Kontakty OSK z byłymi kursantami – więź czy tylko PR?

kobiety robiące sobie selfie

Szkoły nauki jazdy chętnie utrzymują kontakt ze swoimi byłymi klientami. Dla niektórych jest to czysto ludzki odruch, dla innych – działanie typowo biznesowe.

W trakcie wielu godzin spędzonych w małej przestrzeni, jaką jest wnętrze samochodu, łatwo jest poznać swoje możliwości i ograniczenia, ale także… instruktora nauki jazdy. To on w dużej mierze jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo kandydata na kierowcę. Warto mu więc całkowicie zaufać. Co jednak dzieje się po zakończeniu kursu? Czy więź, jaka tworzy się pomiędzy kursantem a instruktorem, ma szansę przetrwać?

Herbatka w biurze

– Kursanci dość mocno się z nami zżywają i bardzo często odwiedzają nas już po swoich egzaminach – mówi Małgorzata Skumiał, właścicielka pszczyńskiej szkoły Pro-Kierowca. – Kontakt mamy bardzo fajny. Wpadają na herbatkę do biura, żeby pochwalić się, jakie autko kupili, opowiadają o swoich poczynaniach na drogach, a czasem nawet się zwierzają.

Bliższym relacjom sprzyja prowadzenie szkoły jazdy w małym mieście. Tutaj przypadkowe spotkanie może zaowocować wykupieniem kolejnego kursu.

– Mamy dobry i częsty kontakt z byłymi kursantami – chwali się Łukasz Pestka z chojnickiego Ośrodka Kształcenia Kursowego Kinga Peplińska. – Bardzo często wracają do nas, żeby zrobić kurs na inne kategorie. Działamy w małym mieście, co oznacza, że z niektórymi ludźmi widzimy się także poza pracą.

W większych miastach kontaktu raczej nie ma

Takie sytuacje raczej nie zdarzają się w większym miastach. Spotkanie byłego kursanta z instruktorem to rzadkość, raczej kwestia przypadku.

– Jakieś 20-30 proc. naszych byłych kursantów przychodzi do nas i chwali się, że zdało egzamin – mówi Jacek Maniecki z warszawskiej Nauki Jazdy „Gocław”. – Reszta zaś w ogóle nie daje znaku życia. Sporadycznie się zdarza, że po kursie przypadkiem gdzieś się spotykamy i rozmawiamy o tym, jak było na egzaminie, czy jak im się jeździ autem. Ale są to najczęściej osoby mieszkające w pobliżu ośrodka.

– Kandydaci na kierowców są zadowoleni z kursów i chętnie nas polecają znajomym – mówi Sebastian Wesołowski z toruńskiej szkoły jazdy „Rajder”. – Po zdanym egzaminie może jakieś 20 proc. osób kontaktuje się ze szkołą, aby się pochwalić, jednak najczęściej jest to kontakt z instruktorem. Zdarza się, że kursant w podziękowaniu przyniesie do biura czekoladki dla instruktora, jednak to rzadkość. Najczęściej zadowolone osoby piszą pozytywną opinię w Internecie i polecają naszą szkołę znajomym.

„To tylko zdjęcia, to fikcja”

Jak zauważają niektórzy właściciele OSK, zdarza się, że szkoły wykorzystują tę nić porozumienia na linii kursant – szkoła jazdy, żeby promować swój ośrodek. Myślą tylko o PR-ze. Zdarza się, że doprowadza to do kuriozalnych sytuacji.

– Niektóre szkoły tworzą taki mit – zauważa Sebastian Wesołowski. – Jednak to nic innego jak tylko nowy trend w marketingu, polegający na wstawianiu na strony internetowe bądź portale społecznościowe zdjęć prezentów otrzymanych w podziękowaniu za naukę i zdany egzamin. Pojawiają się zdjęcia bombonierek, kwiatów czy alkoholi, które to kursanci rzekomo co drugi czy trzeci dzień przynoszą do biura. Moje doświadczenie oparte na statystyce mówi, że to zabieg marketingowy właścicieli szkół. I tutaj nasuwa się pytanie: kto naprawdę kupuje te wszystkie „prezenty”? Uważam za niestosowne wstawianie na portalach społecznościowych zdjęć alkoholi w podziękowaniu za naukę i zdanie egzaminu na prawo jazdy. Pamiętajmy, że np. prawo jazdy kat. A1 czy B1 robią osoby nieletnie, zaś alkohol powinien stanowić ostatnią rzecz kojarzącą się z prowadzeniem jakiegokolwiek pojazdu.

Protokół nie jest dowodem

Jakby tego było, mało zdarza się, że niektóre szkoły namawiają kursantów do wysyłania zdjęć po zdanym egzaminie na prawo jazdy.

– To oczywiste, że żaden kursant sam, bez namowy, nie wyśle zdjęcia protokołu po zdanym egzaminie – uważa Sebastian Wesołowski. – Z tego, co wiem, osoby pracujące w OSK wręcz natarczywie proszą kursantów o wysłanie takiego protokołu. Pamiętajmy jednak, że nie jest to żaden dowód na to, że dana szkoła jest dobra. Kursant mógł ten egzamin zdać np. za dziesiątym razem, a nikt nie może tego zweryfikować.

Jaka z tego konkluzja? Wybierając szkołę nauki jazdy, trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem. Marketingowi nie można wierzyć w 100 procentach.

Małgorzata Tobiasz

Wasze komentarze (2)

  1. U nas kursanci bardzo chętnie chwalą się zdanym egzaminem. Wielu z nich bez jakiejkolwiek namowy przysyła protokoły z egzaminu. Małe upominki czasem się zdarzają. Czasem to kilogram michałków. Czasem jakiś gadżet. Oczywiście bywa też alkohol.
  2. Pamiętajcie jedno im mniej przechwał i reklamy tym lepsza szkoła. Dobry produkt nigdy się nie musi reklamować, a na pewno przechwalać się na facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.