Brak czasu, zaufania, wiary i efektów - tak instruktorzy nauki jazdy odpowiadali na pytanie, dlaczego jeszcze nie powołali stowarzyszenia. Swoje organizacje mają właściciele OSK, egzaminatorzy, a nawet dyrektorzy WORD-ów. A ci, których w branży jest najwięcej, nie…

Stowarzyszenia są w modzie. Mniej lub bardziej sformalizowane struktury budują rowerzyści, miłośnicy kotów, producenci pieczarek. Zrzeszenia, koła, kluby tworzą sportowcy, mieszkańcy osiedli, seniorzy i rodzice przedszkolaków. Po co? By działać razem. Skuteczniej. Walczyć o swoje prawa albo po prostu - swoje interesy. Lobbować, nagłaśniać problemy, edukować, organizować imprezy. W branży, którą w skrócie nazywamy nauką jazdy, też się zrzeszają. Jest Polska Izba Gospodarcza Ośrodków Szkolenia Kierowców, Ogólnopolska Izba Gospodarcza OSK, działa Polska Federacja Stowarzyszeń Szkół Kierowców, Krajowe Stowarzyszenie Egzaminatorów oraz Krajowe Stowarzyszenie Dyrektorów WORD. Dlaczego nie powstała organizacja, która w nazwie i statucie koncentrowałaby się na instruktorach? Przecież jest ich znacznie więcej (ok. 26 tysięcy) niż właścicieli OSK czy pracowników WORD-ów.


- Nie mamy stowarzyszenia, bo chyba nigdy nie padła taka propozycja - zastanawia się Michał, instruktor z Łodzi. - Gdyby ktoś rzucił hasło, pewnie byłby odzew - stwierdza.


Ale po chwili dodaje.


- Nie wiem, czy udałoby się stworzyć struktury ogólnopolskie. Raczej lokalne. Ludziom nie chciałoby się jeździć do Warszawy na jakieś zebrania, walne zgromadzenia. Młodsi nie mają czasu, starsi nie mają sił - zauważa Michał, który w elce pracuje od czterech lat.


Wolą być stadem baranów?


Bezlitosną diagnozę stawia Filip Grega, szczeciński instruktor, prezes Fundacji S.O.S. Odpowiedzialne Szkoły Jazdy.


- Instruktorom, nawet jak mają okazję do wyrażenia swojej opinii na temat projektów aktów prawnych, zwyczajnie się nie chce - ocenia Grega.


Tłumaczy, że projekty rozporządzeń, które fundacja otrzymuje do konsultacji, zawsze publikowane są w Internecie. Z apelem, żeby przesyłać swoje uwagi. I informacją, że trafią one do ministerstwa.


- Na rozporządzenie w sprawie kontroli OSK nie przyszedł ani jeden mail. To chyba pokazuje, jak instruktorom zależy na ich własnym losie - komentuje Grega.


Polemizuje z nim Dariusz Szczepański, właściciel dużego OSK w Szczecinie. Przekonuje, że środowisko nie chce się angażować, bo tzw. konsultacje społeczne to fikcja.


- Każde słowo, które chcemy zmienić lub dodać, i tak zostanie przekręcone, zamienione lub pominięte „przy drukowaniu” - ironizuje Szczepański. - Przy ostatnich zmianach dotyczących szkolenia, mimo naszych starań i podania gotowych rozwiązań, departament i tak zmienił zapisy, które jeszcze bardziej zamieszały w poszczególnych artykułach. Straciłem zaufanie i wiarę w to, że faktycznie coś możemy - stwierdza Szczepański.


Grega przekonuje jednak do zawodowej i obywatelskiej aktywności.


- Absens carens - nieobecni nie mają głosu. W resorcie, jak nieraz mogliśmy się przekonać, nie siedzą praktycy. Oni po prostu mogą nie zdawać sobie sprawy z realnych skutków dokonywanych zmian. Owszem, na złą wolę nie poradzisz nic, ale na zmianę postrzegania problemu, spowodowaną analizą rzetelnego uzasadnienia, zawsze. I to właśnie mam na myśli, mówiąc, że instruktorzy wolą być stadem baranów pędzonych przez ujadające owczarki, zamiast samorządnym środowiskiem branżowym, jak prawnicy i lekarze - ocenia prezes fundacji.


Marzenie o składkach i kodeksie etycznym


Samorząd zawodowy oczami wyobraźni widzi też prezes PFSSK.


