Üdülőterület. Węgrzy się nie spieszą

Budapeszt, most wiszący

To oryginalne słowo z tytułu oznacza „teren wypoczynkowy”, ale dla zmotoryzowanych trochę co innego – „noga z gazu”! Bo nad Balatonem jeździ się wolniej. – Węgrzy nie mają ciśnienia, żeby cokolwiek komukolwiek udowadniać – tłumaczy Polka mieszkająca w Siófok.

Egzamin na prawo jazdy w Budapeszcie podnosi ciśnienie, tak jak Warszawie, Poznaniu czy Krakowie. Branżowe portale informują, że zdawalność teorii od lat utrzymuje się na poziomie 70–75 proc., a jazdę po mieście za pierwszym razem zalicza mniej niż połowa kandydatów na kierowców. Ceny kursu, opłaty, system szkolenia są niemal identyczne jak w Polsce. Jednak obyczaje drogowe już nie.

– Na pewno jeżdżą spokojniej, bardziej kulturalnie. Polacy są agresywni za kółkiem – ocenia Katarzyna Kociuba, współwłaścicielka biura podróży Helka Tours w Siófok. – Węgrzy chętniej kogoś przepuszczą, nie spieszą się. Żyją z turystyki, dlatego też mają więcej zrozumienia dla obcokrajowców.

Uśmiechnij się, ustąp pieszemu

 Katarzyna żartuje, że pierwsze miesiące na węgierskich drogach nie były łatwe. Powód? Rzadko widywała znak D-1, czyli pierwszeństwa przejazdu.

– Jeśli główną drogą dojeżdżamy do skrzyżowania i mamy pierwszeństwo, to ci z prawej i lewej mają znak ustąp albo stop, albo linię ciągłą. A my nie mamy nic! Ten ich znak z tej podporządkowanej drogi, zarośnięty bujną nadbalatońską roślinnością widać tak, że niech ich kule biją. W dodatku pod takim kątem, że nie wiem, co tam napisali. A jak jest z prawej, to ma pierwszeństwo. Co się naklęłam, to moje, co na mnie natrąbili, to też moje.

Przyznaje, że kiedy jeździła autem na polskich „blachach”, korzystała z taryfy ulgowej. Inni uczestnicy ruchu byli dla niej wyrozumiali.

– Ale nawet teraz, jeżdżąc na węgierskich numerach rejestracyjnych, spotykam się z sympatią, uśmiechami – podkreśla. – Idiota zawsze się trafi, to przecież nie zależy od kraju. Ale kultura jazdy jest według mnie wyższa niż w Polsce. Węgrzy nie mają ciśnienia, żeby cokolwiek komukolwiek udowadniać i to się da odczuć na każdym polu.

Południowy luz nie oznacza jednak lekceważenia przepisów. Na przykład ograniczeń prędkości. Są one prawie takie same jak w Polsce: 50 km/h, 90 km/h (poza terenem zabudowanym), 110 km/h (drogi ekspresowe), 130 km/h (autostrady).

– Różnica jest taka, że Węgrzy naprawdę tych ograniczeń przestrzegają – stwierdza Katarzyna. – Szczególnie jeśli chodzi o teren zabudowany, a zwłaszcza miejscowości letniskowe, w których dodatkowo jest wydzielony „üdülőterület”, czyli teren wypoczynkowy. Taki napis oznacza ograniczenie prędkości do 40 km/h. Trochę jak w Polsce strefa zamieszkania.

Mówi też o „zapraszaniu pieszego na pasy”, czyli zatrzymywaniu pojazdu nie tylko wtedy, kiedy przechodzień jest już – dosłownie – na krawężniku. Nawet jeśli stoi na chodniku albo dopiero zbliża się do jezdni, należy mu ustąpić.

Ten dobry obyczaj, znany z niemieckich czy skandynawskich dróg, potwierdza troskę o BRD. I wyjaśnia mniej dramatyczne statystyki wypadków: w Polsce ginie na drogach 80 osób na milion, na Węgrzech 60. Dla bezpieczeństwa wprowadzono również obowiązek jazdy na światłach poza terenem zabudowanym. Przez całą dobę, przez cały rok. W mieście za dnia nie trzeba poruszać się na światłach mijania. Kiedyś nie było to wymagane również na autostradach, ale po burzliwej ogólnonarodowej dyskusji przepisy zmieniono. Z ciekawostek warto odnotować, że na węgierskich drogach obowiązkowym wyposażeniem pojazdu nie są gaśnice, natomiast można dostać mandat za brak kamizelki odblaskowej.

Tokaj nie dla kierowców

 Słono płacić trzeba również za przekroczenie prędkości.

– Radarowe kontrole są częste – opowiada Polka znad Balatonu. – Stoi radiowóz z kamerą w środku. Nie ma obowiązku informowania o pomiarze prędkości. Dużo jest też kamer na drogach, np. na wiaduktach nad autostradami. Miejscowi zwykle wiedzą, gdzie, ale turystom nie radzę ryzykować.

