- Zacząłem od motoru. Miałem wtedy chyba 17 lat. Potem przyszedł czas na samochód osobowy, następnie zdobyłem uprawnienia kategorii T, B+E i D+E. Fajnie jeździło mi się autobusem, np. autosanem. Przerobiłem również stara z przyczepą - mówi Radek Liszewski, lider zespołu Weekend.

Jakub Ziębka: Tuż przed rozmową obejrzałem kilka waszych teledysków. W dużej części z nich pojawiają się auta. Czy to taki trend w polskiej muzyce tanecznej?


Radek Liszewski: - To akurat zjawisko ogólnoświatowe. Jeśli włączysz sobie telewizor i wybierzesz MTV albo Vivę, to tam nie ma klipu, gdzie nie byłoby jakiejś potężnej bryki czy ładnych chromowanych felg. My też je wykorzystujemy. Nadaje to całemu teledyskowi estetykę, charakter. Wiadomo przecież, że klipy mają przyciągać oko, są takimi swoistymi baśniami. Pokazywany w nich przepych, bogactwo to coś, o czym prawie każdy marzy.


Czy to znaczy, że nie interesujesz się motoryzacją?


- Wręcz przeciwnie, bardzo. Zresztą jak każdy facet. Trochę samochodów już w swoim życiu miałem.


Od jakiego zacząłeś?


- Miałem niespełna 18 lat, jak kupiłem czerwonego opla kadetta. Za swoje pieniądze. Pracowałem po szkole, zbierałem, ciułałem pieniądze i się udało! Pamiętam go doskonale. Było to w 1994 r. Jak na tamte czasy to był pocisk. Miał elektroniczny zapłon, w porównaniu do poloneza, którym jeździł Borewicz, chodził doskonale. Następnie miałem mazdę 626 z dwulitrowym silnikiem wolnossącym. To już była czterodrzwiowa limuzyna. Elektryki co prawda nie miała za wiele, ale kontrolki świeciły się, gdzie tylko mogły. W tamtych czasach miało się wrażenie, że siedzi się w kokpicie samolotu. Mazda działała bardzo przyzwoicie, nie za dużo paliła.


Ale długo jej nie miałeś…


- Tak, po jakimś czasie kupiłem sobie inne auto. Najpierw audi 100 z potężnym silnikiem 2,2 l, potem hondę prelude. Jeżeli chodzi o ten drugi wóz, to był to prawdziwy skok cywilizacyjny. To już jest samochód sportowy. W tamtym czasie fenomenalny do prowadzenia. Zakręty można było pokonywać na naprawdę niezłej prędkości. Tyłek z siedzenia wypadał, ale samochód utrzymywał się na swoim torze jazdy. W moich rodzinnych stronach, w Sejnach, byłem jedną z pierwszych osób, które jeździły samochodem sportowym. Tak bardzo chciałem go mieć, że się nawet zapożyczyłem. Kolejne kredyty spłacałem ze łzami w oczach. Potem potrzebowałem czegoś większego, do biznesu.


Na co się zdecydowałeś?


- Najpierw postawiłem na poloneza trucka, następnie zmieniłem go na forda transita. Z tego busa byłem bardzo zadowolony. Elementy jezdne, czyli silnik, most czy skrzynia biegów, nie pozostawiały wiele do życzenia. Potem przestałem prowadzić działalność gospodarczą i przyszedł czas na audi 100 C4, ale też nie pojeździłem sobie nim za długo. Cały czas po myślałem o audi A8. W końcu je kupiłem. Prześliczne, urocze, na przepięknych felgach. Wyposażone chyba we wszystko, co może mieć samochód. Urzekało. Jeździłem tym wozem aż trzy lata. Ale w końcu zdecydowałem się na audi S8 z 2001 r. To już była torpeda. Wsiadasz do potężnej limuzyny, ale czujesz się jak za kierownicą rajdowego samochodu. Pali sporo, ale to normalne. Ostatni mój zakup to bmw 745 z 2006 r. Ale to już inne, potężne auto. Trzeba do niego założyć garnitur, krawat i spokojnie jechać.


Z tego, co mówisz, wynika, że lubisz szybką jazdę.


- Niby tak, ale teraz to nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Co rusz straż miejska i ITD ustawiają fotoradary. Moim zdaniem, robi się to po to, żeby do kasy wpłynęło dużo pieniędzy. Jestem ciekaw, czy te fotoradary choćby w kilku procentach wpływają na bezpieczeństwo na drodze. Są miejsca, gdzie można się na nie natknąć co kilkaset metrów. Choćby w okolicach Szczecina. Teraz mamy odgórny rządowy nacisk, żeby fotoradary przynosiły konkretny zysk. A jeśli większość z nas będzie się pilnowała i nie dostanie mandatów? Żeby kasa się zgadzała, służby mundurowe będą kierowców prowokować? To nie ma sensu. Wszystko ma swoje granice. Jednak żeby była jasność - na pewno nie pochwalam osób, które jeżdżą szybko na terenie zabudowanym, w pobliżu szkół czy przedszkoli. Tam fotoradary mają sens. Ale nie gdzieś ukryte, często w krzakach.


