Wiążę z nowym modelem samochodu nadzieje. Mam na myśli bankructwo szkół jazdy, które oferują kurs za 1 tys. zł. Bo one na nowe samochody nie mogą sobie pozwolić. A jeśli tego nie zrobią, będą musiały wypaść z rynku. I zostaną na nim normalni, profesjonalni i uczciwi gracze.

Życie właściciela szkoły jazdy toczy się dość monotonnie. Oto przychodzi jeden kursant, kilka dni później następny, potem kolejny. Jakiś czas mija, przychodzi czas zapisów na egzamin. W niektórych szkołach jazdy kandydatami na kierowców zajmują się zatrudniani przez szefa OSK ludzie. Ale chyba każdy z nas na początku pełnił w firmie wszystkie możliwe stanowiska naraz. Chodziło przecież o to, żeby ograniczyć koszty.


Serca biją, dłonie się pocą


Przychodzi jednak taki okres, gdy serca właścicieli OSK, instruktorów oraz kursantów biją mocniej, dłonie się pocą, a w nocy trudno o sen. Chodzi oczywiście o przetarg na nowe auta egzaminacyjne. Jedni są za wprowadzeniem do WORD-u danej marki samochodu, inni wręcz przeciwnie. Dyskutuje się o tym, czy przetarg nie został rozpisany za wcześnie, czy będzie „ustawiony”. Ludzie rozprawiają na temat trwałości nowych aut, zastanawiają się nad ich dostępnością. W zasadzie nie ma obowiązku kupowania takich samych aut, jakimi dysponuje dany WORD. Jednak większość właścicieli szkół podejmuje ten wysiłek i wymienia przynajmniej część swojej floty pojazdów.


Jak zarobić na nowe auto? Są różne sposoby


Obecnie w Polsce w wielu wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego jeździ się hyundaiami oraz kiami. Chcąc nie chcąc ich śladem podążyły ośrodki szkolenia kierowców. W Poznaniu, bo tam prowadzę szkołę jazdy, przetarg w WORD-zie wygrała Kia. Wiele osób obawiało się nowego auta. Dlaczego? Bo to nowy model, na rynku nie ma więc używanych. Nie wiadomo było także, jak będzie się sprawował, czy będzie awaryjny. Przyznaję, sam się tego obawiałem. Ale z drugiej strony cieszyło mnie, że auto to nie jest dostępne w niemieckich komisach, nierzadko po wypadkach.


Wiążę z nowym modelem samochodu nadzieje. Mam na myśli bankructwo szkół jazdy, które oferują kurs za 1 tys. zł. Bo one na nowe samochody nie mogą sobie pozwolić. A jeśli tego nie zrobią, będą musiały wypaść z rynku. I zostaną na nim normalni, profesjonalni i uczciwi gracze.


Nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby jednoosobowe ośrodki zniknęły z rynku. Szanuję je, znam wielu właścicieli małych szkół, którzy robią to, co powinni. Mało tego, potrafią na tym zarobić! A zarobione pieniądze odkładają „do skarpety”, by za gotówkę kupić nowe auto. I dobrze, tak też można!


Chore myślenie


Przyznaję, dla mnie wymiana aut była dużym wyzwaniem. Ale również szansą na pokazanie swoim kursantom, że działamy prężnie, rozwijamy się i dbamy o naszych klientów. W Poznaniu połowa szkół jazdy jeszcze nie wymieniła samochodów. Dlatego słychać narzekania, że WORD niepotrzebnie zmienił auta, bo kogo stać na nowe. A potem jakoś to będzie. Ściągnie się przecież lekko rozbite auto z Niemiec, przyklepie się i będzie się jeździło. Takie myślenie jest chore, prowadzenie kursów za 1 tys. zł też jest chore.


Mam obecnie cztery nowe auta i zadowolonych kursantów. O to w tym biznesie chodzi. Jak się spisują samochody? Bardzo dobrze, przez dwa tygodnie przejechały po 2 tys. km i wszystko działa. Myślę, że auta zniosą trudy nauki jazdy i będą dobrze służyły kursantom. Ciekawe tylko, jak drogi będzie serwis, jak długo wytrzyma sprzęgło, jak długo posłuży zawieszenie. Odpowiedzi na te pytania poznamy wkrótce.


Marcin Zygmunt, instruktor nauki jazdy, właściciel ośrodka szkolenia kierowców

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0