Coraz częściej odnoszę wrażenie, że właściciele ośrodków szkolenia to filantropi, którzy prowadzą swój biznes dla dobra publicznego, bez jakiegokolwiek zarobku. A może nie prowadzą biznesu? Może nauka jazdy, czyli przedsiębiorstwo zajmujące się organizacją kursów dla kandydatów na kierowców, to jakaś inna forma działalności?

 


Już od kilkunastu lat zajmuję się szkoleniem kierowców. Przez ten czas nabyłem rozmaite uprawnienia. Od 2001 roku współtworzyłem ośrodek szkolenia kierowców w Poznaniu, zaś w 2006 roku stworzyłem swoją własną szkołę. Powód był prosty. Nie mogłem zgodzić się na mechanizmy, które rządziły poprzednim ośrodkiem. Byłem przekonany, że jakość szkolenia, odpowiedni dobór kadry szkoleniowej, nowoczesna, zadbana flota i profesjonalna infrastruktura to klucz do sukcesu. Chodzi przecież o to, żeby porządnie prowadzić biznes - szkołę nauki jazdy ? i godnie żyć.

Moim zamiarem nie jest wcale chwalenie się swoimi osiągnięciami. Chciałbym tylko położyć szczególny nacisk na słowa „prowadzić biznes- szkołę nauki jazdy”. Moim zamiarem jest, żeby ten artykuł przeczytał każdy właściciel OSK w Polsce. Pomyślał chociaż przez chwilę, co robił do tej pory i jak prowadzi swój biznes.

Dla dobra publicznego

Przez kilka ostatnich lat prowadziłem kursy dla instruktorów nauki jazdy. Z reguły to osoby z uprawnieniami instruktorów stają się właścicielami, kierownikami i często jedynymi pracownikami OSK. Teraz już wiem, że trzeba było wzbogacić program kursu ustalony przez ustawodawcę o zajęcia z prowadzenia biznesu i ekonomii. Teraz już wiem, że kiedy ponownie przymierzę się do organizowania kursu dla instruktorów nauki jazdy, takie zajęcia znajdą się w programie. Może chociaż niektórym otworzy to oczy?

Dlaczego o tym piszę? Bo coraz częściej odnoszę wrażenie, że właściciele ośrodków szkolenia to filantropi, którzy prowadzą swój biznes dla dobra publicznego, bez jakiegokolwiek zarobku. A może nie prowadzą biznesu? Może nauka jazdy, czyli przedsiębiorstwo zajmujące się organizacją kursów dla kandydatów na kierowców, to jakaś inna forma działalności? A może oni tylko obracają pieniędzmi i nigdy nie policzyli tego, czy zarabiają?

Teraz czas na moje pytanie, które coraz częściej zadaję koleżankom i kolegom z branży w rozmowach przy różnych okazjach. Brzmi ono: ludzie (szefowie OSK i instruktorzy), czy wy naprawdę nie chcecie zarabiać?

Dywersyfikacja

Ktoś pomyśli, że jestem zdesperowany, że mi po prostu nie idzie Otóż nie. Radzę sobie nieźle, prowadzę różne szkolenia i kursy. Dywersyfikacja usług pozwala mi prowadzić biznes w sposób przemyślany i planowany. Prowadzenie szkoły jazdy to jedyne moje zajęcie, więc angażuję w nie 100 procent mojego czasu Dlaczego więc zadaję pytanie: ludzie, czy wy naprawdę nie chcecie zarabiać?

Celem mojego artykułu jest wyjaśnienie, dlaczego uważam, że prowadzenie większości OSK to nie jest biznes, tylko jakaś quasi-filantropijna działalność. Napiszę, jak sobie wyobrażam funkcjonowanie szkoły nauki jazdy.

