Aktor lubiany przez samochody

Piotr Cyrwus

– Lubię jeździć dobrymi samochodami. Mało tego, samochody mnie lubią! W trakcie mojej kariery zawodowej na planie aktorskim miałem przyjemność jeździć wieloma autami. Począwszy od mercedesa cabrio z 1939 roku przez żuka skończywszy na motocyklu i ciężarówce – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” znany aktor Piotr Cyrwus.

Jakub Ziębka: Muszę się przyznać, że postanowiłem przeprowadzić z panem rozmowę o samochodach na przekór temu, co przeczytałem. Bo podobno do motoryzacyjnych maniaków się pan nie zalicza.

Piotr Cyrwus: Nie jest to do końca prawda. Bo kto z nas dzisiaj choć trochę nie interesuje się motoryzacją? Prawie każdy posiada dziś samochód, jeździ nim. Ale na pewno motoryzacja nie jest moją pasją. Mam tyle innych, że na kolejną brakuje mi już czasu.

Choć przyznam się do jednego. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taka myśl, żeby kiedyś zrekonstruować stare auto.

Ma pan na myśli jakiś konkretny samochód?

Kiedyś z synem myśleliśmy o maździe cabrio. Ale tak to odkładam i odkładam… Może kiedyś będę miał więcej swobody, wolnego czasu, wtedy się za to zabiorę.

A prowadzenie auta? Czy sprawia to panu przyjemność?

Lubię jeździć dobrymi samochodami. Mało tego, samochody mnie lubią! W trakcie mojej kariery zawodowej na planie aktorskim miałem przyjemność jeździć wieloma autami. Począwszy od mercedesa cabrio z 1939 roku przez żuka skończywszy na motocyklu i ciężarówce.

Mercedesem pojeździłem sobie na planie kanadyjskiej produkcji. Ściągnięto go chyba z Pragi. Miałem także okazję wcześniej przez godzinę go przetestować, jeżdżąc po ulicach Krakowa. A żuka używaliśmy na planie „Śmierci dziecioroba”. Brał również udział w pościgach.

A jakie auto wywarło na panu największe wrażenie?

Był 1982 rok, przebywałem w Stanach Zjednoczonych i tam wsiadłem do porsche. Muszę przyznać, że to było przeżycie! W tamtym momencie nazwałbym je olśniewającym. Zresztą w latach 80. nie trzeba było wiele, żeby Polaka zachwycić. Nawet prowadząc wtedy hondę civic czułem się naprawdę wyjątkowy, poza tym jej technika mnie trochę przerastała. Bo w Polsce miałem okazję jeździć tylko maluchem…

Przyzna pan, że Amerykanie mają specyficzny stosunek do motoryzacji.

Kiedyś mieliśmy w Polsce takiego przywódcę jak Gomułka. On stwierdził, że Polacy nie będą jeździć samochodami, nie budowaliśmy więc tej gałęzi przemysłu. A w Stanach było zupełnie inaczej. Dlatego u nas jeżdżą jeszcze „wyroby samochodopodobne”, a u nich zazwyczaj prawdziwe auta.

Niedawno w książce jednej z polskich reportażystek przeczytałem zabawną historię. Otóż umówiła się ona na spotkanie i postanowiła – co w Ameryce jest dosyć osobliwe – dojść, nie przyjechać do miejsca zbiórki, którym był hotel. Nie było łatwo, ale jej się to udało. Poszła do restauracji i czekała na swojego rozmówcę. Ten w końcu przyjechał, ale zaraz odjechał, bo na parkingu nie stało żadne auto. Jego zdaniem więc nie miała prawa tam się znaleźć. To było głębokie południe USA.

Podobną rzecz zauważyłem, ale dopiero dużo później niż podczas mojego pierwszego pobytu w Stanach, na Florydzie. Chciałem, tak zupełnie po ludzku, gdzieś się przejść. I wtedy zauważyłem, że będzie to trudne. Dlaczego? Tam nie było chodników.

Wróćmy teraz do polskich realiów. Czym pan obecnie jeździ?

Najlepszym, jak do tej pory, samochodem. Mam go zupełnie od niedawna. To toyota RAV4 hybrid. Kupiłem go zresztą w tym samym salonie, Toyota Wałbrzych Nowakowski, co moje poprzednie auto. To też był RAV4, tyle że nie hybryda.

Lubię do tej toyoty wsiąść i po prostu jechać. Podoba mi się jej układ jezdny, jest niesamowicie stabilny, dopracowany. Estetyka też ma znaczenie. To już wysoki poziom. Cieszę się także, że posiada silnik hybrydowy. Dzięki temu podczas jazdy w mieście nie zatruwam tak naszego środowiska. Choć mój zięć ma na ten temat inne zdanie. Mówi, że sama produkcja samochodu już źle wpływa na środowisko naturalne.

Pamięta pan swój pierwszy samochód?

Oczywiście, był to maluch. Dostałem go od ojca. Choć wcześniej jeździłem także dużym fiatem. Pożyczał mi go właśnie ojciec. Gdy rodzina mi się rozrosła, a byłem wtedy młodym aktorem, dostałem w prezencie kolejne auto. Rodzice kupili mi ładę 2107. Jak przyjechałem do Łodzi, do teatru, wszyscy na mój samochód patrzyli z pożądaniem. Bo oni mieli dacie.

A wracając do malucha, jak teraz patrzę na niego, gdy czasami pojawia się na drodze, pojawia się pytanie: jak myśmy mogli nim w ogóle jeździć? A ja pokonywałem tym autem naprawdę długie trasy. Z Łodzi do Krakowa, Poznania, na Podhale. Często z dzieckiem i wanienką w środku.

A jeszcze jak przypomnę sobie, że w środku tego auta paliłem, oczywiście przed narodzinami dzieci, to w ogóle robi mi się słabo…

To na koniec zapytam o kurs na prawo jazdy i egzamin.

Wszystko działo się w Nowym Targu. Uczyłem się jeździć dużym fiatem. Był on w jakiejś totalnej rozsypce. Pamiętam, że instruktor zapalał go śrubokrętem! Więc najbardziej dbałem o to, żeby nie zgasł. Zresztą razem z moim kuzynem Rafałem i kolegą Kazimierzem, z którymi w tym samym czasie się szkoliłem, doprowadzaliśmy instruktora do szewskiej pasji. Bo wyciągaliśmy z tego auta, ile się dało. Ostro rozpędzaliśmy się na tych nowotarskich drogach.

Piotr Cyrwus urodził się w Waksmundzie. W 1985 roku ukończył PWST w Krakowie. Pierwsze kroki na scenie stawiał w Teatrze Polskim w Warszawie. Następnie grał w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, był także związany z Teatrem STU w Krakowie oraz Teatrem Starym. Obecnie można go zobaczyć na scenach Teatru Polskiego i Teatru Kamienica w Warszawie.

Na wielkim ekranie zadebiutował w 1988 roku jako nawigator w filmie „Pomiędzy wilki”. Choć grał w wielu produkcjach, np. w „Panie Tadeuszu” jako Maciej Konewka lub w „Siostrach” jako Zbysio, i tak największą popularność przyniosła mu rola Ryszarda Lubicza w serialu „Klan”.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.