„Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień” tak powiedział kiedyś irlandzki pisarz i noblista George Bernard Shaw, idealnie charakteryzując sens statystyki, do której z pewnością zalicza się jedno z brzydkich słów z -ość, czyli zdawalność.

W prostym rachunku co ona pokazuje? Liczbę osób, które przystąpiły do egzaminu i ich dalsze losy, tzn. czy ten egzamin zdały, czy nie. Można tylko na tej podstawie oceniać konkretnego instruktora albo szkołę jazdy? Niekoniecznie. Idąc za przykładem pana Shawa, jeżeli jeden instruktor wyszkolił 10 osób i wszystkie zdały, zdawalność (przepraszam za to słowo) będzie stuprocentowa! Jeżeli drugi natomiast wyszkolił 100 kursantów, z czego zdało 10 osób, zdawalność (przepraszam za to słowo) będzie zaledwie dziesięcioprocentowa. Ten pierwszy ma spokój, a nad tym drugim już zaczynają się zbierać ciemne chmury rynku. Jeżeli dobrze zrozumieliście Państwo przykład, powinna pojawić się słuszna wątpliwość, że może ten pierwszy instruktor zwyczajnie lepiej uczy, skoro u drugiego nie zdało aż 90 osób? Może, ale tego w zdawalności nie ma.


Pewnie, można wykorzystać ją marketingowo, jako kolejny argument „za” swoją szkołą, tylko coraz częściej, a właściwie ciągle, jest to tylko jedyny argument. To z kolei doprowadza do nienormalnych sytuacji w których kursant, przychodząc do biura danej szkoły jazdy, rozmowę zaczyna od pytania o zdawalność (przepraszam za to słowo), mało tego, instruktorzy starający się o pracę także często zaczynają od tego pytania. Zastanawiające tylko po co, przecież oni już egzamin zdali… Powstaje chora samonakręcająca się spirala. Szczerze, nie chciałbym uczyć kursanta, który przychodzi z takim nastawieniem, a tym bardziej pracować z takim instruktorem. Przecież w tego typu podejściu chodzi jedynie o załatwienie sprawy w „urzędzie przyznającym prawo jazdy”, więc każda próba nauczenia czegokolwiek jest odbierana jako przeszkoda na drodze (nomen omen) do celu. W przypadku instruktora z takim nastawieniem wygląda to bardzo podobnie. Ma on jedynie pomóc „załatwić” tę urzędową sprawę i nie utrudniać!


Kolejny krok to społeczna żądza „zdania za pierwszym razem”. Ludzie zaczynają się chwalić, wywyższać przed tymi, którzy jeszcze nie zdali, a podchodzili już sześć razy. Proszę spojrzeć, nawet w poprzednim zdaniu słowa „jeszcze” i „już” świadczą o zakorzenionym, podświadomym i negatywnym podejściu do niezaliczonego egzaminu. A przecież nie można go porównać ani z maturą, ani ze studencką sesją. To ma być nasze świadectwo bezpieczeństwa na drodze, bo nigdzie tak jak w samochodzie, ani w szkolnej, ani w wykładowej sali, nie wystawiamy się później codziennie na takie ryzyko.


Jeżeli zdawalność (przepraszam za to słowo) stawiamy na pierwszym miejscu, wówczas i szkolenie jest jej podporządkowane. Co to znaczy „uczyć pod zdawalność”? Niestety odpowiedź jest znana i nielubiana - tzn. na pamięć. Tak, to przez zdawalność (przepraszam za to słowo) kursant wsiada do samochodu, chcąc szybko (to ważne!) nauczyć się (w tym przypadku to słowo na wyrost) sposobu na egzaminatora. Stąd instruktor, chcąc sprostać oczekiwaniom swoich uczniów, zaczyna pokazywać nieistniejące trasy egzaminacyjne, pokazywać ulice, na których „lubią łapać” (o tak, taką wiedzę kursanci uwielbiają!), a także każe zapamiętywać wygląd i sposób pokonania konkretnego skrzyżowania (a w jednym mieście mogą być ich przecież tysiące). Ileż to jest wkuwania! Nie zazdroszczę takim kursantom. A często nawet właśnie dlatego nie potrafią zdać egzaminu, ponieważ zapomnieli jak przejechać przez to skrzyżowanie, chociaż wiedzą, że „przecież było na lekcji”. Potem niech nie dziwi jednak fakt, że nie potrafią wyjechać spod własnego domu…


Jak zdrowo podejść do zdawalności (przepraszam za to słowo)? Trzeba zwyczajnie ją zignorować. Za cel postawić sobie nie to, czy kursant zda egzamin za pierwszym razem, ale to, czy będzie umiał jeździć, a wiemy doskonale, że nie zawsze idzie to w parze. Zdaje się i tak raz na całe życie, choćby za szesnastym razem. To nie ma znaczenia. Egzamin trwa niecałą godzinę, a potem samochodem jeździmy z pięćdziesiąt lat, więc to naprawdę kropla w morzu. A czy można oceniać instruktora po tym, że kursant nie zdał egzaminu, ponieważ nie zatrzymał się przed sygnalizatorem warunkowym? Nie zdarzyło mu się to do tej pory na żadnej lekcji, zawsze słyszał, że trzeba się zatrzymać, ale na egzaminie jednak zasugerował się zachowaniem kierowców przed nim i wynik negatywny. To paradoks, który odbija się potem na zdawalności (przepraszam za to słowo) instruktora, szkoły, a i nie wpływa pozytywnie na morale kursanta, bo to był np. „już piąty raz”.


Suche liczby nie uwzględniają, bo też nie mogą uwzględniać, np. odporności na stres danego kursanta i to jeszcze w danym dniu, subiektywnej oceny egzaminatora (bo ocena jest zawsze subiektywna), który kieruje się też własnymi umiejętnościami i przyzwyczajeniami, presji otoczenia, sytuacji rodzinnej, materialnej, poziomu inteligencji, wieku, czy wreszcie samych umiejętności kursanta, a przecież te wszystkie czynniki też wpływają na wynik egzaminu. Większość z nich zna natomiast instruktor danego ucznia, a przynajmniej powinien wziąć je pod uwagę, do nich dopasować program szkolenia i obserwować postępy kursanta przez ciągłe kontrolowanie jego wiedzy pytaniami na temat sytuacji na drodze. I tak aż do momentu, w którym będziemy spokojni, że rozumie to, co mówią do niego znaki oraz sygnały, że zdaje sobie sprawę z niebezpiecznych sytuacji i potrafi je przewidzieć, a także ponad wszystko zna zasady panujące na drodze i dlatego poradzi sobie na wszystkich skrzyżowaniach na świecie, nie tylko w rejonie Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego. Tego wszystkiego zdawalność nie może pokazać, bo przecież to tylko statystyka…


Grzegorz Lament, instruktor


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0