Od kilku dni, a w zasadzie od czasu, kiedy Stowarzyszenie KIEROWCA.PL i firma e-kierowca zaczęły organizować spotkania w sprawie nowej formuły szkolenia bez obowiązkowej części teoretycznej, coraz częściej słyszę dyskusję na temat tego, o ile zmniejszyć cenę kursu. Moim zdaniem szaleństwem jest każda myśl o jakiejkolwiek obniżce cen. Szanowni właściciele OSK, przecież kiedyś musi przyjść ten moment, kiedy pójdziemy wszyscy razem po rozum do głowy i podniesiemy ceny kursów do poziomu, na jakim powinny być od dawna.

Ile to jest? Nie ma tu co dużo liczyć: 30 godzin praktyki * 50 zł brutto dla instruktora + 30 godzin jazdy * 25 zł za paliwo, amortyzację i posiadanie samochodu + 50 % marży dla OSK (z tego trzeba przecież utrzymać infrastrukturę, obsługę biura, no i coś zarobić) = cena mniej więcej 3 tys. zł za samą część praktyczną kursu prawa jazdy kategorii B.

No i teraz już widzę moc argumentów przeciwnych takiemu rozwiązaniu. Przytoczę najpopularniejsze.

„Kursantów nie będzie stać na takie szkolenie!”. Nie jest to prawda! Oczywiście, jeżeli w jednym OSK kurs będzie kosztował 900 zł, a w innym 3 tys. zł, większość wybierze szkołę tańszą. Jeśli jednak wszędzie będziemy mieli ceny w przedziale np. 3 - 3,5 tys. zł (zamiast 900 - 1,4 tys. zł), to ludzie będą wybierać szkoły tak samo, jak do tej pory. Czy wy (drodzy właściciele OSK) naprawdę jesteście tacy naiwni? Myślicie, że innych nie stać na kurs za 3 tys. zł raz w życiu? Przecież ludzie potrafią znacznie większe sumy pieniędzy wydać na korepetycje, kursy językowe czy zwyczajnie papierosy albo inne przyjemności. Jestem święcie przekonany, tej tezy będę bronił, że w obecnie kurs na kategorię B za ok. 3 tys. zł powinien być standardem!

„Podane stawki dla instruktorów i koszty samochody to abstrakcja!” Znowu nieprawda! Kto każe wam płacić instruktorom po 10 zł za godzinę pracy? Przecież jak dostaną pięć razy więcej, to się nie obrażą. Zresztą, jak ktoś będzie chciał, to odda! Wierzę zaś w to, że wówczas bardzo będzie im zależało na tej pracy. Jaki będzie efekt? Nagle OSK dostanie niesamowitych, zmotywowanych i przesympatycznych pracowników. Kto każe wam jeździć starymi, zużytymi samochodami i oszczędzać na każdej części i oponie? Kupicie sobie nowe auta, a kiedy przyjdzie po dwóch ? trzech latach je wymienić, zrobicie to z uśmiechem. Nie z dreszczykiem emocji i pytaniem, czy udźwigniecie kolejny kredyt.

„Istnieją ośrodki, które ponoszą niskie koszty funkcjonowania i mogą szkolić taniej!”. To niech zamiast psuć rynek również sprzedają kurs za 3 tys. zł lub i najwyżej więcej niż inni zarobią. Jeżeli komuś z was, drodzy właściciele OSK z niskimi kosztami, źle będzie z tym, że więcej zarabiacie, to poszukajcie sobie np. jakiegoś utalentowanego zawodnika chcącego ścigać się na motocyklu. Możecie go przecież sponsorować, a on dumnie będzie nosił wasze logo na kombinezonie i dobrze finansowany robił ogromne postępy! Na całym świecie w biznesie o to chodzi, żeby produkt sprzedawać możliwie najdrożej, a koszty minimalizować. Chyba się nie mylę, co?

„To ułuda, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie szkolił taniej!”. No właśnie, może niech szkoli taniej, ale znów przenieśmy poziom ceny kursu z 900 zł - 1,4 tys. zł na 3 - 3,5 tys. zł.

