Jeden się wiesza, drugi skacze do wody i łamie kark, a często potem przywiązany na całe życie do łóżka prosi o eutanazję, inny jeszcze rzuca się pod pociąg, a jeżdżący na jednym kółku motocykla zakłada sobie stalową linkę na szyję i mknie z szybkością ponad dwieście kilometrów na godzinę na oczach kolegów - którzy potem na krótko ze spuszczonymi głowami uczestniczą w jego pogrzebie.

To nie są wypadki! Jak zakwalifikować sytuację, w której kierowca, który ma trzy promile alkoholu we krwi, siada za kierownicę i odbiera sobie życie, a jak - jeśli odbierze to życie niewinnemu, zaskoczonemu użytkownikowi drogi? Od roku mamy ustawę, która umożliwia sądom odebranie prawa jazdy takiemu kierowcy na stałe, ale jak dotąd o takich wyrokach nie słyszałem.


W ostatnie święta wielkanocne wskaźnik zabitych na drodze i pijanych kierowców znów wzrósł, a weekend majowy jeszcze znacznie te dane podniósł tak pod względem liczby zabitych, jak i nietrzeźwych za kierownicą. Przykładów pozbawienia życia na własne życzenie można by mnożyć - choćby ci, którzy pomimo ostrzeżeń i fatalnej pogody wybierają się zimą na szlaki turystyczne - i tak potem staramy się ich usprawiedliwić, że byli zaskoczeni przez lawinę czy zmieniające się warunki pogodowe. Jak i czy usprawiedliwiać tych niesfornych kierowców? Śmierć na własne życzenie (samobójstwo) jako celowe zamierzenie samodestrukcyjne nie jest wypadkiem.


Za tę głupotę płacimy my i trudno nam przyjąć i zgodzić się, że był to wypadek.


Wypadek oznacza nagłe zdarzenie, powodujące uraz lub śmierć. Jest to zjawisko, które nie powstaje z naszej własnej woli. Mówimy raczej o zdarzeniu - bo los tak chciał. Zaplanowanej śmierci nie możemy uznać za wypadek, tak jak często, gdy zderzą się dwa pojazdy i nie mamy do czynienia z urazami człowieka, mówimy nie o wypadku - tylko o kolizji. Kiedy stajemy nad denatem, pierwsza myśl, jaka przychodzi nam do głowy, to dlaczego on to zrobił, dlaczego tak postąpił? Pytamy się, jeśli to bliska osoba, czy mogliśmy temu zapobiec, czy też szukamy przyczyn - uwarunkowań psychicznych czy genetycznych, ale nadto często, jeśli chodzi o wypadki drogowe, staramy się przerzucić winę na infrastrukturę drogową czy na „piekielną maszynę”. Denat już nie odpowiada za nic. Rzadko zwracamy uwagę na błędy wychowawcze czy też społeczne oddziaływanie na powstawanie wypadków drogowych. W znacznej części profilaktykę w ruchu drogowym pozostawiliśmy policji i drogowcom. Dobrze wiemy, że dwie trzecie wypadków drogowych jest z winy człowieka, a nas Polaków cechuje szczególne „chojrakowanie” za kierownicą. Wielu denatów za życia myśli, że swą bezmyślną śmiercią przejdą do historii jako bohaterowie - zrobią na złość najbliższym.


W wypadkach drogowych mamy jednak do czynienia z drugą czy trzecią osobą, która nie zasłużyła sobie na taką śmierć czy też trwałe kalectwo i to jest najwyższa cena i najwyższa niesprawiedliwość. Nigdy nie wiemy, kiedy ktoś w nas wjedzie - mówimy, że „wypadki chodzą po ludziach”. Jeśli ich unikniemy w trudnej nagłej sytuacji zewnętrznej - mówimy o szczęściu i trudno jest nam „odpuścić winy naszym winowajcom”. Jak wiemy, same apele do negatywnej grupy kierowców nie wystarczą, nie wystarczą też najlepsze zapisy w kodeksie drogowym. Tylko działania spójne i wielokierunkowe mogą dotrzeć do wielu przyszłych potencjonalnych sprawców wypadków drogowych. Prowadzona obecnie akcja „włącz myślenie”, pod patronatem Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, jest jak najbardziej na czasie. Człowiek narażony jest na wypadki niemal na każdym kroku: na drodze, lądzie, morzu, w pracy pod wodą i pod ziemią. Od dziecka jest pouczany „aby nie igrał z ogniem”, a kierowca - „aby na zakrętach uważał” Niemniej jednak wypadki, w tym kataklizmy, się zdarzają i będą się nadal zdarzać. Marzenie „zero wypadków drogowych”, jak to przyjęli Szwedzi, jest tylko hasłem wywoławczym - utopią. Żaden kraj nie może się wyłączyć z zadań profilaktycznych, które by zmierzały do zapobiegania wypadkom czy też zminimalizowania skutków. Tam, gdzie brak odpowiedniej kontroli lub istnieje chęć zaoszczędzania na zabezpieczeniach, skutki potem mamy opłakane. Płaczą ci, których dotknęło nieszczęście, i ci, którzy potem muszą ponosić niezawinione zwielokrotnione koszty.


