Przeżyła ciężki wypadek drogowy, po którym zdecydowała się działać na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Dziś prowadzi fundację Nadzieja. O motoryzacji rozmawiamy z aktorką i piosenkarką Dorotą Stalińską.

Maciej Piaszczyński: W 1998 roku cudem przeżyła pani straszny wypadek w podwarszawskim Sękocinie. Jak to wpłynęło na pani życie?


Dorota Stalińska: Wypadek miał miejsce na jednym z większych skrzyżowań na drodze wylotowej z Warszawy w kierunku Krakowa. Ja jechałam od strony Magdalenki. Gdy ruszałam ze wspomnianego skrzyżowania, zauważyłam, że od strony Warszawy pędzi ciężarówka. To były ułamki sekundy. Gdy chciałam zjechać mu z drogi, wbił mnie na prawą stronę, zahaczając po drodze dwa inne pojazdy. Do dziś nikt nie wie, łącznie ze mną, czy wypadłam z tego auta, czy wysiadłam o własnych siłach. Uratowało mnie jedynie to, że było to bardzo dobre auto. Od tamtej pory namawiam ludzi, a zwłaszcza rodziców, którzy chcą dzieciom kupić pierwsze auto, żeby kupowali dobre auta, żeby zwracali uwagę, czy auto jest bezpieczne. Przekonałam się, że samochód to jest ochrona. Gdyby wtedy mój samochód nie miał wzmocnionej ramy i poduszek powietrznych, nie uszłabym z życiem. Dodam, że niezwykłość tego wypadku polegała również na tym, że w tym samochodzie miał jechać ze mną mój syn. Na szczęście odesłałam go do domu, gdy miał już wsiadać do auta. Do dziś dziękuję Bogu, że tak się stało.


Założyła pani Fundację Nadzieja. Jakimi problemami się zajmuje?


? Wszystko zaczęło się właśnie na tym skrzyżowaniu. Już rok po wypadku doprowadziłam do wybudowania tam świateł. Był to jeden z piękniejszych momentów w moim życiu. Gdy na otwarciu nacisnęłam przycisk, uruchamiając po raz pierwszy światła, mijały mnie samochody, których kierowcy przez otwarte szyby pokazywali znak wiktorii. Gdy już powstała fundacja, okazało się, że wprost zalały nas ze wszystkich stron problemy dotyczące bezpieczeństwa. Dostrzegliśmy, jak wiele jest do zrobienia. Pojawił się temat pomocy ofiarom wypadków, oznakowania przejść dla pieszych i wiele, wiele innych spraw, z którymi trudno sobie w tym kraju poradzić. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że nie jestem w stanie zajmować się wszystkim. Priorytetem więc uczyniłam edukację dzieci i młodzieży w kwestii bezpiecznych zachowań na drodze i upowszechnienie spraw związanych z widocznością na drodze, czyli odblasków. Zadałam sobie pytanie, dlaczego w Skandynawii, kiedy wieczorem mijamy osoby przy drodze, wszystkie są widoczne. Niemal wszyscy noszą na ubraniach odblaski. Oni mają to wpajane z pokolenia na pokolenie, to jest po prostu standard zachowania się na drodze. Pomyślałam, że gdy wyedukujemy nasze dzieci, to one, mając już większą świadomość, będą w stanie przekazać to następnym pokoleniom. Trzeba sobie uświadomić, jak wiele w kwestii bezpieczeństwa zależy od nas samych. Od tego, czy jesteśmy widoczni, czy idziemy odpowiednią stroną jezdni. Róbmy to, na co sami mamy wpływ. Korzystajmy w sposób właściwy z dróg, zachowujmy się prawidłowo za kierownicą. Promocja tego typu zachowań to moje priorytety w prowadzeniu fundacji. Dodam, że fundacja, realizując swoje cele, wyposaża dzieci w pakiety odblaskowe dla pieszych i rowerzystów. Są to odblaski najwyższej jakości. Wiele firm oferuje elementy odblaskowe, które są właściwie tylko gadżetami reklamowymi. Są widziane z bardzo małej odległości i nie spełniają praktycznie swojej funkcji. Lepiej więc wyposażyć 500 osób w prawdziwe odblaski, które są widoczne np. z 500 metrów, niż 10000 osób w odblaski widoczne na 30 m. Niestety, odblaski nie rosną same w ogródku, więc musimy zdobywać na nie fundusze, które opierają się głównie na darowiznach.


Wróćmy na chwilę do pani wypadku. Czy trudno było po nim ponownie zasiąść za kierownicą?


? Właściwie to dosyć szybko siadłam ponownie za kierownicą. Wspomnę tylko, że niestety nie był to jedyny wypadek w moim życiu. W 1986 roku miałam poważny wypadek będąc pasażerem. Wówczas odniosłam największe obrażenia, wzięłam na siebie dwa uderzenia traka. Byłam potwornie poturbowania, miałam obrażenia kręgosłupa i niedowład rąk i nóg. Uważam, że za kierownicę należy zasiąść jak najwcześniej po takim przeżyciu, ponieważ takie urazy się utwierdzają w psychice i potem jest już tylko trudniej.


Jak wspomina pani swój kurs i egzamin na prawo jazdy?


? Kurs robiłam w połowie lat 70. Było to dosyć dawno, ale pamiętam, że mieliśmy bardzo dobrego instruktora. Wówczas trzeba było oprócz przepisów znać również nieco spraw związanych z obsługą techniczną. Przydało mi się to, bowiem przez wiele lat maluchem jeździłam z koncertami po Polsce i niestety musiałam go również samodzielnie naprawiać. To były inne czasy. Wówczas nie było łatwo w trasie znaleźć warsztat lub chociaż stację paliw. Zawsze woziłam z sobą niezbędne narzędzia ? kijek służący do rozruchu i zapasowe rajstopy, które mogły zastąpić pasek klinowy. Z kursu pamiętam jeszcze, że instruktor podczas pierwszej jazdy zapytał mnie, czy jeździłam już wcześniej samochodem, bo tak sobie dobrze radzę. Odpowiedziałam mu, że mam po prostu duszę kierowcy rajdowego. I to jest prawda… Przez wiele lat wygrywałam rozmaite rajdy samochodowe. Mówiono nawet: „Nie zapraszajcie Stalówy, bo ona znowu wygra”.


Czy uważa się pani za dobrego kierowcę?


? To nie ma znaczenia, co ja uważam, ponieważ nie ma dobrych kierowców na nasze drogi. Mam dość mocne porównanie, bowiem jeździłam samochodem w Afryce, przejechałam 40 tys. km po drogach USA i niezliczoną ilość po Europie. Naszym kierowcom najbardziej brakuje kultury jazdy, pokory, ostrożności i wzajemnej życzliwości.

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0