Część przyszłych kierowców skarży się, że instruktorzy rozmyślnie nie zaliczają im egzaminu wewnętrznego na prawo jazdy kategorii B. - Chodzi o pieniądze. Przecież musimy wtedy dokupować co najmniej kilka godzin jazd doszkalających - żali się anonimowo kursant. Właściciele OSK twierdzą jednak, że to problem marginalny. Tłumaczą, że egzamin wewnętrzny jest potrzebny, bo przygotowuje do państwowego.

Obowiązek organizowania przez ośrodki szkolenia kierowców egzaminu wewnętrznego istnieje od stycznia 2006 r. Reguluje go rozporządzenie ministra infrastruktury z dnia 27 października 2005 r. w sprawie szkolenia, egzaminowania i uzyskiwania uprawnień przez kierujących pojazdami, instruktorów i egzaminatorów. Jakie przepisy znajdują się w tym akcie prawnym?


Najpierw teoria, potem praktyka


 Zacznijmy od banalnego stwierdzenia, że egzamin składa się z dwóch części: praktycznej i teoretycznej. Kto może do niego przystąpić? Będzie to osoba, która odbyła co najmniej minimalną wymaganą programem liczbę godzin zajęć teoretycznych i praktycznych. Żeby zostać dopuszczonym do egzaminu praktycznego, trzeba najpierw zdać część teoretyczną.


Egzamin przeprowadza zazwyczaj instruktor prowadzący. Jeśli tak się nie dzieje, to jest on zobowiązany do uczestnictwa w sprawdzianie. W trakcie przeprowadzania części praktycznej egzaminu wewnętrznego realizuje się wszystkie przewidziane dla egzaminu państwowego na prawo jazdy zadania. Bez względu na liczbę popełnionych błędów. I, co najważniejsze: „w przypadku zakończenia egzaminu z wynikiem negatywnym na podstawie wypełnionej karty przebiegu egzaminu praktycznego instruktor prowadzący wraz z osobą egzaminowaną ustala dalszy zakres szkolenia”. W praktyce oznacza to konieczność wykupienia dodatkowych jazd doszkalających. W innym przypadku przyszły kierowca nie ma szans na przystąpienie do egzaminu państwowego.


 Kursanci się żalą, bo muszą dopłacać


 - Wewnętrzny egzamin praktyczny jest problematyczny. Z kilku powodów - argumentuje anonimowy kursant. - Przeprowadza się go bez świadków, nie ma monitoringu. Wniosek jest więc prosty: o twoim powodzeniu lub częściej niepowodzeniu decyduje instruktor. Czemu miałby nie zarobić na kursancie dodatkowych pieniędzy? I właśnie tak interes się kręci.


Przyszli kierowcy zwracają uwagę na jeszcze jedną rzecz. Podczas sprawdzianu instruktor musi wypełnić kartę przebiegu egzaminu. Wypisuje się na niej m.in., jakie błędy podczas jazdy popełnił kursant. Przynajmniej teoretycznie - twierdzą niektórzy przyszli kierowcy.


- Ciekawe, jaka szkoła jazdy ewidencjonuje karty z wynikiem negatywnym? - pyta kursant, który egzaminu wewnętrznego nie zdał aż dwa razy. - Rozmowa jest krótka. Instruktor wydaje polecenie: musisz wykupić jazdy doszkalające. Czasami jest to pięć, innym razem dwanaście godzin.


Godzina dodatkowej przejażdżki z instruktorem kosztuje 40 - 45 zł. Łatwo więc policzyć, że dla przeciętnego kursanta jest to wydatek rzędu kilkuset złotych.


 Szkoły jazdy: Naciąga margines


 - Niektórzy kursanci wychodzą z założenia, że ośrodki szkoleniowe chcą wyciągnąć od nich jak najwięcej pieniędzy - mówi Olga Kwiecień, właścicielka wrocławskiego OSK AutoFan. - Część z nich zmienia jednak po czasie swoje nastawienie. Widzi, że egzamin wewnętrzny w ośrodku szkolenia wygląda niemal identycznie jak egzamin państwowy. To jest przecież dobre przetarcie przed ważną próbą, którą musi przejść każdy przyszły kierowca. Przypadki naciągania pewnie się zdarzają, ale jestem pewna, że jest to niewielki margines.