Biznesmen i menedżer

Zachęcam gorąco do intensywnych przemyśleń. Ja na razie próbuję utrzymywać poziom cen zbliżony do okolicznych OSK, ale w większości przypadków są jednak znacznie wyższe. W ramach tej ceny, śmiem twierdzić, że oferujemy wyższy standard. Ale z drugiej strony, nie oszukujmy się - gdyby kursy na kategorię B kosztowały wszędzie tyle, ile proponuję w artykule, standard byłby dużo, dużo wyższy. Czekam niecierpliwie na moment, kiedy w Polsce pozostaną na rynku tylko OSK, dla których prowadzenie szkoły jazdy to biznes, a nie dorabianie do pensji otrzymywanej co miesiąc w innej pracy. Jasne - dorabianie jest fajne, ale dla instruktorów, którzy pracują w ośrodku szkolenia kierowców czasem tylko po kilka godzin tygodniowo. Właściciel szkoły ma być biznesmenem i menedżerem!

W ramkach przy tekście napisałem, jak wyobrażam sobie szefa szkoły jazdy i instruktora. Ciekaw jestem, co wy, drodzy czytelnicy, na to? Czekam niecierpliwie na wasze opinie. Możecie wysyłać je na mój adres e-mailowy: [email protected]

Wszystkich czytelników „Szkoły Jazdy” serdecznie pozdrawiam i przy okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkiego dobrego! Z kolei w następnym roku ? olśnienia dla branży, samych radosnych chwil i przemienienia każdego OSK w Polsce w cudowny biznes!

Właściciel szkoły jazdy - biznesmen posiadający dużą wiedzę w zakresie szkolenia kandydatów na kierowców i kierowców. Zarabia, prowadząc swoją szkołę jazdy i stać go na fajny prywatny samochód lub motocykl (nieprzeznaczony do nauki jazdy), posiada jakieś ciekawe hobby, nie ma problemu z jego sfinansowaniem. Przynajmniej dwa ? trzy razy w roku wyjeżdża i zwiedza świat (oczywiście jeżeli ma ochotę), pracuje po maksymalnie siedem ? osiem godzin na dobę, bo ma pomoc w postaci pracowników biura, menedżera szkoły zajmującego się marketingiem i pracownika technicznego, który dba o flotę i infrastrukturę. Niech wyznacznikiem będzie możliwość odłożenia każdego roku np. 30 tys. zł oszczędności na tzw. przyszłą emeryturę, bo przecież w ZUS wspólnie nie wierzymy!

Instruktor nauki jazdy - człowiek, który nie tylko posiada odpowiednie uprawnienia, ale również dobrze zarabia (ok. 50 zł za godzinę pracy). Zainteresowania instruktora to oczywiście z racji zawodu motoryzacja, ale również coś zupełnie innego, co pozwala na bycie człowiekiem o szerokich horyzontach. Instruktor musi mieć wystarczająco dużo pieniędzy, żeby bez uszczerbku dla rodziny mógł przynajmniej raz na kwartał doskonalić swoje umiejętności. Przeznacza na to ok. 3 tys. zł, bo tyle potrzeba, żeby pojechać na tor wyścigowy i pojeździć motocyklem lub odbyć profesjonalne szkolenie, chociażby w ADAC. Pracuje po osiem, czasem dziesięć godzin dziennie, ale nie we wszystkie dni w tygodniu. Szybko licząc - pracuje w wymiarze np. 180 godzin w miesiącu i zarabia 180*50 = 9 tys. zł (koszt dla OSK). Z tego może również sobie odłożyć jakąś część na tzw. przyszłą emeryturę, więc nie jest gorszy od właściciela OSK. Ponieważ dobrze zarabia, rośnie jego status w społeczeństwie, jest szanowany przez kursantów, ich rodziców i osoby zupełnie postronne. Mając taką pracę bardzo zależy mu na tym, żeby jej nie stracić. Nie widzi problemu w pomaganiu swojemu szefowi przy realizacji planów marketingowych, mających przynieść im korzyść w postaci kolejnych klientów.

