Muzyka z samochodowego silnika

Robert Chojnacki

– Z braku czasu najlepiej komponuje mi się w samochodzie! Podczas jazdy, zamiast słuchać wszystkowiedzącego radia, wolę odgłos silnika. To brzmienie powoduje, że łatwiej mi się tworzy – zdradza w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” znany polski kompozytor i saksofonista Robert Chojnacki.

Jakub Ziębka: Czego trudniej się nauczyć – jazdy samochodem czy gry na saksofonie?

Robert Chojnacki: Zdecydowanie trudniejsza jest gra na saksofonie. Zresztą to bardzo ciekawy instrument. Wynalazł go i zaprezentował na wystawie w Brukseli w 1912 roku Adolph Sax. Jest to swoiste połączenie klarnetu, fletu i oboju. Jeden z moich nauczycieli mówił mi kiedyś: „najtrudniejsze jest pierwsze dziesięć lat gry na saksofonie, potem już jakoś ci pójdzie”. I nie są to słowa rzucone bezpodstawnie. A z samochodem miałem tak, że po prostu wsiadłem i jechałem. Ale autami interesowałem się w zasadzie od dzieciństwa. Pewnie zawdzięczam to swojemu ojcu.

Był motoryzacyjnym maniakiem?

– On w tzw. realnym socjalizmie jeździł po Warszawie takimi samochodami, które w tamtych czasach były w naszym kraju w zasadzie niedostępne. Bardzo lubił amerykańskie i niemieckie marki. Chodzi mi m.in. o amerykańskie chevrolety. Zawsze to były auta z mocnym silnikiem, 6-8 cylindrów w układzie widlastym. Na przełomie lat 50. I 60. musiało to wyglądać trochę jak lądowanie UFO w Mogielnicy, ale takie to były czasy. Miał też w swoim życiu parę mercedesów i w latach późniejszych chevrolety camaro z motorem 5,7 w układzie V. Dużo wcześniej miał także niemieckiego mercedesa W 120, tzw. kubusia, czy trochę później 280 z silnikiem benzynowym. Tata nie tolerował silników Diesla. A wracając do „kubusia”, wówczas po Warszawie jeździły może cztery takie auta, jedno z nich miał podobno Leopold Tyrmand (pisarz i publicysta, popularyzator jazzu w Polsce, postać owiana legendą, ikona polskiego świata artystycznego lat pięćdziesiątych XX wieku – przyp. red.), drugie – premier Cyrankiewicz. Pod koniec lat 70. i przez kolejne lata tata jeździł chevroletami camaro. Miał słabość do tego modelu. Ja też go lubiłem i wspominam do dziś z sentymentem. Uważam, że chevy camaro z tamtych lat to najbardziej udana wersja chevroleta i ogólnie koncernu General Motors. Kiedyś Wojciech Karolak (polski muzyk jazzowy, pianista, wirtuoz organów Hammonda – przyp. red.), widząc mojego ojca, wyskoczył na środek jezdni i nie mógł się nadziwić, że ktoś w Warszawie posiada takie auto. Prywatnie Wojtek posiadał podobny model, ale miał wieczny problem z częściami. Wiadomo, wtedy najbardziej popularnymi samochodami były syrenki i warszawy.

Pan też tak ma? Na profilu facebookowym przeczytałem, że jednym z pana zainteresowań są szybkie samochody.

– Tak, mogę powiedzieć, że lubię szybkie samochody, ale nie tylko. Trochę już ich w swoim życiu miałem, ale nie ma sensu, żebym wymieniał, jakie, bo nie chodzi przecież o to, żeby się teraz nimi chwalić. Ale według mnie, samochód powinien być szybki, elegancki i bezpieczny. Taki, który pozwala spokojnie wyprzedzić inne pojazdy w momentach potencjalnie takiemu manewrowi niesprzyjających. Na przykład, jeśli jedziemy pod górę. Fajnie mieć świadomość, że ma się pod nogą jeszcze spory zapas.

Ale oczywiście nie zaczynałem swojej motoryzacyjnej przygody od bardzo szybkich aut. Było dosyć , rzekłbym, klasycznie. Maluch, którego się pozbyłem po trzech tygodniach, i volkswagen garbus. Potem już była cała gama.

