Nikt nie lubi zmian, ale najważniejsze to mieć plan. Dobrze o tym pomyśleć na początku roku.

Na co często kursanci narzekają? Że kurs trwa za długo, że czekają na egzamin, że… często mają lekcje z co rusz to innym instruktorem. Właśnie. Dlaczego to ma aż takie znaczenie i tak mocno przeszkadza przyszłemu kierowcy? Ktoś mógłby powiedzieć, a bo takie ma widzimisie, jednego instruktora zwyczajnie się lubi, innego mniej lub wcale, ale też nie o to chodzi. Kursanci nie lubią zmian, ponieważ nowy instruktor oznacza znowu nowy sposób nauczania, do którego kursant musi się na nowo przyzwyczajać. To sformułowanie „nowy sposób nauczania” będzie kluczowe.


Dobrze. Jak to wygląda w praktyce? Powiedzmy 25. godzina. Lekcja na placu. Instruktor widzi, że niekoniecznie prawidłowo wychodzi jazda po łuku. Jak reaguje? Mówi: - Dobrze, proszę zapomnieć, jak to pan/pani do tej pory robił/robiła, ja mam tu lepszy sposób. Lepsze jest jednak często wrogiem dobrego jak wiadomo i w głowie kursanta, który właściwie powoli kończy naukę, albo jest już nawet na dodatkowym szkoleniu, dopiero teraz robi się, przepraszam za określenie, zamęt totalny. Zamiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle wyjeżdżać tyłem z łuku za każdym razem, kursant zaczyna np. wpadać na pachołki, co na tym etapie już mu się nie zdarzało. Też bym się zaczął o siebie bać. Ale próbuje nadal, bo przecież instruktor zapewnia, że tym sposobem to wszyscy wyjeżdżają. To czemu mi nie wychodzi? Jestem gorszy? A przecież miałem zdać za pierwszym razem…


To jest bardzo poważny problem, który objawia się właśnie późniejszą niechęcią kursanta do zmiany nauczyciela. Problem braku elastyczności do metod nauczania. Nie można żyć w przeświadczeniu, że nasza metoda jest, jak to było w filmie „Dzień świra” - „najmojsza”. Wręcz przeciwnie, im więcej różnych sposobów znam, tym jestem lepszym instruktorem. Oczywiście mogę, a nawet powinienem mieć jedną w moim odczuciu najlepszą, ale muszę wiedzieć, jak wyglądają inne metody, żeby zwyczajnie móc je w razie czego komuś wytłumaczyć. Ot w takiej prostej, codziennej sytuacji z placu trzeba na początek powiedzieć: - Proszę za pierwszym razem samemu spróbować jazdy po łuku i pokazać mi, jakim sposobem pan/pani to wykonuje.


Bardzo uważnie obserwujemy, na co kursant patrzy, czym się kieruje i jeżeli zadanie nie wychodzi, działamy w obrębie tej jego metody, a nie wprowadzamy naszą nową, żeby zauważone błędy skorygować. Ale żeby je zauważyć, musimy być właśnie zorientowani w różnych metodach. Odwrotnie postępujemy tylko w przypadkach, gdy kursant nie ma swojej wyuczonej metody np. na wspomnianą jazdę po łuku, tylko próbuje po omacku odnaleźć się w przestrzeni lub gdy, powiedzmy, zmienił szkołę jazdy i wciąż jeszcze nie zdążył ukształtować jednego sposobu. Wtedy najlepiej zacząć od początku, ponieważ kursant jest otwarty na nowe metody, no i wykluczamy element, jak to nazwałem wyżej, „zamętu totalnego”.


Powstaje kolejny kłopot. Gdzie i w jaki sposób instruktor może nauczyć się innych sposobów na manewry, skoro dąży się do wypracowania jednej niezawodnej i najlepszej? Najszybciej z codziennej pracy, obserwując kursantów na szkoleniu dodatkowym, ponieważ to oni są skarbnicą metod, jakie stosują inni instruktorzy. Potem taki podpatrzony sposób można, a nawet należy wypróbować samemu, niekoniecznie na placu, tylko zwyczajnie przy okazji parkowania. Chodzi o to, żeby rozszerzyć swoje pole widzenia, aby błyskawicznie wychwycić błąd kursanta. Bo skoro ja wiem, na jakie punkty należy patrzeć, żeby manewr się udał, czy też na jakie punkty można patrzeć, aby manewr również się udał, to będę potrafił szybko nakierować przyszłego kierowcę na właściwe tory. Odwrotnie się nie da…


