- W pobliżu Stadionu Dziesięciolecia odbywał się kiedyś międzynarodowy zlot oldtimerów. Zajrzałem tam, obejrzałem auta i właśnie wtedy zakiełkowało we mnie zainteresowanie starymi samochodami. Szczególnie upodobałem sobie mercedesy - mówi Jacek Borkowski.

Jakub Ziębka: - Większość Polaków zna pana z wielu ról aktorskich, m.in. w serialu „Klan”, natomiast mało kto wie o pańskiej fascynacji starymi samochodami.


Jacek Borkowski: - Tak, zacząłem się nimi interesować jeszcze na początku lat 80., kiedy nie było to modne. Kupowaniem i restauracją oldtimerów zajmowała się w Polsce bardzo wąska grupa pasjonatów. Już wtedy myśleliśmy o tym, żeby najciekawsze modele aut przetrwały jak najdłużej. Po co? Choćby po to, żeby zobaczyć, jak dzisiejsza elektronika zabrała nam frajdę z jazdy samochodem.


- Jest tak źle?


- Może nie aż tak tragicznie, ale proszę zwrócić uwagę na takie „udogodnienie”, jak choćby tzw. asystent hamowania, który za kierowcę decyduje, z jaką siłą naciska się pedał hamulca. To jakiś kompletny absurd! Albo sensor, który pod wpływem opadów deszczu, śniegu, nawet zawilgocenia uruchamia wycieraczki. Czasami wywołuje to niepożądane efekty. Sam tego doświadczyłem. Jechałem sobie samochodem wyposażonym w coś takiego, człowiek przede mną mył sobie szybę, woda chlapnęła na moją, sensor oczywiście zadziałał, włączyły się wycieraczki i na chwilę straciłem widoczność. Pamiętam, że strasznie się wtedy zdenerwowałem i poleciłem, żeby go odłączyć. Ale to nie było takie łatwe, bo spowodowało łańcuszek zdarzeń. Jeden system wpływa przecież w samochodzie na drugi, coś innego się w aucie zepsuło i miałem problem. Takich przykładów jest jeszcze więcej, choćby elektryczne otwieranie bagażnika. To się dzieje tak powoli, ślamazarnie, że przez ten czas zdążyłbym pięć razy go otworzyć i zamknąć. Jestem po prostu zwolennikiem samochodu, który daje mi szansę myśleć, nie robi tego za mnie. Na szczęście ostatnio zauważyłem, że firmy - zwolennicy takich „udogodnień”, zaczynają powoli odchodzić od ich produkowania. Ale żeby nie było, niektóre systemy są potrzebne i spełniają swoją funkcję. Mówię tu choćby o ABS-ie.


- Producentom chodzi przecież o to, żeby sprzedać jak największą liczbę swoich aut. Dzięki nowinkom technicznym mogą wyróżnić się na tle konkurencji.


- To oczywiste, ale dzisiaj nowy samochód będzie jeździł tylko przez ok. pięciu lat. Jeśli jego posiadaczem jest użytkownik, który tak jak ja mocno go eksploatuje (blisko 70 - 80 tys. km rocznie), nadaje się on po tym czasie do utylizacji. Mam z kolei blisko 30-letniego mercedesa W126 z milionem na liczniku, nieotwieranym silnikiem. Mimo upływu tylu lat działa bez zarzutu. Jeśli chcę w nim wymienić końcówkę, to nie muszę montować jeszcze nowego wahacza. Można go łatwo naprawić, dzisiejszych aut się już nie opłaca reperować. Zresztą koncern Mercedes miał z powodu W126 i W123 duże problemy. Dlaczego? Nie było potrzeby ich ciągłej naprawy. A wiadomo przecież, że najlepiej zarabia się na serwisie. Dopiero produkcja łatwo psujących się aut z serii „Baby Benz” uratowała firmę w przed bankructwem.


- Pamięta pan swój pierwszy samochód?


- Oczywiście, za kolosalne wtedy pieniądze sprawiłem sobie golfa MK1. Wtedy takich aut jeździło po Warszawie niewiele. Kupiłem go przez przypadek. Ma to związek z pewnym ciekawym incydentem w historii koncernu Volkswagen. W pewnym momencie jego przedstawiciele nawiązali kontakt z wytwórnią blach z NRD. Część z wypuszczonej serii była więc produkowana w Niemczech wschodnich i zachodnich. Problem w tym, że wytwarzana w NRD blacha nie była dobrej jakości, nie spełniała norm. Volkswagen wycofał więc te auta z rynku, Niemcy zaczęli je sprzedawać, m.in. operatywnym Polakom. W taki właśnie sposób jeden z nich trafił do mnie.