Często sprawdza się również trzeźwość kierujących. Wprowadzono nawet surową normę: 0.00 promila.

– Co wcale nie poprawiło statystyk. Polak – Węgier dwa bratanki. Niestety, za kołnierz nie wylewamy, jeździmy po pijaku – komentuje Katarzyna. – Łatwo stracić prawko. Nawet za parę piw wypitych poprzedniego wieczoru. Policja nie jest skorumpowana, łapówek lepiej nie próbować. Biurokracja jest powolna, ale skuteczna. Węgierski mandat potrafi przyjść do Polski nawet po półtora roku.

Restrykcyjne są również zasady dopuszczania pojazdów do ruchu. Zmieniając tablice ze znaczkiem PL na HU Katarzyna musiała uiścić ok. 1200 zł opłaty celnej i zrobić przegląd techniczny, mimo że jej auto miało ważne badania.

– Na przeglądzie nie ma tak: „Pani Kasiu, pani zmieni te klocki”, pieczątka i w drogę – śmieje się Polka mieszkająca w Siófok. – Jeśli samochód nie spełnia warunków, zatrzymują dowód rejestracyjny. I opłata przepada. Dlatego rozpowszechniony jest system „przedprzeglądów”. Jedzie się do mechanika na wstępną konsultację, żeby mieć pewność, że auto przejdzie diagnostykę.

Nad Balatonem uszczelniono nie tylko system badań technicznych, ale również wydawania uprawnień. Tak jak w większości krajów UE – prawko trzeba odnawiać. Kategorię B standardowo – co dziesięć lat. Osoby po pięćdziesiątce – co pięć lat. Po ukończeniu 60. roku życia co trzy lata. Seniorzy 70+ przechodzą badania co dwa lata lub częściej. Kategorie C, D, E są aktualizowane co pięć lat. Kierowcy po sześćdziesiątce zgłaszają się na badania co dwa lata.

 Jak się wymawia ő-ö-ó

 Z informacji na stronie ministerstwa spraw wewnętrznych oraz cennika na rządowym portalu o nazwie „Administracja” (ugyintezes.magyarorszag.hu) wynika, że opłata za prawo jazdy dla emerytów wynosi 1500 forintów, czyli nieco ponad 20 zł. Ulga obowiązuje także osoby, które ze względu na stan zdrowia muszą odnawiać uprawnienia co rok lub częściej. Natomiast normalna stawka wynosi 4000 forintów (55 zł). Wydanie międzynarodowego prawa jazdy kosztuje na 2300 forintów, a wymiana prawka z innego kraju to wydatek na poziomie 6200. Obywatele krajów UE zrobią to bezproblemowo.

– Oczywiście nie trzeba zdawać egzaminu, a jedynie pójść do urzędu i do lekarza – wyjaśnia Katarzyna. – Lekarza bardzo się bałam, że mi będzie sprawdzał wzrok, a ja nie przeczytam odpowiednio ő-ö-ó. Nie dlatego, że nie widzę, ale dlatego, że nie umiem poprawnie wymówić. A lekarz tylko zmierzył mi ciśnienie – było oczywiście podwyższone – i nadziwić się nie mógł, że w Polsce można dostać bezterminowo prawo jazdy.

Poprawna wymowa głosek ő-ö-ó rzeczywiście może być bardziej stresująca niż urzędowe opłaty. Biorąc pod uwagę aktualny kurs (100 HUF – 1 zł 35 gr) są one zbliżone do polskich. Na przykład za egzamin na kategorię B trzeba zapłacić 4600 forintów (teoria) plus 11000 (praktyka). Kursy na prawko są nieco droższe niż nad Wisłą – trudno zmieścić się w 150 tysiącach forintów, czyli 2 tys. zł. Na portalach dla węgierskich kursantów można znaleźć sporo komentarzy, w których młodzi ludzie skarżą się, że prawko (vezetöi engedély) kosztowało ich 300 tysięcy forintów. Godzina jazdy kosztuje ok. 4500 forintów. Jeśli więc musimy wykupić dodatkowe zajęcia, jeśli mieliśmy kilka poprawek… upragniony dokument kosztuje więcej niż zsumowane miesięczne pensje mamy i taty.

580 kilometrów po mieście

 Ale jeśli jesteśmy pojętnym uczniem, z talentem Roberta Kubicy, nasze prawo jazdy tak bardzo nie obciąży budżetu domowego.

– Nauka plus egzaminy to 160–170 tysięcy forintów – informuje Iwona Halik Koncsosné, której córka właśnie robi kurs. – Część teoretyczna trwa 28 godzin. Jest dwojaki system nauki: w szkole lub samemu, w domu, z materiałów przesłanych online.