Jesteś teraz w takim momencie swojej muzycznej kariery, że koncertujesz praktycznie codziennie. Czym wyjeżdżacie w trasę?


- Nissanem quest. Duży samochód, wygodny i szybki. Mieści się w nim cały zespół razem z walizkami. To jeden z ładniejszych vanów, jakie są na rynku. Ma taką nietypową, futurystyczną kubaturę. Ale ja nie prowadzę, biorę z sobą kierowcę. Po tylu występach, nocach w hotelach nie miałbym już siły siedzieć za kółkiem. Mam swoje miejsce z tyłu auta, kładę się tam, jest mi bardzo wygodnie.


A co sądzisz o stanie polskich dróg?


- Nie jest tak źle. Szczególnie ostatnio dużo się dzieje w kwestii remontów starych i budowy nowych dróg. Gdziekolwiek się ruszysz, to zawsze ktoś coś robi. Szczególnie dużo działo się przed Euro 2012. Fajnie jeździ mi się np. w okolicach Radomia i Ostrowca Świętokrzyskiego. Niektóre drogi mamy na poziomie europejskim.


Pamiętasz okres, kiedy zdobywałeś prawo jazdy?


- Jasne. Zacząłem od motoru. Miałem wtedy chyba 17 lat. Potem przyszedł czas na samochód osobowy, następnie zdobyłem uprawnienia kategorii T, B+E i D+E. Fajnie jeździło mi się autobusem, np. autosanem. Przerobiłem również stara z przyczepą. Czasami, kiedy policjanci zatrzymywali mnie do kontroli, dziwili się, że posiadam aż takie uprawnienia. Może myśleli, że je kupiłem? W każdym razie jest się czym pochwalić. Ale nigdy nie pracowałem jako zawodowy kierowca.


Porozmawiajmy chwilę o muzyce. Utwór „Ona tańczy dla mnie” stał się wielkim hitem. W popularnym serwisie YouTube został wyświetlony już ponad 41 mln razy (dane z połowy stycznia - przyp. red). W twoim życiu zawodowym pewnie dużo się teraz dzieje.


- O, tak. Mam teraz przeróżne propozycje, zainteresowały się mną media. Prawie wszyscy słyszeli już o zespole Weekend i Radku Liszewskim. A ja prawie cały czas jestem w trasie, na walizkach. Ale byłbym głupi, gdybym narzekał. Pracowałem na to wiele lat. Zresztą cały czas tak nie będzie, jestem tego świadom. Dlatego uważam, że to jest najlepszy moment dla mnie i zespołu. Trzeba go maksymalnie wykorzystać.


Kiedy zacząłeś pracować nad tą piosenką, miałeś wrażenie, że to potencjalny hit?


- Nie miałem o tym pojęcia. Oczywiście każdy kompozytor, autor tekstów marzy, żeby utwór, nad którym pracuje, był wyjątkowy. Ale tego nie da się wyczuć. Status tej piosenki określili ludzie. I tyle.


Słyszałem, że ta piosenka staje się popularna nie tylko w Polsce.


- To prawda. Od pewnego dziennikarza słyszałem, że jak był na wakacjach w jednym z austriackich kurortów, to ją słyszał. Utwór puszczali Niemcy. Z kolei menedżerka jednego z trójmiejskich hoteli spytała mnie, czy tam nie zagram. Okazało się, że do kontaktu ze mną namówili ją bawiący tam turyści z Hiszpanii. Podobno naszą piosenkę słychać także w Tunezji, na Ibizie i Filipinach.


Jakie masz plany na przyszłość?


- Na razie jestem w trasie. A co potem? Będę robił dokładnie to, co do tej pory. Będę dalej pisał teksty, komponował, czyli po prostu realizował swoją pasję.


Jakub Ziębka


Grupa Weekend powstała w 2000 r. w Sejnach. Wokalistą oraz liderem zespołu jest Radosław Liszewski. Towarzyszy mu sekcja taneczna, którą tworzą Adam Łazowski i Paweł Nitupski. Na swoim koncie grupa ma już pięć płyt. Jednak jej najbardziej znanym utworem stała się wypromowana w 2012 r. piosenka „Ona tańczy dla mnie”. W popularnym serwisie YouTube została wyświetlona ponad 41 mln razy. Już w listopadzie zeszłego roku znalazła się w pierwszej setce najchętniej oglądanych teledysków na świecie.


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0