Tu najlepszy przykład to słynna „koperta”, na którą jest tyle metod, ilu instruktorów. Jeżeli kursantowi wychodzi za każdym razem swoim (czyt. wyuczonym, nie własnym) sposobem, nie zmieniajmy tego. Tylko jeżeli spogląda na przykład w lewe lusterko, to musimy wiedzieć, co on tam widzi, że pozwala mu to wjechać poprawnie i jeżeli o czymś zapomni, zaraz jesteśmy w stanie trafnie mu podpowiedzieć i wytłumaczyć. Nie możemy natomiast pozwolić na sytuacje, w których metoda kursanta jest w jakimś stopniu niebezpieczna dla ruchu, np. gdy przy cofaniu nie spogląda do tyłu, co przecież na parkingu bardzo łatwo może skończyć się kolizją z pieszym. W takich przypadkach musimy reagować i uświadomić kursanta o istnieniu tego typu zagrożeń.


Jeszcze jedną przyczyną niechęci przed zmianą instruktora jest brak konkretnego sprecyzowanego planu szkolenia. W takim przypadku najszybciej zamęt, o którym dzisiaj już było, osiąga wspomniany totalny poziom. Wystarczy podzielić wiedzę z kodeksu ruchu drogowego na kilka prostych haseł, a każde hasło to osobna lekcja. Zapoznanie się z prowadzeniem pojazdu, skrzyżowania zwykłe, ronda, jazda poza terenem zabudowanym, autostrada, zawracanie na skrzyżowaniach, parkowanie, możliwości jest całe mnóstwo. Niestety na ten wątek nie zwraca się szczególnie uwagi, szkoląc przyszłych instruktorów, wychodząc z założenia, że każdy przecież jest kierowcą i wie, jak tę wiedzę przekazać.


Podobnie jak w szkole nie można najpierw nauczyć się obliczać funkcje, a potem dopiero przejść do dodawania i odejmowania, tak w nauce jazdy również wszystko musi być systematycznie uporządkowane. Zmiany instruktorów powodują u kursanta poczucie chaosu, ponieważ np. na poprzedniej lekcji poruszał się po rondach, nie znając jeszcze zasad pierwszeństwa na zwykłych skrzyżowaniach, a na następnej z nowym instruktorem znowu uczy się czegoś innego. Dobrze jest, jeżeli kierownicy ośrodków nadzorują pracę instruktorów pod kątem tego, czy istnieje jeden uniwersalny plan szkolenia, który rozwiązuje ten problem.


Nowy instruktor wsiada do samochodu z nowym kursantem, spogląda w jego kartę i widzi: piąta lekcja, tzn. dzisiaj ronda. Ponieważ wie, że na poprzedniej kursant na pewno poznał zasady na pozostałych typach skrzyżowań, a np. następna lekcja według tego planu, bez względu na to, który z instruktorów ją poprowadzi, to będzie jazda poza terenem zabudowanym z włączeniem autostrady. Można więc nawet kursanta poprosić o przygotowanie się teoretyczne do tej lekcji. Zresztą z biegiem czasu uczniowie sami zaczynają się dopytywać, jaki będzie następny temat. Już nawet na etapie szkolenia teoretycznego można wspomnieć, jaki jest plan, że nasi instruktorzy według niego uczą i już ukierunkowywać teorię na potrzeby tych tematów, czyli co z ogromnego oceanu teorii będzie szczególnie potrzebne w praktyce. Bez jednego usystematyzowanego planu nie jest to możliwe.


Każdego nowo zatrudnionego instruktora należy zapoznać z tymi etapami, najlepiej pokazać mu taką lekcję, wcielając go w rolę kursanta. Wtedy wszystkie ewentualne błędy, których kierowca i instruktor nie powinien już popełniać, wyjdą na jaw, tylko z korzyścią dla wszystkich stron. Już nawet nie chodzi o kontrolę tego, w jaki sposób instruktor będzie przekazywał tę wiedzę, przecież każdy ma inny charakter. Chodzi o to, aby każdy wiedział, że na tej lekcji ma np. wprowadzić kursanta w świat zasad na zwykłych skrzyżowaniach z pominięciem rond, bo ich dotyczyć będzie lekcja następna. Jak to wytłumaczy, to jest sprawa drugorzędna, a kursant będzie miał czas skupić się na jednym temacie, bez rozmieniania się na drobne. Taka metoda jest znacznie bardziej skuteczna, niż dotykanie różnych tematów podczas jednej lekcji. Tego typu rozwiązanie pomaga i kursantowi, i instruktorowi, bo i jeden, i drugi mają poczucie procesu szkolenia, który musi trwać i który składa się z poszczególnych elementów, etapów wtajemniczenia. A musimy pamiętać, że nie ma nic gorszego od nauki jazdy, która jest tylko jazdą.


Grzegorz Lament, instruktor


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0