Najpierw trzeba było udać się na kurs, a potem zdać egzamin na prawo jazdy. Pamięta pan coś z tamtych czasów?

– Oczywiście, pamiętam nawet dokładnie, gdzie! Było to w Warszawie przy ul. Bema, w Lidze Obrony Kraju. Miałem wtedy niespełna 18 lat. I co w tym wszystkim chyba najciekawsze – podczas swojej pierwszej jazdy wsiadłem do żuka. Jak wchodziłem w zakręt, to miałem wrażenie, że zaraz się wywróci. A potem przesiadłem się na Stara 66. Zero wspomagania hamulców i kierownicy. Pełna rozpacz. Przy hamowaniu trzeba było się zapierać dobrze nogami. I takim oto ciężarowym wozem zdawałem egzamin na prawo jazdy.

Nie jeździł pan wówczas w ogóle osobówką?

– Ależ jeździłem, po prostu podkradałem ojcu auto i jeździłem nocami po mieście. Liga Obrony Kraju posiadała taki sprzęt, z jakiego korzystało wówczas wojsko. Kurs kosztował mnie 50 zł, a mógł być co najmniej kilkakrotnie droższy. Jednak takich jak ja brali później do jednostek samochodowych. W jednej z nich byłem właśnie kierowcą. Ale krótko, szybko się z tego obowiązku wywinąłem i wylądowałem w zespole estradowym Radar.

Właśnie, odchodząc od tematów wojskowych, nawiążę raz jeszcze do muzyki, bo przecież rozmawiam z osobą, która zajmuje się nią na co dzień. Czy jazda samochodem inspiruje pana do tworzenia, komponowania?

– Trafił pan w sedno! Z braku czasu najlepiej komponuje mi się właśnie w samochodzie! Podczas jazdy, zamiast słuchać wszystkowiedzącego radia, wolę odgłos silnika. To brzmienie powoduje, że łatwiej mi się tworzy. W samochodzie spędziłem prawie pół życia, więc jestem już przyzwyczajony. Reszta to wyobraźnia muzyczna i trochę wiedzy na ten temat.

Niedawno ukazała się moja nowa płyta zatytułowana „Piątka”. To jest mój piąty album solowy. Polecam go czytelnikom, ponieważ skupiłem na nim wokół siebie wspaniałych muzyków i zaprosiłem do współpracy młodego wokalistę Piotra Nowaka. Myślę, że warto posłuchać. To dobra płyta do samochodu i na wieczór towarzyski.

A jak pan ocenia umiejętności i kulturę jazdy polskich kierowców?

– Nie zauważyłem, żebyśmy jeździli lepiej albo gorzej od kierowców z państw Europy Zachodniej. Natomiast mam wrażenie, że dużo gorzej jest na wschodzie Europy. Kilka lat temu miałem okazję uczestniczyć w rajdzie. Przemierzaliśmy m.in. Ukrainę i Mołdawię. Nie czułem się tam zbyt bezpiecznie. Słaba jakość dróg, krewkie usposobienie połączone ze skłonnością do nadużywania alkoholu to jest prawdziwie wybuchowa mieszanka…

Robert Chojnacki – muzyk, kompozytor, saksofonista. W 1987 roku dołączył do nowo powstałej formacji De Mono, z którą współpracował kilkanaście lat. Jest kompozytorem m.in. takich przebojów, jak „Zostańmy sami”, „Twoje ulice”, „Płomień”, współkompozytorem i wykonawcą pozostałych hitów tej grupy. W tym samym czasie, w 1995 roku, nagrał swój pierwszy solowy album „Sax & Sex”. Dzięki takim przebojom, jak „Budzikom śmierć”, „Niecierpliwi”, „Prawie do nieba”, płyta sprzedała się w liczbie około półtora miliona egzemplarzy, a Robert Chojnacki zapisał się na stałe w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Od 2008 roku Robert Chojnacki zaangażowany jest w kilka projektów, które realizuje również za granicą. Natomiast w kraju rozpoczął kolejny zespołowy projekt pod nazwą „Robert Chojnacki &”.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.