Felieton Janusza Ujmy.

Z punktu widzenia fizjologii to naturalna potrzeba człowieka. W senacie rzymskim, po akceptacji Cezara Klaudiusza, można było puszczać bąki do woli. U nas dobre wychowanie zalecało, aby z puszczaniem bąków wyjść za drzwi, a jeśli już się przydarzyło, to należało natychmiast powiedzieć „przepraszam”. Dzisiaj z ław sejmowych słyszymy okrzyki jednych posłów do drugich: „przeproś”! Wyłoniła się grupa dziennikarzy śledczych polujących na świadome lub nieświadome użycie słów, które wymagają przeproszenia. Sięgając również do historycznych czasów wyszukują, kto kogo ma przeprosić i za co. Słowo „przepraszam” jest u nas na topie, choć trudne do wypowiedzenia. Wielu to słowo staje kołkiem w gardle, więc woli puścić bąka nie przepraszając. Puszczenie bąka może nastąpić po cichutku i na głos. Głośny bąk zwany jest pierdnięciem. Bywają pierdzenia o różnej skali i zabarwieniu dźwięku. Powstało nawet powiedzenie: „Jak wół pierdzi, to obora słucha”. Puszczanie bąków i słowo „przepraszam” obecnie jest bardzo modne i wdarło się do codziennego życia, tak do świata artystycznego, jak i politycznego. Prawie codziennie słyszymy, że ktoś puścił bąka, z którego zrodziła się poważna sprawa polityczna. Najlepiej, aby rozpoznać wielkość, cel i zabarwienie politycznego czy artystyczne smrodu przez sąd czy Sejmową Komisję Etyki.


Na przeprosinach można też nieźle zarabiać. Sądy zalecają, aby za puszczenie bąka przeprosić na łamach prasy na odpowiednio dużym formacie ogłoszenia oraz w programach telewizyjnych w porach najwyższej oglądalności . Na dodatek należy zapłacić jeszcze jakąś wysoką grzywnę na zbożny cel. Puszczanie bąków zawsze kojarzyło się ze złym wychowaniem, bywało również tak, że zanim ktoś puścił bąka, nie wychodził za drzwi, tylko z cwaniactwa najpierw mówił „przepraszam”, a potem pierdział uważając, że sprawa jest załatwiona. Niepokojącym zjawiskiem jest to, że takich osobników na co dzień spotykamy, poczynając od głów państwa po ministrów, posłów i wielu innych, zwanych osobami publicznymi, którzy wiedzą, że za spowodowany smród - jako osoby zaufania publicznego - nie będą odpowiadać. Chyba że nakaże im sąd, a ten bez założenia sprawy nie zareaguje.


