Ceniący wolność entuzjasta mercedesów

– Kocham jeździć samochodem. Czuję, że daje mi to wolność, którą tak cenię. Bo nie po to wsiadam do auta, żeby być wożonym. Lubię ten moment, gdy naciskam pedał gazu. Po co miałbym sobie tego dobrowolnie odmawiać? – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Mateusz Damięcki.

Jakub Ziębka: W roku 2009 wybrał się pan autem z Warszawy aż na Syberię. Teraz jest co wspominać?

Mateusz Damięcki: Na tyle, że jestem w trakcie pisania książki o wyprawie na Syberię. To długa i ciekawa historia.

Da się ją streścić?

Z trudem, ale można. W wyprawie wzięło udział sześć osób. Do dyspozycji mieliśmy mercedesy klasy G. W każdym jechały dwie osoby. Dwie z tych terenówek wyprodukowano pod koniec lat 90. Trzeci wóz, mój, był tylko o rok młodszy ode mnie, rocznik 1982.

Nasza wyprawa trwała 63 dni, przemierzyliśmy 25 tys. km. Trzeba przyznać, że nasze auta doskonale sprawdziły się w niezwykle trudnym terenie. Bo np. droga do Jakucka była bardzo wymagająca. Nie obyło się jednak bez awarii. Doszło do uszkodzenia dwóch piast przednich, wymiany dwóch uszczelek pod głowicami i niezliczonej ilości mniejszych reperacji. Poradziliśmy sobie z tym wszystkim, bo w ekipie mieliśmy Grzegorza Gosa, mechanika, naszego anioła stróża.

Wybór miejsca wyprawy nie był pewnie przypadkowy?

Zdecydowanie nie. Rosją zafascynowałem się, gdy miałem 17 lat. Zagrałem wtedy główną rolę w rosyjskim filmie „Córka kapitana”. Potem odwiedzałem ten kraj wiele razy. Lubię tam być, poznawać kraj z bliska, nie szybko i pobieżnie, nie na skróty, czerpiąc z wyrywkowych i nie zawsze prawdziwych informacji pochodzących z Internetu.

A co pan powie o radzieckiej i rosyjskiej motoryzacji?

Podczas wyprawy na Syberię miałem okazję jechać krazem, a raczej jego zmodyfikowaną wersją, przystosowaną do wyrębu tajgi. Przemierzałem nim pole i dolinę, pokonałem rzekę. To było dopiero coś! Nie są mi obce także niva oraz żiguli. Ale z nimi miałem styczność już jako pasażer, nie kierowca. Zresztą żiguli nie jest tylko nazwą samochodu należącego do aut z tzw. niższej półki. To także potoczne określenie niewysokiego statusu dużej części mieszkańców rosyjskich miast i miasteczek w pewnej konkretnej okoliczności. A mianowicie – pamiętam, że już 20 lat temu, gdy bywałem w Rosji, miałem do czynienia z czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy jazdą Uberem. Otóż jeśli chcieliśmy gdzieś dojechać, stawaliśmy w pobliżu drogi, machaliśmy ręką, samochód typu żiguli się zatrzymywał i za kilka rubli jego kierowca wiózł nas we wskazanie miejsce. Działo się to nawet jeśli miał on inne plany, chciał jechać zupełnie gdzie indziej. Kiedyś zatrzymałem takie auto, kierowca kazał przesiąść się swojej matce na tylne siedzenie, żebym miał wygodniej. W drodze dowiedziałem się, że zatrzymałem ich akurat wtedy, gdy jechali do szpitala. Nie pytałem o szczegóły.

Czy trasę Warszawa – Magadan można uznać za najpiękniejszą, którą udało się panu kiedykolwiek pokonać samochodem?

