Czy w sytuacji zatoru na autostradzie dopuszcza się jazdę pod prąd do najbliższego zjazdu? Takie pytanie powinno znaleźć się w testach dla kandydatów na kierowców. Zdarzenie z Małopolski pokazuje, że ani instruktor, ani kursant nie znaliby poprawnej odpowiedzi.

Wakacje, czwartkowy poranek, trasa A4 Kraków – Tarnów. Wypadek. Trzy osoby ranne. Autostrada zablokowana. Najbardziej niecierpliwi kierowcy zawracają. Przeciskają się pasem awaryjnym lub drugim skrajem jezdni przy barierach energochłonnych. Wśród „uciekinierów” z miejsca zdarzenia… samochód nauki jazdy. Biała skoda fabia. Za kółkiem młody człowiek, obok niego instruktor. Zmotoryzowanym, którzy otwierają okna i zwracają mu uwagę, tłumaczy, że tak kazała jechać policja zabezpieczająca wypadek, ponieważ droga będzie zablokowana ponad godzinę. Marne tłumaczenie.
– Brak słów – stwierdza Krzysztof Bandos, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców. – Słyszałem o tym zdarzeniu. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Wyobrażam sobie, że mógł to zrobić statystyczny Kowalski. Ale nie instruktor! Kto mu dał uprawnienia? Kto go zatrudnia? To jest człowiek, który przez przypadek trafił do zawodu. Może przez pośredniak go skierowali?

Internauci nagrywają, policja nie gromadzi


Popisową jazdę elki na autostradzie A4 zarejestrował kierowca jednego z aut stojących w korku. Nagranie trafiło do sieci. Dzięki temu o instruktorze z białej skody jest głośno. Pytanie, ile takich incydentów zdarza się na co dzień, lecz świadkowie nie mają kamer samochodowych, a telefonu nie zdążą wyciągnąć. Jak często pojazd nauki jazdy stwarza zagrożenie na drodze nie z powodu małych umiejętności kursanta, lecz głupoty nauczyciela? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale może są choćby statystyki wykroczeń, wypadków z udziałem samochodów OSK?
– Biuro ruchu drogowego KGP nie gromadzi informacji dotyczących pojazdów nauki jazdy – gasi naszą dociekliwość podinspektor Radosław Kobryś, radca wydziału opiniodawczo-analitycznego BRD KGP.

Pozostają więc tylko medialne doniesienia. A to drogówka z Olsztyna czy Łodzi przeprowadziła zmasowaną kontrolę pojazdów szkoleniowych i okazało się, że… połowa nie jest sprawna techniczne lub są nieprawidłowości w dokumentach. A to zatrzymano pijanych nauczycieli jazdy w Przeworsku i Stargardzie. A to policjanci ze Szczecina wypatrzyli śpiącego instruktora (kursant jechał przepisowo, ale drzemka pasażera wydała się funkcjonariuszom dziwna). Okazało się, że był „na promilach”.

Sukcesy w walce o jakość szkolenia i egzaminowania odnoszą też internauci. W marcu udało im się nagrać samochód prowadzony przez pracownika Zachodniopomorskiego Ośrodka Ruchu Drogowego z Koszalina, który wykonał manewr skrętu w lewo bez kierunkowskazu.
– Egzaminator może więcej – komentowali forumowicze.

Na Opolszczyźnie zarejestrowano elkę wyprzedzającą ciężarówki na podwójnej ciągłej! Ale to nie koniec niespodzianek: samochodem jechali nadprogramowi pasażerowie. Interwencja policji skończyła się mandatami dla kierującego oraz instruktora. Szkoleniowiec miał fart, że stracił tylko kilkaset złotych i punkty karne, a nie uprawnienia do wykonywania zawodu.

Selekcja negatywna życiowych nieudaczników?


 – 40 proc. instruktorów jest do odstrzału. Natychmiast – ocenia prezes PFSSK. – Tak jak ok. 40 egzaminatorów nie nadaje się nawet do wystawiania samochodów na parking WORD, tak podobny odsetek zatrudnionych w OSK może co najwyżej uczyć dzieci jazdy samochodzikami na baterie – żartuje Bandos.

Ma świadomość, że tak ostra krytyka nie przysporzy mu kolegów. Tłumaczy jednak, że sytuacja w środowisku szkoleniowym jest już tak zła, że trzeba bić na alarm.

Potwierdza to Karol Kreft z Pomorskiego Stowarzyszenia Instruktorów Nauki Jazdy.
– Obracamy się w selekcji negatywnej – zauważa Kreft. – Na pierwszej lepszej budowie można zarobić dużo więcej. Do zawodu trafiają ludzie, którzy nie mają pomysłu na siebie. Stawki w OSK są śmieszne. Instruktor z 12 zł na godzinę jawi się jako nieudacznik życiowy.

Kolejna surowa ocena. Nie jest zbyt surowa?
– W Trójmieście nie jest wielkim problemem znaleźć pracę za 6 tys. zł miesięcznie. Tyle zarabia np. kierowca ciężarówki – tłumaczy Kreft. – Firma produkująca lady chłodnicze oferuje 5 tys. zł na rękę. To na start. Później więcej. Mają siedem wakatów. Wydzwania do mnie majster od nich i pyta, czy kogoś nie znam. A ja sam szukam chętnych do pracy i znaleźć nie mogę – żartuje instruktor z Redy.

