Egzaminatorzy Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Łodzi prowadzili egzamin na prawo jazdy na niesprawnej ciężarówce z przyczepą. W pięcioletnim samochodzie zepsuł się przewód ciśnieniowy. Skutek - przyczepa nie miała hamulców! Prowadzenie auta mogło skończyć się poważnym wypadkiem.

Egzamin na kategorię C+E, który mógł mieć fatalne konsekwencje, odbywał się w poniedziałek. 45-letni kursant podszedł do testu na ciężarówkę z przyczepą po raz pierwszy. Był bardzo zestresowany. Najpierw podjechał pod przyczepę. Potem zaczął podłączać kable odpowiedzialne za światła oraz węże podciśnieniowe. Robił to na tylnej burcie ciężarówki. Nagle, podczas podłączania, przewód ciśnieniowy zaczął syczeć. Okazało się, że pękł i dosłownie został mu w rękach. - Gdyby takie auto wyjechało na ulicę, koła przyczepy mogłyby się zablokować i to zatrzymałoby przyczepę - tłumaczy Zbigniew Popławski, właściciel jednej z łódzkich autoszkół. Egzaminator musiał przerwać test. - Przyczepa nie miałaby hamulców, więc zagrażałaby bezpieczeństwu na drodze. Wezwaliśmy obsługę techniczną i naprawiliśmy przewód - opowiada Łukasz Kucharski, dyrektor Wojewódzkiego Osrodka Ruchu Drogowego. Dlaczego zatem niesprawny wóz w ogóle wyjechał z garażu? - Taką usterkę trudno przewidzieć. Zresztą producenci węży ciśnieniowych nie przewidzieli, że u nas przyłącza się je i odłącza kilkadziesiąt razy dziennie - dodaje Kucharski. Po kilkudziesięciu minutach egzamin został wznowiony. Mimo to zakończył się wynikiem negatywnym. 45-latek popełnił błąd podczas cofania w kopercie. Bardzo się zdenerwował. Twierdził, że zdarzenie z przewodem miało wpływ na wynik egzaminu. - Kursant miał zastrzeżenia do przebiegu egzaminu. Oznajmił nam, że zamierza złożyć skargę do urzędu marszałkowskiego. Zagroził nawet, że pojawi się w ośrodku razem z policją - mówi Kucharski. Według diagnostów samochodowych niemożliwe, aby przewód samochodowy pękł od razu. - Musiał być wcześniej przetarty, tylko pracownicy ośrodka egzaminowania tego nie zauważyli - mówi pracownik stacji diagnostycznej na Widzewie. - Gdyby taka ciężarówka wyjechała na ulice zagrażałaby bezpieczeństwu innych kierowców, nie mówiąc o samym kursancie. W aucie mogłyby się samoczynnie zablokować koła. A kierowcy zazwyczaj nie są przygotowani na to, że samochód jadący przed nimi gwałtownie hamuje - dodaje.


źródło: „Dziennik Łódzki”


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0