraz nie mam road managera i z kolegą z kabaretu prowadzimy na zmianę. Zawsze starałem się mieć w samochodzie dobry sprzęt nagłośnieniowy. Mam wzmacniacz i subwoofer, a głośniki wymienione są z fabrycznych na nieco lepsze.


Czy podczas jazdy zdarzyła się panu jakaś nietypowa sytuacja?


? Na drodze niestety częściej dochodzi do tragikomicznych sytuacji niż do komicznych. Chyba najśmieszniejsza sytuacja zdarzyła się, gdy wracałem z Zakopanego. Na drodze było bardzo ślisko. Przede mną jechał jakiś żuk. Droga prosta, więc nie zakładałem, że nagle stanie, ale kierowca żuka postanowił wziąć kogoś na stopa. Zahamowałem, ale niestety słychać było tylko turkot ABS w toyocie i jechałem z tym turkotem prosto na żuka. Na szczęście można skręcać z ABS-em, więc zdecydowałem się zaatakować przydrożną zaspę śniegową i niemal zamykałem oczy modląc się, żeby nie okazało się, że pod zaspą tkwi kamień czy kamienny słupek, o co w górach łatwo. Szczęściem nie było słupka ani kamienia, ale nie mogłem wyjechać z zaspy i szukałem pomocy w najbliższym sąsiedztwie. Ogorzały góral nie dość, że miał ciągnik, to jeszcze był skłonny wyciągnąć mnie z zaspy. Przyglądał mi się chwilkę i nagle go oświeciło: „Pan Józek!”. Tutaj wstrzymał wszelkie działania i powiedział, że wyciągnie mnie z zaspy, jak mu zaśpiewam: „Ja wiedziałem, że tak będzie”. Cóż było robić. Handel wymienny. Stałem na śniegu przy drodze i śpiewałem.


Jak pan wspomina swój kurs i egzamin na prawo jazdy?


? Kurs prawa jazdy zrobiłem zaraz po wyjściu z wojska. Pomyślałem, że dorosły mężczyzna prawo jazdy mieć musi i zaraz zapisałem się na kurs. Nie było żadnych rewelacji. Zdałem sprawnie za pierwszym razem, przy okazji robiąc uprawnienia do jednośladów, co się przydało, bo pierwszym moim pojazdem był motor jawa 350 twin sport.


Jaki był pana pierwszy samochód i jak pan wspomina jazdę nim?


? Pierwszy samochód to volkswagen golf 2. Tato znajomego miał do sprzedania. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jeśli chodzi o kupno samochodu, to nie ma znajomych. Jeździłem nim dość długo. Serwował mi różne przygody typu zamoknięta cewka gdzieś na trasie. Zdarzyło się, że potrąciłem lisa i miałem małe wgniecenie. Pojechałem do salonu, żeby naprawić owo wgniecenie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak drogie są wizyty i naprawy w salonach. Straciłem swoje pierwsze oszczędności z występów na naprawę. Ale jak się okazało, tato znajomego nie do końca był uczciwy. Pan z serwisu pyta, w co tak uderzyłem. Ja jęczę coś tam, że lis wyskoczył itd. Na to pan ? lis? Chyba ciężarówka! Ja pytam ? jak to? Okazało się, że ów golf był złożony jakimś cudem po solidnym wypadku. Zamiast trzech poduszek powietrznych, miał jedną. Reszta była jakoś skręcona. Dodam tylko, że po naprawie w salonie golf nigdy już nie doszedł do siebie. Tak go skręcili na nowo, że biegi wchodziły tragicznie.


Czym obecnie pan jeździ i jaki typ samochodów pan lubi?


? Obecnie jeżdżę wspomnianym mercedesem viano 3 CDI. To dobry samochód i nigdy mnie nie zawiódł. A ostatnio, gdy pojawiła się dziurka w chłodnicy i wyciekał płyn - w dwóch salonach mercedesa zaopiekowano się mną uczciwie nie biorąc pieniędzy - za co jestem bardzo wdzięczny. Kiedy dobierałem składowe do tego modelu, bardzo żałowałem, że w Polsce nie jest sprzedawany diesel z napędem na cztery koła. Miałem wybór ? benzyna z napędem na cztery albo diesel. Zdecydowałem się na diesla ze względu na to, że pokonuję dużo kilometrów i liczyłem na to, że diesel będzie dłużej mi służył, a podróż będzie trochę taniej wychodziła. A teraz wiadomo, jakie są ceny ropy, więc plan wziął w łeb. Dzisiaj pewnie zdecydowałbym się na benzynę z napędem na cztery koła, co bardzo by się przydało w zimę dla tak dużego samochodu. Niestety, czasem mam trudności, żeby wyjechać z domu, bo wyjazd jest lekko pochyły. W tym samochodzie brakuje też mi japońskiej elegancji wnętrza. Niemieckie samochody są uparcie toporne, do czego musiałem się przyzwyczaić. Rozmieszenie głośników też nie rozpieszcza. Jeden ruch nogą i zmienia się charakterystyka dźwięku. No i marzę w końcu o samochodzie, w którym w zimę nie będzie wiać zimnem od drzwi. W mercedesie zawiewa okrutnie. Ale przyznam że w każdym z wymienionych modeli zawiewało. Zrobiłem też błąd, że kupiłem z tyłu fotele zamiast kanapy. Przez to nie można się położyć i zdrzemnąć, tylko zawsze trzeba się mościć na fotelu, który akurat w mercedesie jest wygodny, ale wiadomo, po kilkunastu godzinach jazdy nie istnieje coś takiego, jak wygodny fotel i chciałoby się na chwilkę położyć. Poza tym jeździ się nim naprawdę komfortowo. To samochód wręcz stworzony na autostrady. Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej.


Jak pan ocenia umiejętności polskich kierowców?


? Ach, wiadomo, jak to jest z umiejętnościami polskich kierowców. Oczywiście jeśli ktoś jeździ dużo, nabywa praktyki ? bardzo potrzebnej, by dobrze jeździć. Ale widząc, ile ciągle jeździ „elek”, czasem bywam przerażony tym, co ludzie wyprawiają na drodze. Jednak największym szokiem była pierwsza wyprawa do Europy Zachodniej. Okazało się, że można być uprzejmym na drodze. A w Niemczech nawet ktoś się zatrzyma i spyta, czy nie potrzeba pomocy. To był dla mnie kulturowy szok. U nas jest coraz lepiej i coraz więcej kierowców, zamiast traktować się wrogo, zaczyna współpracować na drodze, co bardzo ułatwia jazdę. Kiedy na przykład dwa pasy zwężają się i trzeba z jednego włączyć się do ruchu na drugi - w Polsce taka sytuacja działa jak zapalnik na wszelkiej maści furiatów - najbardziej logicznym rozwiązaniem jest wjeżdżać na zmianę. Na Zachodzie to oczywiste, u nas… szkoda gadać, jakoś nie może dotrzeć do kierowców, że to najbardziej praktyczne rozwiązanie. Ale w przeciągu ostatnich lat i tak jest pod tym względem coraz lepiej. W innym wypadku trzeba stosować wariant warszawski, czyli tak długo się wciskać, aż ktoś w końcu wpuści. Nauczyłem się tego od kierowców w Warszawie, ale w innych regionach kraju można się tym komuś straszliwie narazić.


 

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0