Wyjaśnia, że do pracy szkoleniowej można namówić policjanta emeryta, lecz trudno przyciągnąć młodych, wykształconych, kompetentnych. Dlaczego? Zbyt małe wynagrodzenie, niestabilna sytuacja w branży, częste zmiany przepisów lub zapowiedzi zmian.
– Dwa czynniki warunkują dobrą pracę: atmosfera i zarobki. Jeśli tego nie ma, to co ma być motywacją? – pyta Kreft.

Zdradza, że firmy szkolące instruktorów mają problemy z naborem. Na kategorię A w ubiegłym roku w Trójmieście zgłosił się jeden kandydat. Większość OSK szuka ludzi ze stosownymi uprawnieniami.
– U mnie od lat jest wakat. Z konieczności sam szkolę na ciężkich motocyklach. I nieraz włosy mi dęba stają, jak widzę, co wyprawia kursant. To jest stresująca, odpowiedzialna robota – mówi Kreft. – Póki nie będzie płacy na poziomie 7 tys. zł, fachowcy nie przyjdą.

Tanio i bez kwalifikacji


 Taka pensja pozostaje jednak w sferze fantazji. Przynajmniej dopóki ceny kursów na kategorię B są sztucznie utrzymywane na poziomie 1500 zł, a za godzinę doszkalania kursant oczekuje stawki 50–60 zł.
– Od lat obserwujemy psucie rynku: zaniżone ceny, niską jakość szkolenia, brak nadzoru starostw nad OSK – wylicza zrezygnowany Bandos.

Szefowie wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego również dostrzegają niekorzystne zmiany w tym obszarze. Ich zdaniem jedną z przyczyn jest liberalizacja przepisów, tzw. reforma Gowina, deregulacja zawodów.
– Obowiązujące prawo określa, że instruktorem może być osoba bez wykształcenia – przypomina Janusz Kuwak, zastępca dyrektora WORD-u Katowicach. – Stawiam pytanie, jak może wyglądać przekazywanie wiedzy przez osobę nieposiadającą nawet podstawowego wykształcenia? Idąc dalej tym tokiem myślenia, stawiam tezę, iż taka osoba jest zdolna do nieprzestrzegania podstawowych norm prawnych w innych sytuacjach życiowych. Nikt z nas nie chciałby, aby osoba mająca problemy z prawem była wychowawcą naszych bliskich.

Podobnymi refleksjami dzieli się Krzysztof Żółtek, egzaminator nadzorujący WORD-u w Toruniu. Przywołuje art. 33 znowelizowanej ustawy o kierujących pojazdami.
– Niegdyś zawód instruktor-wykładowca był profesją elitarną. Prestiżowe grono, które nielicznie ostało się, do dziś spełnia swoją rolę – rolę nauczycieli kształcących kierowców z największą starannością, poświęceniem i zaangażowaniem – przekonuje Żółtek. – Zgodnie z dzisiejszym wymogiem instruktor nie musi mieć nawet średniego wykształcenia, zaś dwa lata posiadania prawa jazdy kategorii B, po deregulacji zawodów, ustawodawca uznał za wystarczające. Czegóż zatem wymagać od instruktora, skoro to nie jego wina, lecz w dużej mierze systemu.

Przypomina trwające od wielu lat debaty na branżowych kongresach czy ministerialnych konsultacjach na temat wymogów stawianych OSK.
– Były dyskusje, aby instruktor miał wykształcenie pedagogiczne, był po technikum samochodowym czy nawet po studiach samochodowych. Były nawet propozycje, aby instruktor miał uprawnienia ratownika medycznego. Niestety, ktoś z niewiadomych przyczyn stwierdził, że jednak instruktor nie musi mieć ani ponadpodstawowego wykształcenia, ani większego doświadczenia w swoim zawodzie – konkluduje Żółtek.

Karygodne zachowanie


Szef egzaminatorów z Tarnowa, Tadeusz Michałek, proponuje, by „o głębszą analizę poziomu szkolenia” poprosić starostów, bo to oni sprawują nadzór m.in. nad pracą instruktorów.
– W mojej ocenie starostowie w bardzo znikomym procencie korzystają z przepisów art. 43 ust. 2 ustawy o kierujących pojazdami, umożliwiających pełniejszą kontrolę ośrodków szkolenia kierowców, co w efekcie powinno przyczynić się do podniesienia poziomu i jakości szkolenia przyszłych kierowców – stwierdza Michałek.

A jak ocenia popis białej elki na trasie Tarnów – Kraków?
– Oglądałem na YouTube. Tę sytuację trzeba ocenić jednoznacznie jako karygodnie zachowanie kierującego (współkierującego) pojazdem nauki jazdy oraz pozostałych kierujących – stwierdza w mailu do redakcji egzaminator. – Taki instruktor nie daje rękojmi należytego wykonywania swoich obowiązków zawodowych i nie powinien zajmować się szkoleniem kandydatów na kierowców. Myślę jednak, że było to zachowanie incydentalne i nie może być powodem negatywnej oceny wszystkich instruktorów, wykonujących swoją pracę odpowiedzialnie, fachowo i merytorycznie.