Podobnego zdania jest Mirosław Marach, szef OSK Mar-Pol z Malborka.


- W mojej okolicy nie słyszałem o takich przypadkach naciągania. Jednak być może niektóre ośrodki przyciągają klientów niską ceną początkową kursu. Żeby jednak nie być na tym interesie stratnym, zmuszają kursanta do wykupienia dodatkowych godzin. Mimo że jego umiejętności są już wystarczające do zdania egzaminu państwowego. Ale to pojedyncze przypadki.


O złe zamiary ośrodków szkolenia nie podejrzewa Roman Stencel, szef Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Ośrodków Szkolenia Kierowców.


- Myślę, że szkoły jazdy zachowują się odpowiedzialnie. Naciąganie kursantów na dodatkowe godziny jazd nie jest przecież dobrym sposobem na przyciąganie klientów. Zdecydowana większość tego nie robi.


Egzamin wewnętrzny jest potrzebny!


 Właściciele ośrodków szkoleniowych nie mają wątpliwości. Egzamin wewnętrzny spełnia bardzo pożyteczną rolę. Nie ma sensu go likwidować.


- Czy egzamin wewnętrzny jest potrzebny? Tak, choćby z tego względu, że wymaga tego ustawodawca. Trzeba także pamiętać, że egzaminowanie jest elementem procesu dydaktycznego, który umożliwia np. jego indywidualizację oraz mierzenie jakości kształcenia w ośrodku - uważa Jan Pliszka, właściciel OSK Agora-Miraż w Bydgoszczy. - Idąc w tym kierunku można także zapytać, czy potrzebny jest egzamin państwowy. A przecież oczywiste jest, że tak. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia.


Pliszka dodaje, że warto pamiętać o jednej sprawie.


- Jeśli ośrodki szkolenia kierowców będą zbyt rygorystycznie lub niesprawiedliwie podchodzić do kwestii egzaminu wewnętrznego, to po prostu stracą klientów. Podejście marketingowe właścicieli ośrodków bywa różne. Czasem zbyt nowoczesne jak na mniemanie kursantów. Osobiście uważam, że w marketingu usług nie można bazować na niedomówieniach czy niejasnościach. Ale też nie może być tak, że kursant decyduje o tym, czy umie już dobrze i bezpiecznie poruszać się na drodze. Nie ma do tego ani kompetencji, ani kwalifikacji. Od tego jest instruktor. To kierownik procesu dydaktycznego, który ustala czas trwania szkolenia.


Ważna jest także teoria


 Szefowie OSK i instruktorzy podkreślają też, że egzamin wewnętrzny jest doskonałym przygotowaniem kursanta do tego, co czeka go na końcowym egzaminie państwowym.


- Przyszły kierowca musi wiedzieć, jak się zachować w specyficznych, stresujących warunkach - uważa Marach. - Jednak nie chodzi o to, żeby oblewać wielu ludzi. Inaczej wygląda sprawa z egzaminem teoretycznym. Trzeba położyć na niego większy nacisk. Teraz jest z tym różnie. Często zdarza się, że zajęcia teoretyczne w ogóle się nie odbywają. To skandal. Kursanci też uczą się zazwyczaj tylko odpowiedzi na konkretne pytania. Obowiązuje tu zasada „zakuć, zdać, zapomnieć”. Nie tędy droga.


Trzydzieści godzin to często za mało


Skąd zatem bierze się przekonanie niektórych kursantów, że ośrodki szkolenia kierowców nie zachowują się wobec nich uczciwie?


- Może to podejrzliwość? - spekuluje Olga Kwiecień. - Jest też inne wytłumaczenie. Kursanci są przekonani o swoich wysokich umiejętnościach. Często zupełnie niesłusznie.


- Prawda jest też taka, że kursantowi, który miał już styczność z samochodem, może wystarczyć trzydzieści godzin szkolenia praktycznego - dodaje Pliszka. - Jeśli jednak kurs jest jego pierwszym kontaktem z autem - to już niekoniecznie. Tu jest potrzebna uczciwa weryfikacja osiągniętych rezultatów i planowanie dalszych działań.


 


Jakub Ziębka


 

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0