- Jestem dużym mężczyzną, więc lubię duże samochody. Takie z silnikami o dużej mocy, minimum 3 litry, w turbinie. Lubię komfort i wygodę - mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Robert Sowa, kucharz, restaurator i autorytet w dziedzinie sztuki kulinarnej.

Jakub Ziębka: Określił się pan kiedyś mianem nałogowego smakosza, który próbuje, smakuje i interesuje się jedzeniem. A jak to jest w przypadku samochodów?


Robert Sowa: Jestem uzależniony od SUV-ów. Cenię wygodę, bezpieczeństwo i możliwość przewożenia towarów na pokazy i warsztaty. Jeździłem już m.in. mercedesem ML czy volvo XC 70. 


Czyli ma pan słabość do dużych i szybkich samochodów.


Jestem dużym mężczyzną, więc lubię duże samochody. Takie z silnikami o dużej mocy, minimum 3 litry, w turbinie. Lubię komfort i wygodę. Dlatego też, biorąc pod uwagę moją aparycję, w małym aucie nie byłoby szansy, żeby czuć się dobrze.


Nawiązując do dużych aut, okazuje się, że mogą się one bardzo przydać w działalności kulinarnej. Pan swego czasu korzystał z tzw. kulinarnego tira. Jak się w nim pracowało?


Mój team nadal posiada kulinarnego tira. Co roku można nas spotkać podczas wakacji i trasy z „Latem z Radiem”. Auto jest profesjonalnie przygotowane od strony kuchennej. Ma własną chłodnię, klimatyzację, grill, fryturę. To swoista wielka mobilna kuchnia. Gotujemy w niej w różnych miejscach Polski. Bardzo to lubię, tym bardziej że w naszym tirze można dużo zrobić. Przykład? Proszę bardzo. Kiedyś podczas jednego dnia wydaliśmy z niego aż 5 tys. dań degustacyjnych!


Przejdźmy teraz do osobówek. Czym pan obecnie jeździ?


To komfortowe, szybkie, bezpieczne białe bmw X6 - 3 litry, w turbinie i M-pakiecie. Podkreślam ten kolor, ponieważ zawsze miałem czarne auta.


Na co zwraca pan szczególną uwagę podczas zakupu auta?


Bardzo ważnym elementem podczas zakupu samochodu jest poziom obsługi w salonie, oferta, którą komponuję ze sprzedawcą. Doceniam też szybki serwis. Przyczyna jest prozaiczna, samochód jest mi niezbędny w codziennym funkcjonowaniu. Jestem też przywiązany do marki. Najlepszym tego przykładem jest fakt, że teraz jeżdżę już drugim bmw X6.


Czy ma pan jakieś niespełnione dotąd motoryzacyjne marzenie?


Zdecydowanie jest to maserati quattroporte. Czarne i niekoniecznie z czerwonym wnętrzem.


Na pewno istnieją potrawy, za którymi pan nie przepada. A czy jest jakieś auto, za kierownicę którego za żadne skarby by pan nie wsiadł?


Kiedyś był to moskwicz, dziś fiat albea. To kompletnie nie moja bajka, nie moja estetyka.


Co można znaleźć w bagażniku samochodu Roberta Sowy?


Zawsze mam tam książki kulinarne, noże kucharskie, kitel oraz karton czerwonego wina - na trawienie. A teraz, z uwagi na pogodę, dochodzi do tego miotła do śniegu. W bagażniku wożę też często jabłka. Bardzo je lubię, ale… wypadają mi podczas wyciągania zakupów.


Cofnijmy się trochę w czasie. Pamięta pan swój kurs na prawo jazdy i egzamin?


Było to w PRL-u. Kurs na prawo jazdy wspominam bardzo miło. To był piękny czas. Miałem świetnego i profesjonalnego instruktora. Jeździłem dużym fiatem z silnikiem 1500 i rozklekotaną manualną skrzynią biegów. Było to około 30 lat temu, na krakowskim Kazimierzu. Tam również odbył się egzamin. Udało mi się zdać za pierwszym razem!


A pierwszy samochód?


Moim pierwszym samochodem był fiat 126p po liftingu. Zakupiłem go w Peweksie. Ze względu na opóźniającą się dostawę Polmozbyt zaoferował mi auto przeznaczone na eksport do Holandii. Był to dla mnie wielki szok. Z kolei dla wielu mieszkańców mojego osiedla - powód do wycieczek i oglądania mojego cuda.


Samochód był wyjątkowy - lakier bordowy metalik, sportowe fotele. Został ospojlerowany, a co najważniejsze, miał jako pierwszy zapalanie silnika przy pięknej, nowoczesnej jak na owe czasy stacyjce, a nie jak stare, przy lewarku. Był to hit, który dodatkowo został upiększony przez moją mamusię jasnym skórami z Nowego Targu. Tata zadbał zaś o pokrowiec chroniący auto od deszczu i śniegu. Oczywiście dodatkowo miałem w domu prostownik, instrument do szybkiego wyciągania akumulatora. Radio było tak wmontowane, żeby na noc można je było zabrać. Tak więc ceremonia wyjazdu i zabezpieczenia samochodu była bardzo żmudna. Zapomniałem jeszcze wspomnieć o dwóch kanistrach na paliwo. Trzymałem je w piwnicy, wiemy, jak było. No i ta cała noc spędzona w kolejce po akumulator…


Takim właśnie samochodem wybrałem się z dwójką znajomych na podbój Austrii. To było duże wyzwanie!


Teraz jest już pan doświadczonym kierowcą. Jakie zachowania najbardziej irytują pana na drodze?


Najbardziej irytuje mnie wszechobecne chamstwo i przyzwolenie na nie wśród wielu użytkowników naszych dróg. Dotyczy to wszystkich, zarówno kierowców, rowerzystów, rolkarzy, jak i pieszych. Kultura jazdy w Polsce musi się jeszcze mocno poprawić. Szczytem są osoby palące w samochodach. Uważają, że jest to komfortowe. Tego kompletnie nie rozumiem. Irytuje mnie też brak używania kierunkowskazów.


Czy uważa się pan za dobrego kierowcę?


Tak. Myślę, że mój wiek i doświadczenie za kierownicą powodują, że mam duży dystans do szybkości jazdy. Mimo dobrego auta nie szarżuję, żeby pokazać innym, ile moje auto jest w stanie wyciągnąć. A tak często się dzieje na drodze, nawet w niesprzyjających szybkiej jeździe warunkach. Doceniam bezpieczeństwo. Swoje i moich pasażerów. Ponadto szczycę się tym, że moja jazda jest płynna. Nie jestem nerwowym kierowcą. To też ostatnio jest rzadkie.


 


Robert Sowa - kucharz, restaurator i autorytet w dziedzinie sztuki kulinarnej. Kreator menu największych wydarzeń kulturalno-kulinarnych w Polsce. Znany z programów telewizyjnych i audycji radiowych, propagator kuchni polskiej w nowym wydaniu. Właściciel autorskiej restauracji N31 przy ulicy Nowogrodzkiej 31 w Warszawie oraz Studia Kulinarnego Roberta Sowy.


Autor książek kulinarnych: „Krok po kroku z Robertem Sową” „Cztery pory roku”, „Życie kocha jeść”, „W poszukiwaniu smaku doskonałego”, „Esencja smaku”. Współautor „Księgi szefów kuchni”.

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0