Egzaminator nadzorujący WORD Toruń też stara się być wyrozumiały.
– Trudno jednoznacznie określić, dlaczego instruktor zachował się w ten sposób. Może pośpiech, może jakaś nadzwyczajna sytuacja, o której nie wiemy. A może mechanizmów tak skrajnie niebezpiecznego działania należałoby się doszukiwać w tzw. psychologii tłumu – definicji opartej na koncepcji zbiorowej nieświadomości – zastanawia się Krzysztof Żółtek. – A może po prostu instruktor chciał przetestować procedowane w polskim prawie tzw. korytarze życia dla pojazdów uprzywilejowanych w wersji ekstremalnej – pod prąd. Zapomniał tylko, że niebieski znak L nie jest tym samym, co niebieski sygnał świetlny na dachu pojazdu.

Apeluje jednak, by „nie wydawać wyroku na instruktora”. Tak jak w setkach internetowych komentarzy pod filmikiem pokazującym elkę przeciskającą się pod prąd na autostradzie.
– Należałoby zbadać wszystkie okoliczności związane z zaistniałą sytuacją, być może znajdą się jakieś szczególne, które oczyszczą instruktora z zarzutów – podsumowuje Żółtek.

Gdyby wyrok zależał od wicedyrektora katowickiego WORD, byłby surowy.
– Ten przypadek, nagłośniony przez środki masowego przekazu, jest jaskrawym naruszeniem obowiązujących przepisów prawa i norm obowiązujących w życiu publicznym. Jest to drastyczny przypadek głupoty zasługujący na potępienie, a nawet usunięcie z zawodu instruktora – grzmi Janusz Kuwak.

W Warszawie słupki sondaży, w terenie wypalenie


Gdyby w składzie orzekającym był również prezes PFSSK, nauczycielowi z białej elki nie pomógłby najlepszy adwokat.
– Powinien stracić uprawnienia. Koniec. Kropka – ucina Bandos.

Ale komentując zdarzenie na A4 wskazuje szerszy problem.
– System szkolenia i egzaminowania wymaga mądrych zmian. To zadanie dla polityków. Jeżdżąc przez lata na konsultacje, komisje, konferencje do Warszawy, miałem nadzieję, że kwestie BRD są ponadpartyjne. Że wspólnie uda się wypracować odpowiednie regulacje. Niestety, zamiast dobrych reform są zapowiedzi, deklaracje, obietnice. Obecna władza też tylko rzuca hasła: nauka jazdy z rodzicami, nieprzerywanie egzaminu, WORD-y pod nadzór wojewody. To jest sondowanie opinii publicznej. I czekanie, czy słupki sondaży drgną.

Przemyślane zmiany legislacyjne zamiast populistycznych haseł to na pewno słuszny postulat. Ale czy branża OSK nie powinna też sama sobie stawiać wyższych wymagań? Dlaczego powszechną praktyką jest majstrowanie przy dokumentacji szkolenia? Publiczną tajemnicą jest, które ośrodki oferują ekspresowy kurs i egzamin. Dlaczego pijanego instruktora ze Stargardu zatrzymali taksówkarze na stacji paliw, a nie koledzy z branży? Przecież wiedzieli, że ma problemy z alkoholem. Że w stanie upojenia spowodował kiedyś wypadek. Że na dziesięć lat stracił uprawnienia.
– Nietrzeźwi instruktorzy zdarzają się, ale to jest ułamek procenta – przekonuje Karol Kreft. – Mnie przeraża co innego: ludzie pracujący w nauce jazdy są zgaszeni, zrezygnowani. Nie wszyscy, ale większość. Zero zaangażowania. Całkowite wypalenie zawodowe. Nic ich nie obchodzi. Na niczym im nie zależy. Kiedyś tak nie było.

Czy kondycja środowiska instruktorskiego jest tak kiepska? Czy poziom kwalifikacji zawodowych drastycznie się obniżył?
– Ocena jakości szkolenia kierowców nie pozwala na stwierdzenie, że uległa ona pogorszeniu – dyplomatycznie odpowiada podinspektor Kobryś z BRD KGP.

– Z punktu widzenia WORD-u, patrząc na przygotowanie zdających, uważam, że jest coraz gorsze. Dotyczy to wszystkich kategorii – nie ma wątpliwości zastępca dyrektora WORD Katowice.

Wyjaśnia, że spadek poziomu szkolenia najbardziej widoczny jest w tzw. kategoriach ciężkich: C, C+E, D i D+E.
– Do egzaminu zgłaszają się osoby mające problem z jazdą do przodu – opowiada wicedyrektor katowickiego WORD-u. – Nieprawdopodobne? A jednak. Tak niekorzystne zjawisko przenosi się na coraz większy udział pojazdów ciężarowych w tragicznych w skutkach wypadkach drogowych.

Tomasz Maciejewski
Jakub Ziębka felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0