Im prościej, tym lepiej

– Auto musi mieć w sobie coś oryginalnego i niepowtarzalnego. Staram się kupować samochody, które mają już trochę lat. Bo nowe, produkowane powiedzmy od 2000 roku, przestały mi się po prostu podobać. Wszystkie wyglądają tak samo – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Krzysztof Antkowiak, wokalista, kompozytor i autor tekstów.

Jakub Ziębka: W dużym uproszczeniu kierowców można podzielić na dwie grupy. Jedna to ci, którzy lubią jeździć, drudzy robią to, bo po prostu muszą. A jak jest z panem?

Krzysztof Antkowiak: Lubię jeździć, nawet bardzo. Mam już trochę stażu za kółkiem, bo prawo jazdy zdawałem w wieku 16 lat. Najlepiej prowadzi mi się nocą. Jest dużo mniejszy ruch, można posłuchać muzyki, porozmyślać, trochę się zrelaksować. Mogę się także zaliczyć do tzw. długodystansowców. Niestraszne mi duże odległości. Pamiętam, że kiedyś pojechałem samochodem do Sevilli, bez zmiennika. To ponad 2 tys. km. Za jedyny poważny odpoczynek po drodze mogę uznać dwugodzinną drzemkę w okolicach Auxerre we Francji.

Samochodami interesował się pan od dziecka czy to przyszło trochę później?

Zabawną historię opowiadał mi kiedyś tata. Otóż jak byłem dzieckiem, miałem może trzy, cztery lata, z tylnego siedzenia namawiałem go do wyprzedzania innych aut. Byłem taki cwany, że próbowałem go brać pod włos. Mówiłem: „ale tego to już na pewno nie wyprzedzisz”. Ojciec miał z tego niezły ubaw i potem wspominał, że nieźle wchodziłem mu na ambicję. Tym bardziej że jeździł wtedy dużym fiatem i polonezem.

A pamięta pan swoje pierwsze auto?

Oczywiście, tym bardziej że wiąże się z nim pewna historia. Z muzyki zacząłem zarabiać dosyć wcześnie. Miałem więc pieniądze na swoje pierwsze auto. Postawiłem na zaporożca. Trzeba też przyznać, że wyboru za wielkiego nie miałem. Bo wtedy dostępne były fiaty, mały i duży, syreny i trabanty.

Sprzedawca zapewniał mnie, że auto jest w pełni sprawne. Ale życie zweryfikowało jego słowa dość szybko. Pojeździłem sobie może pół dnia. W pewnym momencie silnik odmówił współpracy. Mój ojciec zwrócił więc auto handlarzowi, od którego go kupiłem. Nie udało nam się co prawda odzyskać wszystkich pieniędzy, ale większość już tak.

Żadnego zaporożca pewnie już pan w swoim życiu nie kupował?

Nie, potem postawiłem na dużego fiata. Zielonego. No i właśnie podczas jazdy tym autem zapłaciłem frycowe. W tamtym czasie, niedługo po uzyskaniu prawa jazdy, wydawało mi się, że jestem świetnym kierowcą. Zacząłem się bawić w kontrolowane poślizgi. No i pewnego dnia autem ostro obróciło i zderzyłem się z autobusem. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Autobus stał na światłach, a ja skręcałem w lewo, uderzyłem tyłem w jego przód.

Nie bał się pan wtedy z powrotem wsiąść do auta?

Nie, ale mocno spokorniałem. No i po jakimś czasie przesiadłem się do kolejnego fiata. A potem jeździłem volkswagenem golfem, oplem vectrą, bmw 5, alfą romeo (sprowadzoną z Belgii). Teraz mam z kolei saaba aero, 250 koni mechanicznych.

Czy do któregoś z tych samochodów czuje pan jakiś szczególny sentyment?

Na pewno mogę tak powiedzieć o golfie. To był duży przeskok, biorąc po uwagę fakt, że wcześniej jeździłem dużym fiatem. Czułem się, jakbym złapał byka za rogi. Użytkowanie vectry też było pewnym przeskokiem. Bo to już auto zdecydowanie większe od wcześniejszych, czułem się w nim, jak w limuzynie. A byłem wtedy młody, miałem może 23 lata.