mgr inż. Marcin Kukawka, instruktor techniki jazdy, rzeczoznawca samochodowy

Już od kilkunastu lat zajmuję się szkoleniem kierowców. Przez ten czas nabyłem rozmaite uprawnienia. Od 2001 roku współtworzyłem ośrodek szkolenia kierowców w Poznaniu, zaś w 2006 roku stworzyłem swoją własną szkołę. Powód był prosty. Nie mogłem zgodzić się na mechanizmy, które rządziły poprzednim ośrodkiem. Byłem przekonany, że jakość szkolenia, odpowiedni dobór kadry szkoleniowej, nowoczesna, zadbana flota i profesjonalna infrastruktura to klucz do sukcesu. Chodzi przecież o to, żeby porządnie prowadzić biznes - szkołę nauki jazdy ? i godnie żyć.


Moim zamiarem nie jest wcale chwalenie się swoimi osiągnięciami. Chciałbym tylko położyć szczególny nacisk na słowa „prowadzić biznes- szkołę nauki jazdy”. Moim zamiarem jest, żeby ten artykuł przeczytał każdy właściciel OSK w Polsce. Pomyślał chociaż przez chwilę, co robił do tej pory i jak prowadzi swój biznes.


Dla dobra publicznego


Przez kilka ostatnich lat prowadziłem kursy dla instruktorów nauki jazdy. Z reguły to osoby z uprawnieniami instruktorów stają się właścicielami, kierownikami i często jedynymi pracownikami OSK. Teraz już wiem, że trzeba było wzbogacić program kursu ustalony przez ustawodawcę o zajęcia z prowadzenia biznesu i ekonomii. Teraz już wiem, że kiedy ponownie przymierzę się do organizowania kursu dla instruktorów nauki jazdy, takie zajęcia znajdą się w programie. Może chociaż niektórym otworzy to oczy?


Dlaczego o tym piszę? Bo coraz częściej odnoszę wrażenie, że właściciele ośrodków szkolenia to filantropi, którzy prowadzą swój biznes dla dobra publicznego, bez jakiegokolwiek zarobku. A może nie prowadzą biznesu? Może nauka jazdy, czyli przedsiębiorstwo zajmujące się organizacją kursów dla kandydatów na kierowców, to jakaś inna forma działalności? A może oni tylko obracają pieniędzmi i nigdy nie policzyli tego, czy zarabiają?


Teraz czas na moje pytanie, które coraz częściej zadaję koleżankom i kolegom z branży w rozmowach przy różnych okazjach. Brzmi ono: ludzie (szefowie OSK i instruktorzy), czy wy naprawdę nie chcecie zarabiać?


Dywersyfikacja


Ktoś pomyśli, że jestem zdesperowany, że mi po prostu nie idzie. Otóż nie. Radzę sobie nieźle, prowadzę różne szkolenia i kursy. Dywersyfikacja usług pozwala mi prowadzić biznes w sposób przemyślany i planowany. Prowadzenie szkoły jazdy to jedyne moje zajęcie, więc angażuję w nie 100 procent mojego czasu Dlaczego więc zadaję pytanie: ludzie, czy wy naprawdę nie chcecie zarabiać?


Celem mojego artykułu jest wyjaśnienie, dlaczego uważam, że prowadzenie większości OSK to nie jest biznes, tylko jakaś quasi-filantropijna działalność. Napiszę, jak sobie wyobrażam funkcjonowanie szkoły nauki jazdy.


Od kilku dni, a w zasadzie od czasu, kiedy Stowarzyszenie KIEROWCA.PL i firma e-kierowca zaczęły organizować spotkania w sprawie nowej formuły szkolenia bez obowiązkowej części teoretycznej, coraz częściej słyszę dyskusję na temat tego, o ile zmniejszyć cenę kursu. Moim zdaniem szaleństwem jest każda myśl o jakiejkolwiek obniżce cen. Szanowni właściciele OSK, przecież kiedyś musi przyjść ten moment, kiedy pójdziemy wszyscy razem po rozum do głowy i podniesiemy ceny kursów do poziomu, na jakim powinny być od dawna.


