Maluch, wskaźnik paliwa i… sześć liczb

Egzamin na prawo jazdy zdał już wieku szesnastu lat. Jego pierwszym samochodem była dekawka, ale najwięcej wspomnień wywołują maluchy. Nie jest zarozumiały, dlatego nie uważa się za dobrego kierowcę. Gdy czasami do kontroli zatrzymuje go policja, funkcjonariusze proszą go o podanie sześciu liczb. O kim mowa? Bohaterem kolejnego wywiadu z cyklu „Jazda z gwiazdą” jest Ryszard Rembiszewski.

Jakub Ziębka: Czy jest jakiś samochód, dzięki któremu krew w pana żyłach zaczyna szybciej krążyć?

Ryszard Rembiszewski: Nie ma takiego. W swoim życiu byłem właścicielem kilku aut. Najważniejsze jest to, żeby auto nie sprawiało mi kłopotów. Chcę po prostu przekręcić kluczyk i jechać. Nie mam także ochoty stać w oknie i sprawdzać, czy mój samochód jeszcze stoi w miejscu, w którym go zostawiłem. Lamborghini albo ferrari można sobie obejrzeć na wystawie. Nie chodzi przecież o to, żeby kupić bardzo drogi samochód, a potem o niego bez przerwy drżeć. Nie jestem osobą, którą nęcą dobre i znane marki. Ani bmw, ani mercedes nie jest mi koniecznie potrzebny.

Samochód ma po prostu ułatwiać życie i sprawiać trochę radości. Zdecydowanie musi być wygodny, niezawodny, bez dużej ilości nowinek technicznych.

Czym pan teraz jeździ?

– Poruszam się kia sportage. Jestem z niej bardzo zadowolony. Zresztą mój poprzedni samochód to też była kia, tylko inny model – cee’d. Jest to marka, która produkuje auta o długim, bo siedmioletnim, okresie gwarancji oraz parametrach, które mnie zadowalają. Serwis też zasługuje na uznanie (Malibu Auto – dzięki). Nie można też ukryć faktu, że te samochody są atrakcyjne cenowo, a ich eksploatacja nie jest droga. Za bliźniaczo podobne auto, tylko innej marki, zapłaciłbym o wiele więcej. Nie ma więc sensu przepłacać, chyba że raz za razem wygrywa się szóstkę w Lotto.

A propos nagród – dwa lata temu prasa rozpisywała się o tym, że osoba, która przez wiele lat prowadziła losowania Lotto, też miała szczęście na loterii i wygrała samochód. Chodziło oczywiście o pana.

– Prasa lubi sporo dodawać od siebie… Rzeczywiście, na jednym z eventów była tzw. loteria wizytówkowa. Osoba, która wygrała, mogła przez tydzień pojeździć sobie najnowszym modelem infiniti. Trafiło na mnie. Nie wygrałem jednak samochodu, tylko przez tydzień mogłem z niego korzystać. To spora różnica, prawda?

Pojechałem nim w moje ulubione miejsce, do Puszczy Białowieskiej. Bardzo dobrze się go prowadziło, ale miał jedną podstawową wadę. Za dużo palił. A dla mnie ważną kwestią jest eksploatacja auta. Zwłaszcza teraz, kiedy ceny paliw tak mocno się zmieniają. Poza tym jeżdżę głównie po mieście. Rzadziej wypuszczam się gdzieś dalej. A jak wiadomo – w mieście samochód pali dużo więcej.

Pamięta pan swoje pierwsze auto?

– Zacznijmy od tego, że bardzo szybko zdobyłem prawo jazdy. Kiedy miałem szesnaście lat, chodziłem na zajęcia do Pałacu Młodzieży. Miałem tam także możliwość odbycia kursu. Pamiętam, że mój ojciec musiał napisać specjalne oświadczenie. Co z niego wynikało? Jeśli doszłoby do jakiegoś wypadku, zniszczyłbym auto szkoleniowe, ojciec musiałby pokryć koszty naprawy. Dodatkowo w tamtych czasach za jednym zamachem robiło się prawo jazdy na samochód i motor. Jednak od momentu egzaminu na motocykl nigdy nie wsiadłem. Nie uważam się za ryzykanta, jestem dość ostrożny, więc nigdy mnie do takich jednośladów nie ciągnęło.

Wracając do pierwszego auta, którym jeździłem – była to taka stara dekawka (popularna nazwa samochodów z niemieckiej wytwórni DKW – przyp. red.). Jednak moja radość trwała krótko. Auto było mocno zdezelowane, długo nie pożyło. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, bardzo żałuję, że ojciec oddał dekawkę na złom. Bo gdyby wtedy zainwestowało się w to auto trochę pieniędzy i czasu, mielibyśmy naprawdę fajny zabytkowy samochód…

Po DKW nadszedł czas na…?