Bmw też zrobiło na mnie duże wrażenie. Auto kupiłem w Hanowerze od pierwszego właściciela. Jak wracałem autostradą do Polski, miałem wrażenie, że płynę. Ale potem pojawiły się problemy z automatyczną skrzynią biegów. Więc auto sprzedałem. No a teraz mam saaba.

Dobrze się nim jeździ?

Jestem z niego bardzo zadowolony. W siedem sekund dochodzi do setki. Jak na auto tak dużych gabarytów to naprawdę dobry wynik. To rocznik ’99, ale kupiłem go od człowieka, który bardzo o auto dbał. Jeżdżę saabem dopiero rok i jeszcze nie zdążyłem się nim nacieszyć.

A na co zwraca pan uwagę podczas wyboru samochodu?

Dla mnie auto musi mieć w sobie coś oryginalnego i niepowtarzalnego. Staram się kupować samochody, które mają już trochę lat. Bo nowe, produkowane powiedzmy od 2000 roku, przestały mi się po prostu podobać. Wszystkie wyglądają podobnie.

A mój saab jest jakiś. Mimo że ma już 19 lat. Jest w nim coś ponadczasowego. Dlatego go wybrałem. No i ma kopa. Nie ukrywam, że to także jest dla mnie ważne. Bo jeśli człowiek chce zmienić auto, które ma pod maską trochę koni mechanicznych, nie wybierze już takiego z mniejsza mocą.

A przyspieszenie jest mi potrzebne do tego, żebym czuł się bezpiecznie. Jeśli chcę kogoś wyprzedzić, nie mam ochoty zastanawiać się, czy mogę to zrobić, bo nie wiem, ile czasu to zajmie i czy w konsekwencji zdążę wykonać ten manewr.

Skoro lubi pan starsze auta, to pewnie nie robi na panu wrażenia nowoczesna technika, którą wręcz naszpikowane są nowe?

W ogóle. Im prościej, tym lepiej. A z elektroniką zawsze są jakieś problemy.

Przeczytałem, że jeździ pan nie tylko osobówkami. Natknąłem się na informację, że kilka miesięcy temu brał pan udział w offroadowym rajdzie.

Tak, to prawda. Swego czasu jeździłem też na gokartach. Na torze Imola w Piasecznie. Raz, w tzw. pucharze miesiąca, zdobyłem tam drugie, raz trzecie miejsce. Startowało tam naprawdę dużo osób. Pojawiał się tam nawet Robert Kubica. Miał wtedy może 17 lat. Już wtedy było widać, że ma niesamowity talent.

A motocykle?

Jeździłem, ale już z tym skończyłem. Motocykl uzależnia. A ja miałem skłonność do uzależnień. Dlatego sobie odpuściłem. Mam wrażenie, że gdybym dalej jeździł, w końcu stałoby się coś złego. Mam na myśli wypadek.

Na koniec wróćmy jeszcze do pana motoryzacyjnych początków. Egzamin zdany za pierwszym razem?

No właśnie nie. Ale to była dość dziwna historia. Czułem się pewnie, bo wcześniej poćwiczyłem sobie z ojcem, nie miałem problemu z prowadzeniem. W pewnym momencie egzaminator spytał, czy mogę jechać szybciej. Pojechałem więc. Wtedy w obszarze zabudowanym można było rozwinąć prędkość do 60 km. Tak też chciałem zrobić. Problem był tylko z prędkościomierzem w fiacie, którym zdawałem. Nie do końca było widać, czy jadę 58 km/h, czy może 62 km/h. Egzaminator stwierdził, że przekroczyłem prędkość i przerwał egzamin. Czułem się przez niego oszukany. Ale spróbowałem raz jeszcze i tym razem się udało!

 

Krzysztof Antkowiak – wokalista, kompozytor i autor tekstów. Od lat 80. stale występuje solo, a także z czołówką polskiej estrady, m.in. Edytą Górniak, Stanisławem Sojką, Ryszardem Rynkowskim, Edytą Geppert czy Justyną Steczkowską. Współpracował z najwybitniejszymi polskimi twórcami, takimi jak Grzegorz Ciechowski, Jacek Cygan czy Krzesimir Dębski.

Największą popularność zdobył dzięki przebojowi „Zakazany owoc”. Właśnie z tą piosenką wystąpił w 1988 roku na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, gdzie zdobył wyróżnienie oraz nagrodę publiczności.

fot. Evelyn Saferna

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.