Człowiek jest kontrolowany już od urodzenia. Na początku sprawdza się, czy nie trzeba mu wymienić pampersa, czy jest najedzony. Kontroluje także państwo. Rządzący nie mogliby chyba funkcjonować bez kontrolowania. Dlatego też powstało mnóstwo zajmujących się tym instytucji. Ale to kosztuje.

Wystarczy spojrzeć na armię ludzi, którzy zajmują się kontrolowaniem. Są oni niechętnie opłacani przez podatników. Nikt z nas nie tęskni przecież za kontrolą. Niechętnie płacimy mandaty, grzywny oraz wielomilionowe podatki.


Istotą kontroli jest porównywanie stanu faktycznego ze złożonym. Wydaje się, że kontrolujący są dumni z nadanych im uprawnień. Wszystko w myśl ustalonego prawa naszych wybrańców, którzy ciągle się powołują na maksymę „Dura lex, sed lex” (twarde prawo, ale prawo). Jednak jak można mówić o twardym prawie, skoro nie zaczęło jeszcze obowiązywać, a już trzeba je nowelizować, zasłaniając się woalką dyrektyw europejskich? Po co tworzymy ciągle tę fikcję i bylejakość?


W ostatnim numerze „Szkoły Jazdy” pisałem o nadzorze ujętym w ustawie o kierujących pojazdami i wydanych do niej rozporządzeniach. Teraz ? dla ułatwienia życia kontrolującym ? napisano wzór protokołu z kontroli OSK. W obecnej niby-demokracji kontrole rosną jak grzyby po deszczu. Stawka jest wysoka. Wynikiem kontroli może być utrata licencji. Pociesza tylko jedno. Zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej, np. na podstawie kontroli gospodarczej, nie można dzisiaj skazać człowieka na śmierć. Nie powtórzy się więc historia Stanisława Wawrzeckiego, który w czasach PRL przyznał się do brania łapówek w aferze mięsnej. Dzisiaj takie przyznanie się jest odkupieniem winy. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym.


Na każde pytanie naszego środowiska czy interpelacje poselskie sekretarz stanu Tadeusz Jarmuziewicz daje bałamutne odpowiedzi. Wszystko uzasadniane jest dbałością o bezpieczeństwo ruchu drogowego lub dyrektywami UE. Mieszanie tym prawem jest obecnie totalne. Jak minister Gowin, który chce zderegulować 50 zawodów, tłumaczy zasadność uwolnienia profesji instruktora nauki jazdy? „Rząd ocenia, że dzięki przeprowadzonej deregulacji zwiększą się miejsca pracy, a konkurencja wymusi obniżkę cen za oferowane usługi. Spowoduje podniesienie ich jakości (sic!) i zwiększy dostępność. To jest szczególnie ważne z punktu widzenia możliwości zatrudnienia ludzi młodych”. Natomiast w ustawie o transporcie drogowym minister Sławomir Nowak wprowadza nową licencję. Jest ona potrzebna przewoźnikom, którzy mają samochody osobowe i przewożą od siedmiu do dziewięciu osób. Nie jest to żadna deregulacja, tylko dzielenie się łupem.


Czy minister Gowin wie, co w swoim uzasadnieniu mówi? Tyle lat walczymy, żeby instruktor nauki jazdy posiadał jako taki staż, by szkoleniowcami nie stawali się piekarze. Nie mówiąc już o bezpieczeństwie w ruchu drogowym. Pytam więc ministra sprawiedliwości: czy życie ludzkie jest tak mało warte? Czy sytuację opanują rozbudowane kontrole? Przecież mamy do czynienia z fikcją. Wydzielony kiedyś wydział prewencyjny milicji, potem w policji, wzmocniono miejską, następnie gminną strażą. Strażników wyposażono we wszelkie uprawnienia do kontroli pojazdów, grzebania w podręcznym bagażu. Mogą także posiadać i w szczególnych przypadkach używać broń palną. Pomimo opracowanych pięciu GAMBIT-ów, utworzeniu wielu instytutów badawczych, ogromnych nakładów finansowych idących na infrastrukturę drogową po polskich drogach nie da się jeździć. Trudno nawet dzisiaj mówić, że to jest jazda. Trudno też nazwać to spacerem. Kierowcę, który co chwilę grzęźnie w korkach, trafia szlag. Nie dziwmy się, że gdy zobaczy przed sobą kawałek wolnej przestrzeni, wciska do dechy pedał gazu. Zapomina o wszelkich naukach i przestrogach, najlepszym profesjonalnym instruktorze nauki jazdy i ośrodku szkolenia kierowców. Z tego amoku najczęściej wyrywają go radary, które nawet w postaci atrap działały na kierującego jak kubeł zimnej wody. W PRL-u mówiono, że milicjant stoi przy każdym słupie telefonicznym. Jednak na telefon czekało się 20 lat i sieć tych słupów nie pokrywa się z liczbą naszych, często bezsensownie ustawionych fotoradarów i bezsensownie ustawionych znaków ograniczających prędkość.