Tak, to rzeczywiście wspaniała droga, pełna niespodzianek, dzikiej przyrody, wspaniałych widoków. Ale piękne wspomnienia mam też z wyprawy samochodowej po Stanach Zjednoczonych. Towarzyszyła mi wtedy moja siostra Matylda oraz przyjaciel Paweł. Ruszyliśmy osobową toyotą z Chicago, przemierzyliśmy jedenaście stanów; przez Saint Louis, Oklahomę, Las Vegas dotarliśmy do San Francisco, a potem Los Angeles, San Diego, Wielki Kanion, Sequoya Park w Kalifornii, Route 66. Odwiedziliśmy nawet Roswell, krainę kiczu, gdzie kiedyś rzekomo rozbiło się UFO. To była świetna wyprawa, doskonale ją wspominam.

Amerykanie kochają samochody chyba bardziej niż Rosjanie, prawda?

Trudno to w ogóle porównać. W Stanach Zjednoczonych to wielki przemysł, który ma olbrzymi wpływ na obyczajowość mieszkających tam ludzi. Dla nich auto to coś więcej niż maszyna mająca za zadanie przemieścić się z miejsca na miejsce. Podróżowanie samochodem jest po prostu tamtejszym stylem życia. Rosjanie podchodzą do aut zupełnie inaczej. Szczególnie nowobogaccy. Przypomniał mi się teraz pewien dowcip. Dwaj nowobogaccy Rosjanie rozmawiają o mercedesie klasy S. Jeden mówi: tydzień temu go sprzedałem. Drugi pyta: dlaczego? Nowobogacki odpowiada: bo wypełniłem już całą popielniczkę…

Gdy byłem w Rosji w 1999 roku, widziałem dużo więcej luksusowych aut niż podczas moich późniejszych podróży do innych krajów, w tym Stanów Zjednoczonych, nawet kilka lat później…

Mało kto nie pamięta swojego pierwszego auta. A jak jest w pana przypadku?

Oczywiście, że go pamiętam. To był biały golf II z zielonymi szybami i klimatyzacją. Tak zwana wersja afrykańska, bo wcześniej jeździł po Libii. Prezent od dziadka i jego żony. Świetny wóz, którego spotkał niestety smutny koniec. Otóż jeździłem nim na Wolę, do dziewczyny. I to właśnie tam najpierw rozkradziono mi prawie wszystko, co było w środku auta, potem wyciągnięto jeszcze akumulator i radio. Nie czekałem aż zabiorą opony, postanowiłem go sprzedać. Kupca znalazłem w dniu, w którym zamieściłem ogłoszenie. Golf pojechał do Janowa Podlaskiego. Żal mi było tego auta, bardzo się z nim zżyłem…

Proszę sięgnąć pamięcią jeszcze dalej. Chodzi mi o kurs na prawo jazdy i egzamin.

Miałem wtedy 18 lat i byłem fanem rozwiązywania drogowych krzyżówek. Jeśli natomiast chodzi o praktykę, nie było tak, że zanim pojawiłem się na kursie, ani razu nie wsiadłem za kierownicę samochodu. Uczyłem się jeździć zastawą, polonezem, peugeotem i citroenem BX. Świetny model zresztą, podnosiłem go i opuszczałem pneumatycznie, jak tata nie patrzył. Dzięki temu miałem szacunek na osiedlu.

Ale wracając do tematu – kurs wspominam fantastycznie. Miałem świetnego instruktora, Mikołaja. Pamiętam, jak bardzo mnie zdziwił, kiedy już na pierwszych zajęciach wyjechaliśmy poza miasto i pozwolił mi jechać z prędkością 100 km/h. Ale to był dobry szkoleniowiec, wiedział, na co danemu kursantowi może pozwolić. No i taki z wynikami. Egzaminy zdałem za pierwszym razem!

Czym pan teraz jeździ?