Multimedialne szkolenie obejmuje 20 godzin prawa o ruchu drogowym, cztery godziny teorii prowadzenia pojazdu, cztery godziny znajomości konstrukcji pojazdu. Pytań egzaminacyjnych, wielokrotnego wyboru, jest 50. Trzeba zdobyć co najmniej 65 z 75 punktów. Cztery błędy oznaczają brak zaliczenia.

– Kiedyś zdawało się w urzędzie, wypełniając papierowy formularz – wspomina Peter, trzydziestoparolatek ze stolicy Węgier. – Teraz są komputery. Jest szybciej. Od razu znasz wynik.

Córka pani Iwony ma to już za sobą.

– Klari zdała za pierwszym razem – mówi z dumą mama. – Egzamin nie jest trudny, jeśli uczymy się na testach. Szkoła zabezpiecza dwunastogodzinny dostęp do testów próbnych na zajęciach i w domu.

E-learning, kody, nowoczesne rozwiązania informatyczne ułatwiają życie przyszłym kierowcom. Ale z cyfrowego świata trzeba – prędzej czy później – przenieść się do realu. Najpierw na kurs pierwszej pomocy (zaliczenie wykonuje się po wykonaniu dwóch zadań: stabilne układanie na boku, reanimacja), a później na zatłoczone ulice. Szkolenie praktyczne zaplanowane jest na 30 godzin. Ostatnia jest egzaminem.

W urzędowych informatorach znajduje się szczegółowy program: dziewięć godzin jazdy w celu opanowania prowadzenia pojazdu, czternaście godzin po mieście, cztery po autostradzie, dwie godziny jazdy nocnej. Autem z białą literką T na niebieskiej tabliczce zamontowanej na dachu. W sumie kursant musi pokonać co najmniej 580 km.

– W Budapeszcie niełatwo jest przejechać tyle w 30 godzin – żartuje pani Iwona.

Tłumaczy, że młody kierowca zwykle mało czasu spędza na placu manewrowym.

– Pół godziny, może godzinę. Jeśli instruktor uzna, że jest OK, natychmiast wyjeżdża się na ulice – opowiada Polka z węgierskim meldunkiem od kilkudziesięciu lat. – Właściwa nauka manewrowania odbywa się na mniej uczęszczanych ulicach, na parkingach przed blokami.

Rutynowy plac manewrowy

 Manewry są ważne, ponieważ praktyka składa się z egzaminów: technicznego, rutynowego i drogowego (forgalmi vizsgát). A „rutynowy” to nic innego niż plac. Trzeba zaliczyć parkowanie przodem, tyłem i zatrzymanie pojazdu (z prędkości 40 km/h) w wyznaczonym miejscu. Niby łatwe, ale…

– Zawaliłam już trzeci raz. W czasie 10 minut nie udało mi się poprawnie wykonać manewru parkowania. Byłam cała w nerwach. Nogi się trzęsły, zsuwały z pedałów hamulca i gazu – żali się „Noemi 1986” na jednym z węgierskich portali, który opisuje przygody kierowców. – Na kursie szło mi dobrze. Instruktor chwalił. Ale kiedy ktoś siedzi za tobą, kiedy w samochodzie nie jest cicho…

Eva radzi jej, by się jeszcze podszkoliła.

– Poproś instruktora, by wykupił godzinę na parkingu. Płacisz, wymagasz – stwierdza.

Inni sugerują, by zrobiła, czyli kupiła prawo jazdy… na Ukrainie.

Noemi jednak nie zamierza iść na skróty. Ci, którzy zdawali pięć razy i więcej, dodają jej otuchy. „Kiedy ktoś siedzi za tobą” jest marnym tłumaczeniem potrącenia pachołków, lecz przyznać trzeba, że dwie osoby za plecami kierowcy mogą deprymować. Egzamin organizuje OSK (musi zapewnić pojazd, plac, wypełnić dokumentację), ale przeprowadza go specjalista z Nemzeti Közlekedési Hatóság, czyli Krajowego Urzędu ds. Transportu. Obok niego zasiada instruktor. Nie może pomagać, podpowiadać. Po zaliczeniu manewrów na pół godziny wyjeżdża się w miasto.

– Kiedy ja zdawałem, do wylosowania było osiem tras. Oczywiście przed egzaminem ćwiczyło się właśnie te przejazdy – wspomina Peter.

– Nadal tak jest. Losuje się nazwę ulic lub obiektu, do którego trzeba dojechać – potwierdza pani Iwona.

Co ważne – do egzaminu praktycznego można przystąpić po ukończeniu siedemnastu lat. Kurs na prawko kategorii B dostępny jest już pół roku wcześniej. Warunkiem jest ukończenie szkoły podstawowej i orzeczenie o dobrym stanie zdrowia. Od lekarza rodzinnego. Test z przepisów (nazywany KRESZ-vizsgát) może zdawać osoba, która za trzy miesiące skończy siedemnasty rok życia.

Tomasz Maciejewski

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.