Drodzy właściciele OSK, może nie płyńmy z wartkim nurtem ministerialnych propozycji, tylko zaproponujmy coś więcej? Pokażmy, że i my mamy wartościowe pomysły!

Wielokrotnie na łamach „Szkoły Jazdy” postulowałem o maksymalne uproszczenie systemu szkolenia kandydatów na kierowców. Chodzi przecież o to, żeby był jasny i przejrzysty, nierodzący patologii. Każdy rozsądnie myślący właściciel szkoły jazdy wie, że biurokracja zabiera wiele czasu i przysparza niewiele mniej zmartwień.


W pogoni za medalami


Pytanie tylko, ilu tych rozsądnie myślących mamy? Bo często jest tak, że firmy z branży szkoleniowej są zarządzane przez ludzi ukształtowanych za czasów komuny. Dla nich wolny rynek to jakiś mityczny obraz, taka Atlantyda. Widać to po ludziach zrzeszonych w rozmaitych stowarzyszeniach, działających, w ich mniemaniu, na rzecz branży OSK w Polsce. Wydaje mi się jednak, że dobrze wychodzi im tylko wystawianie piersi po kolejne medale od władz. Nie ma dla nich znaczenia, kto aktualnie rządzi. Poglądy? Kto by o nie pytał? Chodzi o znalezienie się przy korycie. Tak więc, drodzy właściciele OSK, może nie płyńmy z wartkim nurtem ministerialnych propozycji, tylko zaproponujmy coś więcej? Pokażmy, że i my mamy wartościowe pomysły!


Utrudniać jak tylko się da! Dla dobra kursantów


Mnie akurat ich nie brakuje. Co zatem proponuję? Kursant powinien uzyskać profil kandydata na kierowcę w wydziale komunikacji, na policji, w ABW, CBA oraz od księdza proboszcza. Tak żeby instruktor wiedział, z kim ma do czynienia. Kursant, odwiedzając każdą z tych instytucji, wykaże, że zależy mu na uzyskaniu prawa jazdy. Obecnie takiej postawy nie widzę. Ale po tylu wizytach w urzędach, staniu w kolejkach, oczekiwaniu na terminy, wielu wypisanych wnioskach będziemy mieli pewność, że kursantowi będzie się chciało!


Badania lekarskie powinny się odbywać przed komisją powołaną przez wojewodę. W jej skład wchodziliby: lekarz medycyny pracy, psycholog oraz psychiatra. Chodzi o to, żeby na samym początku utrudnić uzyskanie prawa jazdy osobom, które z różnych względów nie powinny go posiadać.


Zajęcia teoretyczne i praktyczne powinny być obowiązkowe. Każdy kursant musiałby podpisywać się na liście obecności. Jeśli tak się nie stanie, powinien ponownie starać się o uzyskanie profilu kandydata na kierowcę oraz poddać się wszystkim badaniom. Taka perspektywa da kursantom wiele do myślenia. Może dzięki temu podczas zajęć będą uważnie słuchali wykładowcy i starali się notować? Zwiększmy także liczbę godzin szkoleniowych, powiedzmy do 100. Wtedy moglibyśmy uczyć bez pośpiechu, mając czas na omówienie kolejnych zmian wprowadzanych co rusz przez ministerstwo.


Egzamin musi być tak trudny, jak to tylko możliwe. Jeśli kandydat na kierowcę ukończyłby go z wynikiem pozytywnym, zostałby pasowany na kierowcę danej kategorii. Z całą pompą! Uroczystość porównywalna do wesela. Wtedy przyszły kierowca zapamiętałby ją do końca życia!


Cena minimalna niczym błogosławieństwo


Instruktor prowadzący powinien uczestniczyć we  wszystkich jazdach kursanta. Nawet w przypadku, gdy przez jakiś czas będzie go szkolił ktoś inny. Prowadzący powinien siedzieć wtedy na tylnej kanapie i nadzorować pracę kolegi po fachu. Obowiązek uczestniczenia instruktora prowadzącego w egzaminie na prawo jazdy to jeden z najnowszych pomysłów ministerstwa, ale nie ma co się obrażać, tylko zacierać ręce, bo będzie na niego czekało sowite wynagrodzenie. Jeśli kursant uczy się w Poznaniu, a egzamin odbywa się w Gdańsku, wtedy nadzorującemu należałaby się delegacja. To przecież piękne miasto. Warto je pozwiedzać, poznać nowe rejony egzaminacyjne. Same plusy. Oczywiście instruktor prowadzący uczestniczyłby w pasowaniu kursanta na kierowcę. To byłoby wyróżnienie za trud włożony w jego pracę.


Oczywiste jest, że musiałby on spełniać odpowiednie wymagania dotyczące wykształcenia. Najlepiej, żeby było wyższe. No i odpowiedni staż pracy. Powiedzmy 10-letni. Jak dobrze, że mam wyższe wykształcenie oraz 11-letni staż pracy…


Cena kursu, jak postulują marne szkoły jazdy, powinna być ustawowa. Nie może jednak zaboleć kursanta. Więc może 1 tys. zł? Przecież wiele szkół jazdy z dużych miast, mam tu na myśli Poznań, Warszawę czy Gdańsk, oferuje kursy właśnie w tej cenie. I co? Mają się świetnie. Dla nich cena minimalna będzie niczym błogosławieństwo. Za to skutki takiej decyzji odczują właściciele pazernych szkół jazdy. Bo oni żądają aż 2 tys. zł za kurs prawa jazdy!


Oczywiście postulaty, które wymieniłem, nie muszą być wiążące, jestem skory do dyskusji. Może ktoś ma lepsze propozycje? Może to jego koncepty będą rozważane w ministerialnych gmachach? Może komuś uda się zmienić branżę, żeby nie była wolnorynkowa i patologiczna, tylko… No właśnie, jaka?


Marcin Zygmunt, instruktor nauki jazdy, właściciel OSK

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0