Przebaczać i przepraszać jest rzeczą ludzką, czego dowiedli nasi biskupi w liście do niemieckich sąsiadów. Przebaczamy: stan wojenny, ACTA, Smoleńsk, że oddaliśmy na nich głos, a tymczasem oni, co im podstawią mikrofon, to puszczają bąka. Wielu polityków przywykło już do ciągłego puszczania bąków… Aby felieton ten nie przerodził się w reportaż, pozwolę sobie odnieść się do naszej ustawy o kierujących pojazdami, która - opracowywana przez siedem lat, przyjęta i ogłoszona z rocznym vacatio legis - została tak sknocona, że musiała zostać przesunięta o dalszy rok. Na początku XXI wieku, gdy dysponuje się rzeszą prawników i urzędników, to skandal! Problem w tym, że nikt nie przyznaje się, kto puścił tego „bąka” i wydał niekonstytucyjne przepisy z superośrodkami kierowców - dopisując za pięć dwunasta konieczność posiadania pojazdów równocześnie do wszystkich kategorii, aby dostać dodatkowe uprawnienia. Powiaty buntują się i oświadczają , że tak smrodliwej ustawy i rozporządzeń nie wprowadzą po kolejnym roku, gdyż już wydanie Karty kandydata na kierowcę jest procedurą skomplikowaną i nieuzasadnioną w dzisiejszych czasach, i wręcz absurdalną. Projektodawca puścił w obieg tak śmierdzącego „bąka”, że trudno ten smród wytrzymać! W uzasadnieniu podaje się, że ta „rewolucja” nie będzie generować żadnych kosztów, a starostowie oświadczają, że na wprowadzenie tego systemu potrzebne są miliony złotych, których dotychczas nikt nie obliczył ani nie ujął w budżetach. Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej nie poczuwa się do winy, obarczając całą odpowiedzialnością dyrektorów wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego i starostów oskarżając ich, że 11 lutego 2012 roku nie wdrożyli reformy i doprowadzili do wywołania chaosu i przeładowania egzaminami swych agend. Obserwując od pół wieku pracę resortu transportu, nietrudno zauważyć, że zawsze grali tam pierwsze skrzypce kolejarze. Departament Transportu Drogowego traktowany był jako piąte koło u wozu i, jak wskazuje doświadczenie, wszelkie nowelizacje tzw. Kodeksu drogowego były radosną twórczością. Nie spotkałem się, aby stamtąd wyszedł akt prawny, który wytrzymałby próbę czasu. Często nie mogłem pojąć, czym kierowali się ludzie odpowiedzialni za porządek w ruchu drogowym. Sprawozdanie z posiedzenia Sejmu RP z 12 stycznia br., zapytania posłów i odpowiedzi sekretarza stanu w MTBiGM Tadeusza Jarmuziewicza unaoczniły obecną politykę resortu w tej kwestii. Politykę, którą w briefingu TVN potwierdza nowy minister Sławomir Nowak. To, co oświadcza wiceminister Jarmuziewicz, naszemu środowisku nie jest znane. Można powiedzieć szok! Dlatego przywołam kilka skróconych zapytań posłów i odpowiedzi tegoż wiceministra odnośnie tej ustawy, które pochodzą ze stenogramu posiedzenia Sejmu z 12 stycznia 2012 roku, strona 176 - 192 (trzecie czytanie projektu ustawy o kierujących pojazdami, Druk 109 i 127). Poseł sprawozdawca Stanisław Żmijan m.in. mówi o potrzebie zmian w ustawie, mówiąc: cyt. „Przedłożony projekt ma na celu przesunięcie terminu wejścia w życie ustawy o kierujących pojazdami uchwalonej w dniu 5 stycznia 2011 r. z dnia 11 lutego 2012 r. na dzień 19 stycznia 2013 r. Zmiany te argumentuje nieprzemyślanymi decyzjami i opieszałością ośrodków egzaminowania i braku odpowiedniego przygotowania kandydatów na kierowców”. Tu właśnie „puścił bąka” i bredził o dyrektywach unijnych, zaprzeczając tym uzasadnieniom, które podano do Dziennika Ustaw nr 30 z 2011 r. Nic o błędach i winnych tego bałaganu. Pozwala sobie nawet użyć słów, że zastosowano „najważniejszą z zasad przy wprowadzaniu nowych regulacji prawnych, zasadę zaufania obywateli do państwa…”. Koń by się uśmiał. Poseł Andrzej Kania z PO mówi m.in.: „Docierające informacje i sygnały rodzą wątpliwości, że gotowość wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego na dzień wejścia tej ustawy w życie, a więc na 11 lutego br., określona w przepisach ustawy, może nie