Tego problemu od lat i do końca świata nie da się w Polsce rozwiązać. Dokładnie tak jak kwestii odpadów i skupu butelek. Rządzący myślą, że fotoradary i znaki zakazu ograniczające szybkość do 30 ? 40 km/h rozwiążą problem. W rzeczywistości tworzą jednak fikcję. W komunikatach prasowych opisujących prawie każdy wypadek słyszę tylko, że jego przyczyną była nadmierna prędkość, nie głupota i brak obawy o poniesieniem srogich konsekwencji. Istnieje głębokie przeświadczenie, że u nas każdą samowolę da się usprawiedliwić, a kary uniknąć. Mamy sieć stacji diagnostycznych, natomiast średni wiek polskiego auta to 14 lat. Jak się to dzieje, że nie są wyeliminowane z ruchu? Najlepiej kontroluje się pięcioletnie „elki”. Tylko dlatego, że w naszej branży pracuje wielu mundurowych. Jeden drugiemu chce coś udowodnić. Przy okazji jest to temat nośny dla prasy. Każda korupcjogenna afera załatwienia prawa jazdy na lewo jest przeciągana latami i potem umarzana. Czasami dochodzi do ugody, wielu „załatwiaczy” śmieje się nam w twarz. W naszym kraju fikcji tylko frajer ponosi konsekwencje swoich czynów. Dzieje się tak, bo miał hamulce i nie umiał sobie załatwić wielu rzeczy, wynikających z niedociągnięć i przeróżnych interpretacji prawa przez samego kontrolującego. Dochodzi do wielu sytuacji, gdzie ci, co ustalali takie, a nie inne zapisy prawne, nie bardzo wiedzą, co chcieli przez to osiągnąć albo kto im ten kit wcisnął. Ponieważ nie odpowiadają za to zamieszanie w fikcyjnym państwie, które reprezentują, to jeszcze ciągle domagają się nowych uprawnień. Po to, żeby jeszcze bardziej ujarzmić człowieka. Jeśli zaś chodzi o samochód, który stał się wręcz nieodzowny w życiu człowieka, to już nie bardzo mogę określić, czego tu jeszcze minister finansów nie opodatkował.


Kontrole wspomaga wysoka technika. Do samochodów egzaminacyjnych (zamiast instruktora i drugiej osoby zdającej) wprowadzono po kilka kamer, które zaspokoiły jedynie ciekawość dyrektora WORD-u i nieco utemperowały zdziczałe obyczaje niektórych egzaminatorów. Szkoda wydawać pieniądze. Wystarczy jedna kamera. Przecież zastraszony kursant nie odważy się złożyć skargi. Zresztą kultura osobista egzaminatorów jest na coraz wyższym poziomie. Jeśli dzisiaj minister Gowin uważa, że egzaminatorowi wystarczy wykształcenie średnie (i mówi to były rektor!), to coś tutaj nie gra. Widocznie nie ma już żadnych innych problemów w swoim resorcie. System stacjonarnych kamer ma już zresztą konkurencję w postaci prestiżowego naukowego programu badawczego INDECT. Jego koordynatorem jest profesor Andrzej Dziech z AGH. INDECT to projekt badawczy wdrażany przez Polskę wraz z 17 innymi krajami UE. Za pomocą technik informatycznych, teleinformatycznych i telekomunikacyjnych już niedługo monitorowany będzie każdy nasz ruch. Nie tylko przy wjeździe do miasta, ale także na większych skrzyżowaniach. Będzie bezpiecznie jak w PRL-u, tylko zostanie poczucie, że żyjemy jak małpy w klatce. Czy już dzisiaj jesteśmy szczęśliwi, gdy komórka wskazuje ciągle nasze położenie?


Przez dwie dekady w tym fikcyjnym państwie udało się wprowadzić system szkolenia i egzaminowania stresujący zdających. Mamy więc do czynienia ze społeczeństwem potulnym, które będzie wodzone za pomocą „prawa” i mediów dalej za nos. Szkoda więc mówić o innych nierozwiązywalnych problemach. Chodzi mi o samochody do szkolenia i egzaminowania, superOSK albo przyprawiające o ból głowy karty kursanta. O tym, że w naszym środowisku jest wiele nabrzmiałych problemów, świadczy powołanie rzecznika interesów kierowców. Każdy z nas na te zagadnienia będzie miał inne spojrzenie, ale efektów kontroli, jak również powoływanych specjalnych komisji sejmowych, nie widać. Rolą wszelkich kontroli powinno być nie tylko ściganie i osaczenie obywatela, ale również pouczanie i prostowanie odchyleń i nieprawidłowości. U nas przyjęto, że w chaosie i deregulacji ministra Gowina kontrole należy wyposażać w coraz to nowe „zabawki”. Tak, żeby zarobiły na siebie i dały w przyszłym roku do budżetu państwa 1,6 mld zł. Trudno to będzie wszystko wyregulować, jeśli nie zaczniemy od ustanawiania porządnego prawa. Zdrowe prawo to zdrowe państwo.


 


Janusz Ujma


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0