- Kiedyś to było moje marzenie. Dziś wiem, że wszystkich instruktorów zrzeszyć się nie da - stwierdza Krzysztof Bandos.


Opowiada o organizacji z „obligiem przynależności”, obowiązującym wszystkich kodeksie etycznym i pięciozłotowych składkach.


- Jeśli jest 25 tysięcy członków, to opłaty mogą być symboliczne - tłumaczy Bandos. - Powstałaby silna organizacja. Mielibyśmy pieniądze na pomoc prawną. Wiem, że instruktorzy tego oczekują.


Na przykład pan Michał, który jesienią ubiegłego roku trafił do sądu za sprawą nietrzeźwej kursantki. Został ukarany mandatem. Ale miał więcej niż kilkaset złotych do stracenia.


- Gdyby wojewoda dostał na mnie kwity, wykroczenie umyślne, odebrałby mi uprawnienia. Teraz jest moda na zabieranie praw jazdy i innych dokumentów - komentuje z humorem instruktor. - Ta dziewczyna nie była pijana, tylko po spożyciu. Jak miałem wyczuć alkohol? Perfumy, guma do żucia... Dobrze, że na sprawie sądowej wszyscy zeznawali zgodnie z prawdą.


Zwraca uwagę, że w takich sytuacjach nauczyciele jazdy nie są chronieni. Ani przez prawo, ani przez branżowe organizacje.


- A wystarczyłoby wpisać do ustawy zapis, że kursant - przed jazdą - może zostać przebadany na trzeźwość - postuluje łódzki instruktor.


Legislacyjnych postulatów jest więcej. I zawsze towarzyszy im zdanie o bierności organizacji zrzeszających OSK.


- Gdy ustawa o kierujących pojazdami była na etapie projektu, żadna izba gospodarcza OSK ani federacja nie zajęła się tym gniotem legislacyjnym - ocenia Tomasz Kulik, instruktor z Warszawy. - Ustawa zabrania OSK szkolić osoby posiadające prawo jazdy. Ustawa zostawiła na lodzie osoby ubiegające się o prawo jazdy kategorii A i C, bo podniosła wiek wymagany do wydania uprawnień bez okresu przejściowego - kilka tysięcy osób zdało egzamin kategorii A i C, po czym musiało czekać trzy lata na wydanie dokumentu. Izby i federacja palcem nie kiwnęły, gdy ministerstwo wydało rozporządzenie nakazujące wsadzanie kursantów na motocykle 600 ccm od pierwszej lekcji - wylicza Kulik.


Krytykuje również tzw. deregulację Gowina, która dopuściła do zawodu osoby z wykształceniem podstawowym i zaledwie dwuletnim stażem za kółkiem.


- Nasze organizacje nic nie robią w celu weryfikacji kandydatów na instruktorów nauki jazdy, co powoduje napływ oferm życiowych, które nigdy auta nie miały i nie wiedzą, co się z pojazdem dzieje na drodze - diagnozuje Kulik. - To jeden z wielu powodów, dla których organizowanie się nie ma sensu, bo istniejące struktury mają przewagę swoją wielkością, ale są szkodliwe, co przekłada się na niechęć do jakiegokolwiek zrzeszania się.


Środowisko podzielone. Nie na pół


Niechęć do zrzeszania się potwierdzają liczby. Bandos szacuje, że tylko 20 proc. OSK należy do działających w branży izb gospodarczych i PFSSK. Dlaczego tak mało?


- Koledzy są zapracowani, zajęci własnymi sprawami. Poza tym mają ograniczone zaufanie do siebie nawzajem i do wszelkich instytucji. A o zarządach stowarzyszeń mówią: dorwali się koryta! - mówi Bandos. - No cóż. W ubiegłym roku szesnaście razy byłem na rozmowach w ministerstwie. Każdy taki wyjazd finansowałem z prywatnych pieniędzy. Dobrze, że moja żona o tym nie wie... Pełnię funkcję trzy lata. Złotówki nie wziąłem. Jeszcze rok jakoś wytrzymam - śmieje się szef PFSSK.


Mówi, że bardzo często słyszy od ludzi z branży: „Mogę się do was zapisać, ale co będę z tego miał?”. Pragmatyzm czy nawet interesowność to grzechy lekkie. Grzechem ciężkim są trwające od lat i z wielką żarliwością pielęgnowane konflikty. Lokalne (np. między szkołami jazdy), regionalne (między WORD-ami), krajowe (federacyjno-izbowe). Wszyscy nasi rozmówcy przyznają, że środowisko jest głęboko podzielone.


