Leniuch, który woli automat

– Pojechaliśmy samochodem odebrać ciocię z pracy. Byłem tam ja, moi rodzice, a kierował mój brat cioteczny, czyli syn ciotki. Wtedy wziął mnie na kolana i powiedział: „chodź, przejedziemy się”. Miałem wtedy może dziesięć lat. I tak mi się to spodobało, że chciałem więcej. Kilka lat później, byłem chyba czternastolatkiem, podkradałem nawet z domu kluczyki, żeby przejechać się na chwilę autem, choćby tylko po podwórku – tak o początkach swojej motoryzacyjnej przygody wspomina Marcin Miller, lider zespołu Boys.

Jakub Ziębka: Zacznijmy od prostej zabawy w skojarzenia. Ja mówię „samochód”, a pan…

Marcin Miller: FSO 1500, kupiony za dewizy w latach 80. To był nasz pierwszy samochód. Rodzice kupili go korzystając z pomocy rodziny mieszkającej za granicą. Stare dzieje, ale pamiętam, że sporo osób mieszkających u nas na wsi zazdrościło go nam.

A kiedy zaczęła się pana przygoda z motoryzacją?

– Pojechaliśmy samochodem odebrać ciocię z pracy. Byłem tam ja, moi rodzice, a kierował mój brat cioteczny, czyli syn ciotki. Wtedy wziął mnie na kolana i powiedział: „chodź, przejedziemy się”. Miałem wtedy może dziesięć lat. I tak mi się to spodobało, że chciałem więcej. Kilka lat później, byłem chyba czternastolatkiem, podkradałem nawet z domu kluczyki, żeby przejechać się na chwilę autem, choćby tylko po podwórku.

Prawo jazdy można było uzyskać trochę później…

– Tak, jak tylko skończyłem 18 lat, zabrałem się za kurs. Ale nie chodziło tylko o prawo do jeżdżenia samochodem osobowym. Po namowach taty zdecydowałem się także nauczyć się jazdy ciągnikiem. I miałem z tym trochę problemów. Szczególnie chodziło o cofanie tego pojazdu z przyczepą. Pamiętam, że uczyliśmy się na władimircu (typ ciągnika rolniczego produkowany od 1972 roku w ZSRR i później w Rosji – przyp. red.)

Jeżeli chodzi o kurs jazdy samochodem, to większych problemów z nauką nie miałem, bo przecież wcześniej, tak jak już wspomniałem, zdarzało mi się już jeździć. Innym szło różnie. Egzaminator tak się na nich wściekał, że po prostu uciekali z tego samochodu.

Teraz zapytam o pierwszy samochód. Bo mało kto go nie pamięta…

– Ja też pamiętam. To był polonez. Wszystko w nim gruchotało i klekotało. Całe szczęście, że rodzice mieli znajomych mechaników. Ten polonez był u nich bardzo częstym gościem. A jaki dźwięk dawał! Jak tylko chciałem pojechać do pobliskiego Grajewa czy Ełku, wszyscy słyszeli, że nadjeżdżam. Ale cieszyłem się nim, w końcu był mój!

Jednak bardzo szybko, bo już po roku, polonez nie dał rady i po prostu się rozsypał…

Czy jest jakaś marka samochodu, do której ma pan jakiś szczególny sentyment?

– Chyba nie. Jeździłem już wieloma autami, dosyć często je zmieniałem. Zawsze jak kupowałem nowe, mówiłem wszystkim: „to już jest mój ostatni samochód”. I wtedy ludzie tylko się uśmiechali. Bo rzeczywiście czasami samochód nawet przez rok nie stał na mojej posesji. Sprzedawałem go, a potem kupowałem nowy.

Jeździłem kiedyś kabrioletem, podejrzewam, że jako pierwszy w okolicy, miałem też mustanga. Chciała go nawet wypożyczyć jedna z ekip filmowych. Ale w końcu dogadali się z kimś innym, zdecydowali się na mercedesa.

A teraz czym pan jeździ?

– Lexusem GS 450h. To hybryda, 350 koni mechanicznych. Ale mam na siebie zarejestrowane aż cztery auta. Oprócz tego mojego trzeba liczyć jeszcze auto żony, syna i jego przyszłej żony.

