Pierwsze zajęcia praktyczne

Bohaterowie naszego cyklu odbyli już zajęcia teoretyczne. Dla niektórych oznaczały one tylko podpisanie karty zajęć, dla innych były szansą zaznajomienia się z przepisami ruchu drogowego. Każdy z nich z niecierpliwością czeka na swoją pierwszą jazdę w aucie szkoleniowym pod okiem instruktora.

Chłopak z bogatego domu czeka na swojego instruktora pod własnym domem. Głupotą byłoby wybranie szkoły jazdy, która nie oferuje usługi odbierania i odwożenia we wskazane miejsce. Samochód szkoleniowy zatrzymał się przed furtką, chłopak raźnym krokiem podszedł do samochodu. Zdziwił się trochę, że na miejscu kierowcy siedzi inny kursant, a obok niego instruktor.

Strata czasu

Chłopak, który dotąd kierował, wysiadł z auta, ustępując miejsca naszemu bohaterowi, i zajął miejsce z tyłu pojazdu. Ten usiadł za kierownicą lekko speszony i przerażony. Instruktor się przywitał, zapytał: „jeździłeś już kiedyś?”. Odpowiedź brzmiała: „nie”. Instruktor ze stoickim spokojem oznajmił, że w takim razie muszą się przesiąść.

Tak też zrobili. Instruktor zajął miejsce za kierownicą i zapytał kursanta z siedzącego z tyłu, czy ma go wysadzić na mieście, a może pod domem. Chłopak oznajmił, że za pół godziny ma zajęcia na uczelni. Właśnie w tych okolicach chciałby wysiąść. Pojechali więc pod wskazany adres. Zajęło im to prawie pół godziny. Dopiero po tym czasie instruktor zaczął naszemu bohaterowi szukać spokojnego placu lub uliczki, gdzie mogliby zacząć pierwsze zajęcia praktyczne.

Chłopiec nerwowo zerka na zegarek i myśli: „mam teraz dwie godziny na naukę”. Instruktor w trzech zdaniach opowiada gdzie, co i jak działa w samochodzie. Każe się przygotować do jazdy. Tak właśnie rozpoczęła się nauka ruszania, skręcania, zmiany biegów. Po kilku minutach padło polecenie: „wyjeżdżamy, bo jedziemy po kursantkę, którą musimy odebrać z drugiego końca miasta”. Chłopak jest przerażony. Ale co może zrobić? Musi jechać. Wtedy przychodzi mu do głowy myśl, że takie podjeżdżanie po kursantów i ich odwożenie to strata jego czasu podczas kursu. Na pewno nie wygoda…

Teoria na łuku

Drugi bohater cyklu, zmuszony do zdobycia prawa jazdy, już przed pierwszymi zajęciami miał przygotowane dokumenty o zakończeniu kursu. Instruktor wystawił mu kartę na zajęcia uzupełniające i zapytał, czy już jeździł. Mężczyzna nigdy nawet nie próbował usiąść za kierownicą, bo nie ciągnęło go do samochodów. Robi to, bo musi. Instruktor, wyraźnie zirytowany, pokazuje, gdzie znajdują się pedały, jak się je obsługuje. Tłumaczy, powodując tym przerażenie kursanta.

Pracownicy szkoły jazdy, w której odbywa się kurs, mają zwyczaj uczenia na pierwszej godzinie jazdy poruszania się po łuku. Problem w tym, że nasz bohater nie umie nawet uruchomić samochodu, nie mówiąc o skręcaniu i panowaniu na pojazdem. Dwie godziny na placu mijają szybko. Sama jazda trwała 30 minut, ponieważ instruktor opowiadał o wszystkich światłach w pojeździe, przyciskach, dźwigniach, płytach, wymianie opon. Oczywiście kursant ani jednej próby pokonania łuku nie wykonał poprawnie. Co na to instruktor? „Pozostaniemy na placu tak długo, aż się pan nauczy” – powiedział.

Miło, kulturalnie, kompetentnie

Z kolei studentka politechniki wybrała szkołę jazdy bardzo starannie. Była pewna, że pierwsze godziny jazdy będą super. Instruktor podjechał w miejsce, gdzie kursanci zaczynają i kończą jazdy. Zaprosił dziewczynę, żeby usiadła na miejscu pasażera. Pojechali w miejsce odpowiednie do rozpoczęcia nauki. Przesiedli się, instruktor zaczął pokazywać, jak prawidłowo ustawić fotel, lusterka, zapiąć pasy bezpieczeństwa. Prosto wytłumaczył zasady ruszania samochodem, gdzie kierować wzrok, jak prawidłowo operować kierownicą i dźwignią zmiany biegów.

Nasza bohaterka zadała kilka pytań, na które otrzymała wyczerpujące odpowiedzi. Całość zajęła instruktorowi kwadrans. Dziewczyna zaczęła naukę. Ruszała, zatrzymywała się, żeby wyczuć pedały. Skręcała i uczyła się zmieniać biegi. Po kwadransie instruktor zagadał kursantkę i niepostrzeżenie dla niej znaleźli się na mało ruchliwej ulicy. Była szczęśliwa i dumna z siebie, że już sama jedzie po mieście. Po skończonej pierwszej godzinie nauki praktycznej kursantka podpisuje się na karcie zajęć i dziękuje za jazdy.

Obiecujący wstęp

Czwarta bohaterka naszego cyklu, czyli przerażona licealistka, podchodzi nieśmiało do samochodu szkoleniowego. Przedstawia się, wsiada do auta. Instruktor również prosi o zajęcie miejsca na fotelu pasażera, zabiera ją na duży, pusty o tej godzinie parking, należący do jednej z sieci handlowych. Właśnie w tym miejscu jeszcze kilka innych szkół jazdy uczy się ruszać oraz parkować. Instruktor z uśmiechem oznajmia: „proszę się nie bać, nie stresować”. Nasz bohaterka pomyślała: „skoro inni się uczą, to ja też dam radę”.

Instruktora znała już z wykładów. Wydawał się jej surowy i bardzo skrupulatny. Naukę jazdy zaczęli od kilku słów wstępu oraz ruszania, skręcania, zatrzymywania się. Tak przez około pół godziny. Następnie instruktor oznajmił, że jadą na miasto. Nasza bohaterka zatrzymała samochód i powiedziała: „nigdzie nie jadę, boję się”. Instruktor uśmiechnął się i łagodnym tonem poprosił, żeby ruszyła. Uspokoił, że pojadą spokojnymi uliczkami. Wszystko po to, żeby już od pierwszej lekcji uczyła się jazdy wśród prawdziwego ruchu samochodowego. Dziewczyna ruszyła i poszło pięknie. Była z siebie tak dumna, że z radości o mało nie rzuciła się instruktorowi na szyję.

Marcin Zygmunt, instruktor nauki i techniki jazdy

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.