W przedszkolu, szkole podstawowej, zawodowej, średniej oraz na uczelniach powinien być przedmiot, który możemy nazwać roboczo ruchem drogowym. Wystarczą zajęcia raz w tygodniu. Mogłyby być prowadzone przez specjalistów z dziedziny prawa o ruchu drogowym, policjantów, ratowników medycznych, psychologów transportu, instruktorów nauki i techniki jazdy.

Czy żyjemy w kraju mlekiem i miodem płynącym? No to wskazywałaby kampania wyborcza.


Prezydenccy kandydaci pozorowali, że zależy im na wyborcach. Jak w amerykańskim wrestlingu, udawali zadawanie groźnych ciosów. Jak zwykle wybory prezydenckie czy parlamentarne to niekończący się festiwal obietnic i szczerych chęci do niesienia pomocy biednym, potrzebującym, pokrzywdzonym przez los lub państwo, w którym przyszło nam żyć, mieszkać i pracować.


Każda silna grupa społeczna, wiedząc, że można ogrzać się w blasku kandydatów oraz coś dla siebie z tego wielkiego tortu wykroić, starała się wykrzyczeć swoje roszczenia. Związkowcy wspierają oficjalnie lub mniej oficjalnie kandydatów, ci z kolei wiedzą, że każda uściśnięta dłoń i każdy wysłuchany wyborca to potencjalny głos. A zadowolony wyborca może przekonać rodzinę, znajomych. Wtedy słupki procentowe rosną, a uśmiechy sztabowców są coraz szersze.


Kary? Nie, edukacja!


Obserwując kampanię wyborczą nie zauważyłem, żeby środowiska reprezentujące szkoły jazdy jakoś zaciekle zawalczyły o prawa właścicieli szkół jazdy, instruktorów oraz najważniejszego ogniwa, czyli kursantów. Zaostrzamy kary za jazdę po alkoholu, uważając, że takie działanie poprawi bezpieczeństwo na drogach. Nic bardziej mylnego. Osiągnięcie tego celu umożliwi nam tylko edukacja. Już przedszkolaki powinny mieć prowadzone zajęcia z ruchu drogowego. Program powinien zawierać więcej informacji niż wskazanie, że podczas wyświetlenia zielonego światła możemy iść albo jechać, a czerwonego - powinniśmy stać. Skupmy się na wyrobieniu postaw nieagresywnych u kierowców, pieszych, rowerzystów. Edukujmy i tłumaczmy, że każdy uczestnik ruchu drogowego musi szanować i dbać o bezpieczeństwo innych. Jeżeli małe dziecko zostanie nauczone poszanowania prawa i państwa, to będzie myślało, że przekraczanie prędkości albo jazda pod wpływem alkoholu jest złem w czystej postaci.


W przedszkolu, szkole podstawowej, zawodowej, średniej oraz na uczelniach powinien być przedmiot, który możemy nazwać roboczo ruchem drogowym. Wystarczą zajęcia raz w tygodniu. Mogłyby być prowadzone przez specjalistów z dziedziny prawa o ruchu drogowym, policjantów, ratowników medycznych, psychologów transportu, instruktorów nauki i techniki jazdy. Taka edukacja dałaby wymierne rezultaty. Jestem pewien, że bezpieczeństwo na polskich drogach uległoby znacznej poprawie.


Proste recepty


Młody człowiek byłby edukowany przez kilkanaście lat. Edukację w szkole podstawowej można zakończyć egzaminem na kartę rowerową. Szkoła gimnazjalna przygotowywałaby do otrzymania uprawnienia do jazdy motorowerem. Szkoła średnia dawałaby podstawy do zdania egzaminu na prawo jazdy na samochód. Teoria nie trwałaby 30 godzin, a trzy lata. W taki sposób można młodego człowieka spokojnie przygotować do samodzielnego poruszania się w ruchu drogowym.


Dzisiaj 30 godzin teorii to często fikcja. Dowodem jest dramatyczna zdawalność na egzaminie państwowym. Tematy są przerabiane szybko i po łebkach. Młodemu człowiekowi uczęszczającemu do liceum powinien zostać dodany przedmiot ruch drogowy, tak samo ważny jak matematyka czy historia.


Dziwi mnie, gdy Polacy przedstawiają proste recepty na osiągnięcie sukcesu. Podniesienie kar, ustawienie znaku ograniczającego prędkość nie spowodują wzrostu bezpieczeństwa na drodze. Kluczem do poprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym jest edukacja. Wysokie kary powinny być ostatecznością. Nie dajmy się zwieść obietnicy, że to uzdrowi sytuację na polskich drogach. Większość kierowców będzie po prostu jeździła bez prawa jazdy.


Marcin Zygmunt, instruktor nauki i techniki jazdy

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0