Ile to jest? Nie ma tu co dużo liczyć: 30 godzin praktyki * 50 zł brutto dla instruktora + 30 godzin jazdy * 25 zł za paliwo, amortyzację i posiadanie samochodu + 50 % marży dla OSK (z tego trzeba przecież utrzymać infrastrukturę, obsługę biura, no i coś zarobić) = cena mniej więcej 3 tys. zł za samą część praktyczną kursu prawa jazdy kategorii B.


No i teraz już widzę moc argumentów przeciwnych takiemu rozwiązaniu. Przytoczę najpopularniejsze:


„Kursantów nie będzie stać na takie szkolenie!”. Nie jest to prawda! Oczywiście, jeżeli w jednym OSK kurs będzie kosztował 900 zł, a w innym 3 tys. zł, większość wybierze szkołę tańszą. Jeśli jednak wszędzie będziemy mieli ceny w przedziale np. 3 - 3,5 tys. zł (zamiast 900 - 1,4 tys. zł), to ludzie będą wybierać szkoły tak samo, jak do tej pory. Czy wy (drodzy właściciele OSK) naprawdę jesteście tacy naiwni? Myślicie, że innych nie stać na kurs za 3 tys. zł raz w życiu? Przecież ludzie potrafią znacznie większe sumy pieniędzy wydać na korepetycje, kursy językowe czy zwyczajnie papierosy albo inne przyjemności. Jestem święcie przekonany, tej tezy będę bronił, że w obecnie kurs na kategorię B za ok. 3 tys. zł powinien być standardem!


„Podane stawki dla instruktorów i koszty samochody to abstrakcja!” Znowu nieprawda! Kto każe wam płacić instruktorom po 10 zł za godzinę pracy? Przecież jak dostaną pięć razy więcej, to się nie obrażą. Zresztą, jak ktoś będzie chciał, to odda! Wierzę zaś w to, że wówczas bardzo będzie im zależało na tej pracy. Jaki będzie efekt? Nagle OSK dostanie niesamowitych, zmotywowanych i przesympatycznych pracowników. Kto każe wam jeździć starymi, zużytymi samochodami i oszczędzać na każdej części i oponie? Kupicie sobie nowe auta, a kiedy przyjdzie po dwóch ? trzech latach je wymienić, zrobicie to z uśmiechem. Nie z dreszczykiem emocji i pytaniem, czy udźwigniecie kolejny kredyt.


„Istnieją ośrodki, które ponoszą niskie koszty funkcjonowania i mogą szkolić taniej!”. To niech zamiast psuć rynek również sprzedają kurs za 3 tys. zł lub i najwyżej więcej niż inni zarobią. Jeżeli komuś z was, drodzy właściciele OSK z niskimi kosztami, źle będzie z tym, że więcej zarabiacie, to poszukajcie sobie np. jakiegoś utalentowanego zawodnika chcącego ścigać się na motocyklu. Możecie go przecież sponsorować, a on dumnie będzie nosił wasze logo na kombinezonie i dobrze finansowany robił ogromne postępy! Na całym świecie w biznesie o to chodzi, żeby produkt sprzedawać możliwie najdrożej, a koszty minimalizować. Chyba się nie mylę, co?


„To ułuda, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie szkolił taniej!”. No właśnie, może niech szkoli taniej, ale znów przenieśmy poziom ceny kursu z 900 zł - 1,4 tys. zł na 3 - 3,5 tys. zł.