- I nie jest to podział na pół - tłumaczy Łukasz Kucharski, dyrektor WORD Łódź i szef Krajowego Stowarzyszenia Dyrektorów WORD. - Funkcjonuje kilka organizacji ogólnopolskich, sporo podmiotów lokalnych. Są różne nurty, różne poglądy - dyplomatycznie stwierdza Kucharski.


Tłumaczy, że właścicielom OSK łatwiej się zrzeszyć, bo ośrodków szkolenia jest mniej niż instruktorów. Zwraca też uwagę, że „formuła stowarzyszenia stawia określone wymagania”. Jest statut, wybory, uchwały, zarząd, wypracowywanie wspólnego stanowiska...


- Musiałby się wykreować jakiś lider, wiodąca grupa, która zjednoczyłaby środowisko. Cieszyłaby się autorytetem. To nie jest proste. Wyobrażam sobie, że powstaje stowarzyszenie instruktorów, a za chwilę rozpoczyna jego frontalna krytyka. Z każdej strony - prognozuje Kucharski.


Aktywni w sieci


Bandos podkreśla, że PFSSK reprezentuje nie tylko właścicieli ośrodków szkolenia, ale wszystkich pracowników OSK. Wiele szkół jazdy to jednoosobowe lub rodzinne firmy. Szef nie siedzi za biurkiem, tylko za kółkiem. A raczej obok, na prawym fotelu.


- Zamiast antagonizować, należy szukać tego, co łączy branżę. Chciałbym, żeby federacja szerzej otworzyła się na instruktorów - deklaruje Bandos.


- Izby gospodarcze zrzeszające OSK nie zawsze reprezentują interesy pracowników szkół jazdy. Ale ich głos jest słyszalny - potwierdza Kucharski.


Czy ten głos powinien mocniej wybrzmieć np. podczas posiedzeń sejmowych komisji, gdy nowelizowane są przepisy dotyczące kierowców, szkolenia, egzaminowania?


- Mnożenie kolejnych bytów, które by uczestniczyły w rozmowach z parlamentarzystami, ministerstwem, mogłoby spowodować więcej chaosu niż korzyści - ocenia przewodniczący KSD WORD.


To bardzo prawdopodobne, bo kiedy szefowie OSK zabiegaliby np. o ustalenie ceny minimalnej kursu na prawko, to instruktorom bardziej zależałoby na przyjęciu urzędowych stawek za godzinę pracy.


- Niektórzy pracują za dziesięć złotych! Za tyle to czasem można postać na placu manewrowym, a nie jechać w miasto - denerwuje się Mariusz, instruktor z Gorzowa Wielkopolskiego.


- Do roboty za 15 zł/h na umowę-zlecenie. Kto ma zarabiać, ten zarabia. A kto ma dorabiać, to dorabia. Czyli my. Ale cóż, każdy jest kowalem własnego losu. Znów dobitnie i szczerze. Przepraszam - napisał Łukasz Głuszkowski na facebookowym profilu „Instruktorzy Nauki Jazdy”.


Tam - i na kilku branżowych forach - codziennie toczą się burzliwe dyskusje o instruktorskim świecie: absurdalnych przepisach, przygodach na drodze, trudnych kursantach. Tam też zadaliśmy pytanie: dlaczego pracujący w elkach nie zrzeszają się, nie próbują razem rozwiązywać problemów?


- Nie organizujemy się, bo nie mamy na to czasu - komentuje Dariusz Szczepański. - Zrzeszenia działają tylko na swoją - często prezesowsko-zarządową - stronę. Poza tym prezesi, którzy reprezentują stowarzyszenia, nie zawsze są tymi, którzy powinni reprezentować środowisko... No i zastanówmy się - wolę szkolić i zarabiać czy reprezentować i nie zarabiać? - pyta właściciel OSK.


Dyrektor Kucharski zauważa, że pomysły i oczekiwania instruktorów - nawet jeśli znajdą się społecznicy i powołają stowarzyszenie - niełatwo przekuć w konkrety, zmiany prawne.


- Ludzie mają dobre intencje, ale mają też nikłe pojęcie o politycznych realiach i urzędowych procedurach. Codzienna mozolna praca jest mało efektowna, ale zwykle owocuje lepiej niż rewolucyjne zrywy. Jeśli powołanie nowej organizacji miałoby być takim zrywem, jednorazową spontaniczną akcją, przyniosłoby nikłe efekty - podsumowuje Kucharski.


Tomasz Maciejewski

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0