Co do lexusa – bardzo go sobie chwalę, nie mam żadnych zastrzeżeń. Aż do tego stopnia, że mówię często: w życiu udały mi się dwie rzeczy: rodzina, no i właśnie ten samochód. Jest bezawaryjny, szybki i mało pali. Przy tych gabarytach to prawdziwa rewelacja. W korkach pali najmniej, bo wtedy działa silnik elektryczny. Poza tym to auto kompletne: sportowe, ale zarazem limuzyna.

To właśnie na to zwraca pan uwagę przy zakupie nowego samochodu?

– W zasadzie najważniejsze są dla mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, samochód musi być czarny. Inne kolory jakoś nie wchodzą w grę. No i jeszcze jedna sprawa – w środku musi być jasna skóra. Reszta nie jest już tak istotna, choć… Lubię mieć na wyposażeniu nawigację i automatyczną skrzynię biegów. Jakoś się do niej przyzwyczaiłem. Jestem po prostu leniuchem.

Jak byłem młodszy, zwracałem uwagę także na inne rzeczy. W mustangu zainstalowałem np. potężne głośniki. Ale teraz nie potrzebuję już żadnych bajerów.

Ostatnio zastanawiałem się nad kupnem samochodu z napędem elektrycznym. Chodziło mi po głowie bmw i3. Wiem, że kupił je ostatnio kolega. Muszę spytać go, jak się mu sprawuje. Bo to takie fajne miejskie auto.

Samochód to coś więcej niż tylko rzecz?

– Trudno powiedzieć. Fajnie jest mieć dobre auto, dobrze się w nim czuć, ale ja już wyrosłem z chwalenia się samochodami. Jak spytał pan, czym jeżdżę, odpowiedziałem niechętnie. Bo zaraz się zacznie. Ludzie będą gadać: „Miller jeździ lexusem i ma jeszcze kilka innych aut, powodzi mu się”. No tak, zarabiam, to mi się powodzi. Nic w tym dziwnego.

Wkurzają pana inni kierowcy? A może do Polaków nie ma się za co przyczepić…

– Polscy to raczej nie, ale trochę denerwują mnie kierowcy z krajów nadbałtyckich, np. Litwy i Łotwy. Jak tylko się tam pojedzie, to już kilkanaście kilometrów za granicą stoją patrole drogówki i łapią. I tamtejsi kierowcy jeżdżą spokojnie. Sytuacja zmienia się zupełnie, jak przyjadą do Polski. Zapominają o wszystkich zasadach i są bardzo niebezpieczni.

Ale prawda jest też taka, że sam potrafię być impulsywny i upierdliwy. Szczególnie jak jest okres wakacyjny, bo wtedy mamy mnóstwo koncertów. Jeśli ktoś nadepnie mi na odcisk, potrafię odgryźć się drobną złośliwością. Wtedy żona próbuje przywołać mnie do porządku, ale czasami po prostu jej komunikat nie dociera. Czasami jadę też trochę za szybko.

Zdarzają się więc pewnie bliższe spotkania z policjantami z drogówki…

– Tak, zdarzają się, ale to też ludzie, wykonują swoją pracę, trzeba ich zrozumieć. Choć pamiętam wyjątkowo upierdliwych funkcjonariuszy z okolic Zambrowa. Wiadomo, że z Podlasia wywodzi się większość zespołów disco polo. I często wracają tamtędy do domów. Jak nas zatrzymywali, to mówili od razu: nie lubimy piłki nożnej i disco polo. Było to oczywiście nawiązanie do Cezarego Kuleszy (prezes klubu Jagiellonia Białystok, właściciel wytwórni fonograficznej Green Star, wydającej muzykę disco polo – przyp. red.). Więc czasami było z nimi ciężko.

Marcin Miller – lider i wokalista zespołu Boys, autor hitu „Jesteś szalona”. Przez ponad dwadzieścia lat istnienia formacja wydała kilkadziesiąt płyt, zdobywając wiele nagród muzycznych.

 

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.