Biznesmen i menedżer


Zachęcam gorąco do intensywnych przemyśleń. Ja na razie próbuję utrzymywać poziom cen zbliżony do okolicznych OSK, ale w większości przypadków są jednak znacznie wyższe. W ramach tej ceny, śmiem twierdzić, że oferujemy wyższy standard. Ale z drugiej strony, nie oszukujmy się - gdyby kursy na kategorię B kosztowały wszędzie tyle, ile proponuję w artykule, standard byłby dużo, dużo wyższy. Czekam niecierpliwie na moment, kiedy w Polsce pozostaną na rynku tylko OSK, dla których prowadzenie szkoły jazdy to biznes, a nie dorabianie do pensji otrzymywanej co miesiąc w innej pracy. Jasne - dorabianie jest fajne, ale dla instruktorów, którzy pracują w ośrodku szkolenia kierowców czasem tylko po kilka godzin tygodniowo. Właściciel szkoły ma być biznesmenem i menedżerem!


W ramkach przy tekście napisałem, jak wyobrażam sobie szefa szkoły jazdy i instruktora. Ciekaw jestem, co wy, drodzy czytelnicy, na to? Czekam niecierpliwie na wasze opinie. Możecie wysyłać je na mój adres e-mailowy: [email protected]


Wszystkich czytelników „Szkoły Jazdy” serdecznie pozdrawiam i przy okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkiego dobrego! Z kolei w następnym roku ? olśnienia dla branży, samych radosnych chwil i przemienienia każdego OSK w Polsce w cudowny biznes!


Właściciel szkoły jazdy - biznesmen posiadający dużą wiedzę w zakresie szkolenia kandydatów na kierowców i kierowców. Zarabia, prowadząc swoją szkołę jazdy i stać go na fajny prywatny samochód lub motocykl (nieprzeznaczony do nauki jazdy), posiada jakieś ciekawe hobby, nie ma problemu z jego sfinansowaniem. Przynajmniej dwa ? trzy razy w roku wyjeżdża i zwiedza świat (oczywiście jeżeli ma ochotę), pracuje po maksymalnie siedem ? osiem godzin na dobę, bo ma pomoc w postaci pracowników biura, menedżera szkoły zajmującego się marketingiem i pracownika technicznego, który dba o flotę i infrastrukturę. Niech wyznacznikiem będzie możliwość odłożenia każdego roku np. 30 tys. zł oszczędności na tzw. przyszłą emeryturę, bo przecież w ZUS wspólnie nie wierzymy!


Instruktor nauki jazdy - człowiek, który nie tylko posiada odpowiednie uprawnienia, ale również dobrze zarabia (ok. 50 zł za godzinę pracy). Zainteresowania instruktora to oczywiście z racji zawodu motoryzacja, ale również coś zupełnie innego, co pozwala na bycie człowiekiem o szerokich horyzontach. Instruktor musi mieć wystarczająco dużo pieniędzy, żeby bez uszczerbku dla rodziny mógł przynajmniej raz na kwartał doskonalić swoje umiejętności. Przeznacza na to ok. 3 tys. zł, bo tyle potrzeba, żeby pojechać na tor wyścigowy i pojeździć motocyklem lub odbyć profesjonalne szkolenie, chociażby w ADAC. Pracuje po osiem, czasem dziesięć godzin dziennie, ale nie we wszystkie dni w tygodniu. Szybko licząc - pracuje w wymiarze np. 180 godzin w miesiącu i zarabia 180*50 = 9 tys. zł (koszt dla OSK). Z tego może również sobie odłożyć jakąś część na tzw. przyszłą emeryturę, więc nie jest gorszy od właściciela OSK. Ponieważ dobrze zarabia, rośnie jego status w społeczeństwie, jest szanowany przez kursantów, ich rodziców i osoby zupełnie postronne. Mając taką pracę bardzo zależy mu na tym, żeby jej nie stracić. Nie widzi problemu w pomaganiu swojemu szefowi przy realizacji planów marketingowych, mających przynieść im korzyść w postaci kolejnych klientów.


 


mgr inż. Marcin Kukawka, instruktor techniki jazdy, rzeczoznawca samochodowy

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0