Zachwyceni pasażerowie, fanpage na Facebooku, kilkadziesiąt tysięcy polubień, ale także upomnienia od pracodawcy - tak w ostatnim czasie wygląda życie Roberta Chilmończyka, zwanego wesołym kierowcą z Warszawy.

Anita Chudzińska: Jak trafił pan do pracy w komunikacji miejskiej jako kierowca autobusu?


Robert Chilmończyk: Przez całe życie byłem kelnerem, ostatnio pracowałem w szkolnej stołówce w Zielonce pod Warszawą. Prowadziłem ją wspólnie z żoną, jednak po sześciu latach straciliśmy kontrakt. Przez jakiś czas szukałem pracy w zawodzie, jednak nie mogłem znaleźć nic odpowiedniego. Przypadkiem trafiłem na ogłoszenie, że firma organizuje kursy na kierowców autobusów, po których oferuje zatrudnienie. Postanowiłem skorzystać. I nie żałuję tej decyzji.


Jak ocenia pan system kształcenia polskich kierowców?


- Najświeższy w pamięci jest kurs prawa jazdy na autobus. Teraz, z perspektywy czasu i obserwując swoją pracę, widzę, że zbyt mały nacisk jest kładziony na kulturę obsługi i życzliwość wobec pasażerów. Wiele osób, również instruktorzy, zapominają o tym, że to my jesteśmy dla naszych pasażerów. Powinniśmy traktować ich jak klientów. Czy widziała pani, żeby w sklepie sprzedawca był nieuprzejmy? To już rzadkie zjawisko. A na zachowanie kierowców komunikacji miejskiej wciąż ktoś narzeka. Oczywiście nikt nie wymaga od kierowców, żeby robili taki show, jak ja. Ale ważne, żeby byli przynajmniej kulturalni, uprzejmi i po prostu ludzcy. No i niech traktują pasażera jak człowieka, któremu nie powinno się zamykać drzwi przed nosem, bo może się spieszy na spotkanie w sprawie pracy, ma randkę albo idzie na uczelnię. A następny autobus może być dopiero za 10 minut.


Ktoś z internautów proponował, by zajął się pan szkoleniem kierowców.


- Nie mówię nie.


W autobusie leżą kartonowe lizaki. Ma pan na nich wypisane różne treści - „dzień dobry”, „uśmiechnij się” czy „wrzuć na luz”. Sam je pan robił?


- Nie. One są wykonane profesjonalnie. To już jest trzecia edycja. Zrobili je sponsorzy. Aktualnie jest nim producent mebli. Właśnie m.in. o to mieli do mnie pretensje moi szefowie. No to im powiedziałem, żeby zrobili mi takie lizaki, na których znajdzie się reklama miejskiego przewoźnika. Nie dostałem na to zgody.


Nie każdemu podoba się pana zachowanie. A już zwłaszcza pracodawcy.


- Raz zostałem zwyzywany przez pasażera za rzekome przedmiotowe traktowanie kobiet. Mam swoje stałe teksty. Kiedy widzę stojącą na przystanku dziewczynę, to mówię: „jest kolejna łania do zabrania”. Nie widzę w tym nic obraźliwego, w końcu od wieków mówiło się u nas na kobiety „białogłowy”, „sikorki”, „łanie”. Chciałem w zabawny sposób podkreślić, że zabieramy na pokład dziewczynę. Pewnej starszej pani to się nie spodobało i poskarżyła się, że nie przystoi mówić takich rzeczy.