Kataklizmów, jakie spotykamy coraz częściej w przyrodzie, a które nie są spowodowane winą człowieka, nie możemy zaliczyć do wypadków. Wypadki drogowe były i będą. Chodzi o to, żeby ich było coraz mniej. Należy się cieszyć, że coraz większa rzesza użytkowników dróg „włącza myślenie” i coraz więcej „myśli i przewiduje”. Liczba wypadków drogowych i ich ofiar ciągle spada. Jest to zasługą nie tylko akcji prowadzonych na drodze, ale i innych działań profilaktycznych prowadzonych przez służby do tego powołane. Służby te są jednak ukierunkowane na akcyjność i kontrolowanie tam, gdzie nie ma zagrożenia. Szczegółowo o tym pisze ostatnio Najwyższa Izba Kontroli w sporządzonym na tę okoliczność raporcie. To, że mamy ciągły trend spadania liczby ciężkich wypadków drogowych, zawdzięczamy (oprócz infrastruktury i bezpiecznych pojazdów) rozsądkowi i kulturze zachowań na drodze. Widzimy to w przychodniach służby zdrowia i w aptekach, gdzie widać, jak cenimy sobie życie. Obowiązkowo „włączamy myślenie”.


Czy możemy zatrzymać dążenie człowieka do posiadania coraz lepszego wehikułu w postaci samochodu, jachtu czy samolotu? Jak dotychczas nikomu to się nie udało i nie uda, bo to jest wbrew naturze człowieka. Dobrze się stało, że w celu ograniczenia liczby wypadków na drogach, wzorem innych krajów, sięgnęliśmy do wychowania komunikacyjnego w szkołach. Szkolenie to musimy podnieść jeszcze na wyższy poziom, zwłaszcza tam, gdzie są jeszcze poważne zaniedbania. Bywa, że prowadzący te zajęcia nie mają nawet prawa jazdy, a sam udział w skąpych seminariach na dzisiejsze czasy już nie wystarcza. Nie wystarcza też dzisiejszy poziom szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców i kierowców. Ze względu na urynkowienie szkolenia uzyskanie u nas zaświadczenia o ukończeniu kursu na prawo jazdy jest zbyt łatwe, a tym samym i zbyt tanie, a co tanie, to potem drogie na drodze. Przez dwie dekady wytworzyliśmy system szkolenia kandydatów na kierowców na zasadzie wolnego rynku, a egzaminowania kandydatów na kierowców - na zasadzie centralnego sterowania. Ponieważ chodzi tutaj o jednego człowieka, którego szkolimy i egzaminujemy - te dwa systemy nie mogły i nie mogą się ze sobą pogodzić. Cały szkopuł w tym, że do tego systemu szerokimi drzwiami wdarła się jeszcze polityka, od której nie możemy się uwolnić. Co zmiana rządu - to zmiana dyrektorów, poczynając od departamentów po ośrodki egzaminowania, które ze względu na nieprawidłowy system często zmuszone były do sięgania po egzaminatorów z „łapanki” i ustalania im sztywnej instrukcji egzaminowania. Jak jesteśmy nieporadni, niech pokaże Ustawa o kierujących pojazdami, która nie wytrzyma próby czasu i już przed wejściem w życie jest tak mocno krytykowana - bo wprowadza kilka niepotrzebnych i niedorzecznych zapisów. Tutaj też mamy do czynienia z nieodpowiedzialnością i niedopracowaną ustawą. Trudno to nazwać wypadkiem przy pracy, kiedy świadomie podejmuje się takie zapisy, które służą jedynie wąskiej grupie, ogarniętej jedynie chęcią zysku - nie widząc znacznych strat społecznych.


Nadal trwa chocholi taniec w naszej branży i co najważniejsze, wielu jeszcze nie czuje, że znalazło się na „Titanicu”. Cała ludzkość wierząca wznosi modły z prośbą do Wszechmogącego, aby im się nie przydarzył przykry wypadek. Ileż komunikatów i próśb kierujemy w weekendy do wyjeżdżających i powracających, aby zachowali rozsądek. Przeważająca część użytkowników dróg go zachowuje. Jednak, jak w każdym stadzie, zawsze znajdzie się czarna owca, która czyni niepowetowane straty. Tym właśnie „niewinnym owieczkom” na stadionach i drogach musimy wydać zdecydowaną walkę. Na fali dzisiejszych dyskusji i zachowań tzw. kiboli warto by się przyjrzeć, jak wielu z nich potem wsiada samochody i jak oni zachowują się na drodze. Widziałem wiele filmów z negatywnych zachowań się kierowców na drodze, ale jak dotychczas tematem kibiców powracających z meczów samochodami jakoś nikt się nie interesuje. Agresja goni agresję.


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0