zostać osiągnięta…”. Przypomnę tylko, że z zapowiadanego przez siedem lat tworzenia tajnych testów przygotowano jedynie 1200 pytań . Od posła Krzysztofa Tchórzewskiego z PiS (kiedyś wiceministra, który podpisał sławne osiem zadań na placu manewrowym w starym stylu i umocnił WORD-y) dowiadujemy się, że do tych ustaw jest 20 rozporządzeń o objętości około tysiąca stron, że podobno po polskich drogach „jeździ 20 tys. osób bez prawa jazdy” i pyta: „Dlaczego na krótko przed wyborami resort zmienił koncepcję sposobu przeprowadzenia egzaminu teoretycznego, wprowadzając koncepcję wykorzystania do egzaminu systemu teleinformatycznego właściwie bezprzetargowo budowanego przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych i Hewlett-Packard, co spowodowało konieczność radykalnej zmiany przygotowywanych wcześniej rozporządzeń”. Dalej pyta o podstawy prawne, ile to będzie kosztować, bo autorzy piszą, że NIC! I nadal jeżdżą do naszych krezusów i niby konsultują. Ci sami ludzie nic dobrego dla małych OSK nie wymyślą, bo uważają, że te ośrodki słabo szkolą i wydają tylko lewe zaświadczenia. Taką opinię wyrobiło sobie samo nasze środowisko, myśląc o globalizmie w postaci superOSK. Ten rząd nadal uważa, że jakieś poprawki do ustawy można wnieść na zasadzie wymuszenia na ulicach - jak ACTA czy w reformach służby zdrowia? Poseł Krzysztof Tchórzewski pyta: „Czy rok przed opublikowaniem ustawy nie był wystarczającym czasem do przeprowadzenia akcji informacyjnej? Skąd taka nieudolność resortu?”. Dawny wiceminister tego resortu pyta: A co my mamy powiedzieć? Poseł Maciej Banaszak mówi o żenującej sytuacji w WORD-ach, o prawdziwym szturmowaniu ich przez osoby, które chciały zdać egzamin na starych zasadach. Tę ustawę nazywa bublem, porusza problem samochodów egzaminacyjnych - ich szybkiej wymiany, związanych z tym nieprawidłowości. Janusz Piechociński, koalicjant i najdłużej pracujący poprzednio w Sejmowej Komisji Infrastruktury, bajerował o zasługach i bezpieczeństwie w ruchu drogowym. Jest dobrze zorientowany, gdzie są blaski i cienie, ale jak dotychczas niewiele wniósł do kodeksu drogowego, chociaż miał zdrowe pomysły. Wypowiadali się jeszcze inni posłowie, ale o problemach w ośrodkach szkolenia marginalnie wspomniał jeden poseł. Najbardziej na uwagę zasługuje wypowiedz sekretarza stanu w MTBiGM Tadeusza Jarmuziewicza, który otworzył nam oczy i pokazał, gdzie nasze miejsce w szeregu, co warto sobie zapamiętać! Cytuję: „Najpierw może tytułem uporządkowania informacji, bo odnoszę wrażenie, że wielu z państwa posłów, pytając nie ma za bardzo świadomości kształtu zorganizowania rynku szkoleń i egzaminowania w Polsce. Przed laty wzorem innych krajów podjęliśmy decyzję, że szkolenie jest w zakresie komercji. Niektórzy z państwa pytali, co się dzieje z cenami. Tu państwo nie interweniuje. Jeśli ktoś jest w stanie szkolić za 900 zł, to szkoli za 900. Jeśli ktoś chce szkolić za 2 tys., to szkoli za 2 tys. Szkolenie kandydatów na kierowców odbywa się absolutnie w sferze komercyjnej, czego państwo się w ogóle nie dotyka”. Dalej wiceminister T. Jarmuziewicz odpowiada posłom, że tam, gdzie już chodzi o uzyskanie prawa jazdy, wkracza państwo i licencjonuje i ustala ceny. Uważa, że jest to zaszłość i obecnie państwo przekazało odpowiedzialność WORD-om i marszałkom województw w liczbie 49 jednostek. Rola ministra wg tej ustawy jest żadna poza ustalaniem cen egzaminów, które od siedmiu lat są niezmienione, oraz jednakowych kryteriów egzaminowania. Państwo, a w tym minister MTiGM, egzaminami się nie zajmują - stwierdza, że od tego są WORD-y. I co na to panowie i panie zajmujący się tą branżą? Zapraszam do przeczytania całego stenogramu i ostrzegam przed puszczaniem w obieg następnych bąków. Nasze organizacje pozarządowe też w niektórych miejscach puściły bąka i to bardzo smrodliwego. Jak dotychczas nikt do tego się nie przyznał i nie przeprosił.


 

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0