Mercedesem GLC, dzięki mojej współpracy z Mercedes-Benz Grupa Wróbel, której jestem ambasadorem. Bardzo sobie go cenię. W ciągu dwóch lat przejechałem nim po polskich i zagranicznych drogach ok. 65 tys. km. Jestem też posiadaczem mercedesa 123, czyli „beczki”. To model, który zjechał z taśmy montażowej w 1985 roku. Jest absolutnie rewelacyjny, wersja nadwozia coupé, biały, w środku „budyń”, z elektrycznie otwieranym dachem i szybami. No i te chromy. A tylne okna opuszczane razem ze słupkiem – wygląda to bajecznie. Kiedy czasami sobie nim jadę, ludzie chcą robić zdjęcia „beczce”, nie mnie. Na co dzień mojego mercedesa 123 można obejrzeć we wrocławskim salonie Grupy Wróbel. To raj dla każdego konesera motoryzacji. Fantastyczna ekspozycja, ogromna przestrzeń i piękne auta – i stare w części muzealnej, i najnowsze – czekające na nowego właściciela.

Nietrudno wywnioskować, że mercedesy darzy pan dużą sympatią. Dlaczego?

To dzięki ludziom, których poznałem podczas mojej wieloletniej już przygody z tą marką. Mam tu na myśli choćby wspomnianego już wcześniej Grześka Gosa. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również wycieczka do fabryki Magna Steyr Mercedesa w Grazu, gdzie produkuje się auta klasy G – w tej manufakturze atmosferę tworzą ludzie. Każdy pracownik kocha to auto i jest dumny ze swojego stanowiska.

Mercedes kojarzy mi się także z niezawodnością. Do mojego GLC dolewam tylko benzynę, nic mi się w nim nie psuje. Z kolei auto klasy G sprawdziło się w ekstremalnych syberyjskich warunkach.

Cenię sobie także komfort. A mercedesy są komfortowe. Lubię nimi jeździć. W ogóle kocham jeździć samochodem. Czuję, że daje mi to wolność, którą tak cenię. Gdybym miał wybierać to, czego musiałbym się teraz pozbyć: komórki czy samochodu, bez wahania wybrałbym telefon!

Czyli nie jest pan zwolennikiem filozofii coraz częściej promowanej przez koncerny motoryzacyjne. Myślę tutaj o jeździe autonomicznej.

Myślę, że wsiadłbym do takiego autonomicznego auta, ale tylko w ramach ciekawostki. Bo nie po to wsiadam do auta, żeby być wożonym. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, w których nie mam możliwości prowadzenia samochodu, ale tylko czasami. Lubię ten moment, gdy naciskam pedał gazu. Po co miałbym sobie tego dobrowolnie odmawiać?

Zapytam jeszcze, kogo, pana zdaniem, można określić mianem dobrego kierowcy.

To człowiek, który tak prowadzi auto, że po 10 minutach jazdy jestem w stanie zasnąć na tylnym siedzeniu.

A pan jest dobrym kierowcą?

Biorąc pod uwagę moją definicję dobrego kierowcy, to chyba nie. Bo jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żebym zasnął podczas prowadzenia auta…

 

Mateusz Damięcki – aktor filmowy, teatralny i serialowy. Karierę rozpoczął jako 10-latek. W 1991 roku zadebiutował w serialu telewizyjnym. Dwa lata później wystąpił w swoim pierwszym filmie pełnometrażowym. Od 1999 roku zagrał na wielkim ekranie wiele ról w polskich i zagranicznych produkcjach. Jest także aktorem dubbingowym.

Na koncie ma role w uznanych i popularnych serialach telewizyjnych emitowanych na antenie czołowych polskich stacji – TVP, Polsatu i TVN. W 2015 roku zagrał także główną rolę w rosyjskim serialu komediowym dla stacji CTC. Równolegle występuje na deskach teatrów.

Damięcki aktywnie promuje działania na rzecz ekologii. Występuje w produkcjach dokumentalnych poświęconych ochronie zagrożonych gatunków fauny i flory, od 2016 roku jest honorowym ambasadorem Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.