- Co sprawiło, że w pewnym momencie zainteresował się pan zabytkowymi autami?


- Zadecydował przypadek. Znalazłem się w pobliżu Stadionu Dziesięciolecia, na którym odbywał się jakiś międzynarodowy zlot oldtimerów. Zajrzałem tam, obejrzałem sobie auta i właśnie wtedy to zainteresowanie zakiełkowało. Szczególnie upodobałem sobie stare mercedesy.


- Dlaczego akurat mercedesy?


- To najwdzięczniejsze samochody do restauracji. Wszystkie śruby się odkręcają, nie trzeba nic ucinać, nawet jak samochód ma 40 czy 50 lat. Trzeba też przyznać, że Mercedes to firma, która najlepiej dba o swoją historię. Można dostać części do praktycznie wszystkich modeli wyprodukowanych przez nią samochodów. Mało tego, w koncernie się swoimi starymi samochodami interesują, proszą, żeby przesyłać zdjęcia odrestaurowanych aut. Czasami, jeśli mamy do czynienia z modelem, który został wypuszczony na rynek w liczbie zaledwie kilkunastu sztuk, są gotowi taki egzemplarz odkupić. A ceny niektórych aut bywają niebotyczne. Najbardziej wartościowych, w stanie fabrycznym, nietkniętych, nie da się kupić za mniej niż 1 mln euro.


- Które z dzisiejszych modeli aut za kilkadziesiąt lat mają szansę stać się oldtimerami?


- Na pewno jest ich niewiele. Dotyczy to marek takich jak Bentley, Jaguar, Aston Martin, może jeszcze firm, które ręcznie produkują auta. A cała reszta rynku to jest masówka. Chodzi o to, żeby cały samochód, a raczej to, co z niego zostało, dało się jeszcze raz przetworzyć. Ale to nic złego, motoryzacja jest dla przeciętnego mieszkańca naszego globu coraz bardziej dostępna. Rynek wymusił pewne normy, których producenci aut pilnują.


- Znalezienie i restauracja oldtimera nie nastręcza teraz w Polsce takich problemów, jak choćby 30 lat temu. Jak udawało się panu rozwijać swoje zainteresowanie starymi autami w PRL-u?


- Największym problemem była bariera finansowa. Za błotnik, który był mi potrzebny do odrestaurowania mercedesa z 1929 r., zapłaciłem 3 tys. marek. A moja miesięczna pensja w teatrze wynosiła… 25 marek. Bardzo długo na niego zbierałem. Ale w końcu się udało. W tej chwili jest dużo łatwiej. Dlaczego? Rynek się bardzo powiększył, znaleźli się także producenci produkujący zamienniki części do starych aut. Można u nich kupić praktycznie wszystko. Jednak jeśli chce się odrestaurować samochód w sposób uczciwy, zgodny z oryginałem, trzeba zapłacić za to dużo więcej. Ale w przypadku, gdy służy on tylko do przejażdżki do kawiarni, to chyba nie ma sensu przesadzać.


- Iloma oldtimerami miał pan okazję się przez te wszystkie lata zajmować?


- Na pewno było ich ponad 60. Choć ostatnio nie poświęcam temu zajęciu dużo czasu. Teraz bardziej interesuję się tym, co robią inni. Proszę pamiętać, że regeneracja oryginalnych części jest najbardziej satysfakcjonująca, ale też szalenie czasochłonna. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Warszawie było wiele warsztatów, gdzie rzemieślnicy umieli takie rzeczy wykonać. Był nawet taki rzemieślnik, który wykonywał zawód drykiera. Używał on zabytkowych maszyn z XIX wieku, za pomocą których był w stanie odtworzyć np. dekiel na koło volkswagena. Współczesna restauracja samochodów jest trochę tej romantyki pozbawiona. Ale czasy się zmieniają…


Jakub Ziębka


Jacek Borkowski - polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Współpracował z takimi reżyserami, jak Andrzej Łapicki, Jan Łomnicki, Janusz Zaorski, Juliusz Machulski, Feliks Falk czy Maciej Ślesicki. Szerokiej publiczności najbardziej znany z serialu „Klan”, gdzie wcielił się w postać dr. Piotra Rafalskiego.


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0