– Malucha! Pamiętam dwie zabawne historie, które wiążą się właśnie z tym autem. W pierwszej główną rolę odegrał zepsuty wskaźnik paliwa. W weekend mieliśmy z żoną wyjechać do znajomych na działkę, więc dzień wcześniej pojechałem zatankować auto. Wróciłem i zostawiłem malucha pod domem. Gdy już mieliśmy wyjeżdżać, okazało się, że go nie ma. Mocno mnie to zdziwiło, zacząłem więc malucha szukać. Bez powodzenia. Zadzwoniłem więc na milicję, żeby przekazać, że auto zostało prawdopodobnie skradzione. Okazało się jednak, że złodziej nie ujechał zbyt daleko. Auto stało dosłownie dwie ulice dalej od miejsca, w którym go zostawiłem. Włamywacz myślał, że daleko moim samochodem nie zajedzie, bo spojrzał na wskaźnik paliwa, wskazujący jego niedobór. Dlatego szybko go porzucił. Później wystarczyło tylko wymienić zamek.

Druga historia: zaparkowałem auto w pobliżu domu. Nazajutrz chciałem gdzieś pojechać, więc do niego wróciłem, wsiadłem i chciałem go odpalić. Ale coś mi nie pasowało. Na przednim siedzeniu leżała jakaś gazeta. A przecież ja niczego tam nie zostawiałem! Skonsternowany wysiadłem z auta, zamknąłem je i spojrzałem przed siebie. Co się okazało? Mój maluch stał sobie kilka samochodów dalej. Podszedłem do niego, otworzyłem i pomyślałem sobie: „Boże, dlaczego mój kluczyk pasuje do innego auta?”.

Sentyment do malucha pozostał?

– To było auto! Moi znajomi byli na tyle odważni, że zabierali rodzinę i jechali nim za granicę! Sam pamiętam, jak kiedyś w piątek po pracy wybrałem się maluchem do żony i dziecka, wypoczywających w Jastarni. Gdy już dotarłem na Hel, od tego szumu, który wywoływało auto, strasznie bolała mnie głowa. No i zima! Pamiętam na przykład, że wyjmowałem akumulator i wkładałem go pod kaloryfer. Takich rzeczy się nie zapomina!

Potem jeździłem już innymi autami: fiatem 127, peugeotem, nissanem, renaultem laguną. To ostatnie też wspominam bardzo miło. Jednak zostało doszczętnie skasowane podczas kraksy, która miała miejsce w pobliżu budynku TVP. Na szczęście nic mi się poważnego nie stało.

Prawo jazdy ma pan już od kilkudziesięciu lat. Uważa się pan za dobrego kierowcę?

– Gdybym powiedział, że tak, byłbym zarozumiały. Powinni oceniać to inni. Mogę tylko powiedzieć, że jestem doświadczony, staram się nie szarżować, uważam. Kontaktów z drogówką też za wielu nie miałem. Jednak gdy już mnie zatrzymywali do kontroli, było zazwyczaj bardzo miło. Najczęściej w żartach proszono mnie o podanie sześciu liczb, które zostaną wybrane w najbliższym losowaniu Lotto. 

A co pana najbardziej denerwuje na drodze?

– Ciśnienie podnoszą mi tzw. niedzielni kierowcy, którzy z samochodu korzystają okazyjnie. Dlaczego? Boją się podejmować jakiekolwiek decyzje. A to stwarza przecież duże zagrożenie dla innych kierowców. Nie lubię także ludzi, którzy wiecznie się spieszą, zajeżdżają drogę, wyprzedzają w niebezpiecznych miejscach.

 

Ryszard Rembiszewski to polski aktor, prezenter radiowy i telewizyjny, konferansjer, lektor. Swoją artystyczną drogę zawodową zaczął od Polskiego Radia, gdzie pracował jako spiker. Potem trafił do telewizji. Był tam lektorem wielu programów kulturalnych i publicystycznych oraz prezenterem m.in. „Telewizyjnego Koncertu Życzeń” oraz teleturniejów „Start” i „Wygraj w Lotto”.

Jednak największą popularność zyskał jako gospodarz programu Studio Lotto (losowania Totalizatora Sportowego) w latach 1983 – 2008, początkowo w Telewizji Polskiej, później w Polsacie.

Prowadził wiele festiwali, jak np. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy, a także wybory Miss Polski, Miss Polonia, Miss Polonia International w Wiedniu oraz gale dla takich firm, jak np. Bosch, Opel czy Rotary Club i Lions Club oraz wiele koncertów charytatywnych.

Wystąpił w kilku reklamach i w filmach oraz przedstawieniach teatralnych. Obecnie jest związany z Radiem Zet Gold.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.