Lubię też humor sytuacyjny. Czasami zdarza się, że powiem o jedno słowo za dużo. Na przykład przed przełożonymi musiałem się tłumaczyć z tego, że jeden urząd nazwałem siedzibą biurokracji i korupcji. Niektórzy narzekają, że niepotrzebnie robię wokół siebie szum. Mówią, że powinienem zająć się tylko pracą, a nie błaznowaniem. Od pracodawcy usłyszałem, że powinienem ograniczyć swoje teksty, bo dużo ludzi jest niezadowolonych. Zamiast skupić się na tym, co robię dobrego dla pasażerów, nasz główny pracodawca, czyli Zarząd Transportu Miejskiego, dał mi reprymendę. Urzędnikom ZTM nie spodobały się moje słowa m.in. o metrze, które pewnie niedługo zamkną, autobusie, w którym mało co sprawnie działa, czy o samym sobie - powiedziałem: „jakoś tam dojedziemy, mimo że mam trzy promile”. Broniłem tego, co robię, już prawie trzy lata. A przecież dwa lata temu dostałem nawet nagrodę od ZTM-u w podziękowaniu za kreowanie nowego wizerunku Warszawy. Najwidoczniej coś się teraz zmieniło w Zarządzie Transportu Miejskiego. Zamiast pokazać, że ludzie się trochę zmienili, a miasto jest fajne i dla ludzi, to są tam sztywniaki z brakiem dystansu i humoru. Człowiek chciałby coś zmienić w naszym kraju, a tu bura. Rozpętałem rewolucję medialną.


Czy planuje pan przed przyjściem do pracy, co powie dziś do pasażerów?


- Po pracy mam swoje prywatne życie. To, co się dzieje w autobusie, nazwałbym spontanem. Wszystko zależy od linii, ludzi, nieraz są bardzo fajne przewozy, ludzie integrują się, rozmawiają, śmieją się, a nieraz siedzą same smętne osoby i skrzydełka opadają. Jak widzę te posępne twarze, to aż chcę coś zmienić. Za granicą to jest normalne. Choć tam nie pracowałem, to ludzie mi piszą z całego świata, jak to u nich wygląda. Chciałbym zmienić wizerunek komunikacji miejskiej i kierowców. Bo daleko jesteśmy od uśmiechu, od drugiej obcej nam osoby. A ja w zasadzie ludzi prowokuję swoim zachowaniem, żeby się uśmiechali, rozmawiali z sobą i na chwilę zapomnieli o swoich problemach i codziennym życiu. Żeby na tych 10 minut, jak jadą do pracy, szkoły czy domu, poczuli rodzinną, normalną atmosferę.


Rozmawiamy w piątek. Czy to jakiś szczególny dzień na warszawskich ulicach?


- Na pewno jest większy ruch. Ale też kierowcy są bardziej uprzejmi, może to wizja nadchodzącego weekendu. W tygodniu częstsze jest zajeżdżanie drogi, niewypuszczanie autobusu z zatoczki. I nie ma różnicy, czy za kierownicą siedzi kobieta, czy mężczyzna.


Ma pan swoje ulubione trasy czy godziny pracy?


- Aktualny grafik z trasami i godzinami publikuję na Facebooku, na profilu Wesoły Kierowca. Rano najczęściej podróżują ze mną starsi ludzie, więc mało się odzywam. Po południu jest więcej młodych, to od razu inaczej się podróżuje. Podchodzą do mnie, porozmawiają, czasem ktoś chce fotkę. Późnym wieczorem też jest inaczej. Kiedyś w autobusie kilku pijanych zaczepiało pasażera. A tu pech, bo mikrofon nie działał. Powiedziałbym im parę słów. A tak mogłem tylko wezwać policję i patrzeć. Zanim policja przyjechała, napastnicy wysiedli. Więc proszę nie mówić, że mikrofonem tylko zabawiam pasażerów.


Nie boi się pan, że po burzy w mediach i naganie od pracodawcy straci pan zajęcie?


- Polubiłem ten zawód. Jak mnie zwolnią, to poszukam sobie pracy w jakiejś innej prywatnej firmie przewozowej. Trzeba być optymistą. Zawsze powtarzam swoim pasażerom: Co nam pozostało? Tylko się śmiać i pić.

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0