Szkolenie przyszłych kierowców w ramach zajęć lekcyjnych proponuje radny z Białegostoku. To tylko przedwyborcze hasło czy pomysł wart realizacji?


O powszechnym systemie nauki jazdy marzy Wojciech Koronkiewicz, do niedawna kandydat SLD na prezydenta Białegostoku. We wrześniu zrezygnował z ubiegania się o najważniejszy urząd w mieście, zmienił komitet wyborczy, lecz z pomysłu, który wywołał burzę wśród OSK na Podlasiu, rezygnować nie zamierza.
– Wiem, co mówią o mojej inicjatywie. Czytam komentarze w stylu: „O, znalazł się kolejny, który by tylko rozdawał i obiecywał” – mówi „Szkole Jazdy” Koronkiewicz. – Jak już przedwyborcza gorączka spadnie, spokojnie przedstawię pomysł radzie miasta.

 Genialnie prosty pomysł


 Radny podkreśla, że nauka przepisów ruchu drogowego i kurs udzielania pierwszej pomocy w szkole to nic nowego.
– Skoro można to robić w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii czy Kanadzie, dlaczego nie u nas? – pyta retorycznie Koronkiewicz. – Korzyści z takiego szkolenia są oczywiste: znajomość zasad BRD, umiejętność udzielenia pomocy poszkodowanym w wypadkach, lepsze przygotowanie do roli kierowcy.

Zwraca uwagę na dramatyczne statystyki wypadków drogowych w Polsce. Ale też na oczekiwania pracodawców.
– O co szef firmy pyta absolwenta szkoły, potencjalnego pracownika? Między innymi o uprawnienia do prowadzenia pojazdów – stwierdza Koronkiewicz. – Cena kursu na prawko dla młodego człowieka jest poważną przeszkodą. A znalezienie kilku etatów dla instruktorów, którzy pracowaliby w białostockich szkołach, raczej problemem by nie było. Rozwiązanie genialnie proste. Nie wiem, dlaczego – nie tylko na Podlasiu, ale w całej Polsce – nie zostało jeszcze wprowadzone.

Zapowiada interpelację do prezydenta miasta w tej sprawie. Chce zapytać o kwestie finansowe i prawne. Koronkiewicz nie ukrywa, że zainspirował go Zespół Szkół Mechanicznych w Białymstoku, gdzie kursy na prawo jazdy odbywają się w ramach programu nauczania.
– Uczniowie „Mechaniaka” mają możliwość, dlaczego inni nie? – pyta radny. – To nie jest tak, że pomysłowy Dobromir wymyślił… i się mądrzy. Takie szkolenia, w ramach systemu edukacji, odbywają się w wielu krajach.

Smartfon cenniejszy niż prawko


 „Mechaniak” to renomowana białostocka szkoła. I rzeczywiście jej uczniowie mogą w ramach lekcji zdobyć uprawnienia kierowcy.
– Ale tylko wybrane klasy, wybrane zawody mają to w programie. Pan radny chyba nie do końca przeczytał szkolne dokumenty. Uogólnił, uprościł – ocenia Krzysztof Czerech, zastępca dyrektora Zespołu Szkół Mechanicznych Centrum Kształcenia Praktycznego nr 2. – Mechanik, elektromechanik, technik mechanik… Profesje związane z motoryzacją obligatoryjnie mają przedmiot „przepisy ruchu drogowego” i naukę jazdy, która kończy się egzaminem.

Pomysł, by szkolić na kierowców wszystkich uczniów, ocenia sceptycznie.
– Po co? Skoro na przykład operator obrabiarek może być bardziej zainteresowany zdobyciem uprawnień na wózki widłowe, a nie na samochód –  stwierdza zastępca dyrektora ZSM. – Przecież nie wszystkie nastolatki chcą prawko. Kiedyś tak było, teraz trendy są odwrotne: rowery, komunikacja miejska, pociąg. Wielu uczniów zamiast kursu na prawo jazdy w prezencie wolałoby otrzymać fajnego smartfona albo pojechać gdzieś za granicę. Prawko, samochód to dla nich drugorzędne sprawy – przekonuje pedagog.

Właściciele OSK w Białymstoku również ostrożnie oceniają inicjatywę radnego Koronkiewicza. Mimo że powszechna nauka jazdy w liceach, technikach, szkołach branżowych mogłaby oznaczać większą liczbę klientów, dodatkowe godziny pracy instruktorów, wyższe zarobki.

Dodatkowe godziny dla Janusza i Grażyny


 – Pomysł dobry, obawiam się jednak, jak wyglądałoby to w praktyce. Czy nie byłoby tak, jak z wychowaniem do życia w rodzinie? Prowadzą to przypadkowe osoby, bo kilka godzin brakuje jakiemuś Ryśkowi, Januszowi czy Grażynie do pełnego etatu – komentuje z humorem Jarosław Onacewicz, który 23 lata prowadzi Ośrodek Szkolenia Kierowców „Jaron”. – Albo byłoby tak, jak z religią, że zajęcia są, ale bez ocen. Uczniowie je lekceważą.

Dodaje jednak, że edukacja drogowa w programie szkolnym sprawdziła się m.in. w Anglii. I że w Polsce przed laty pojawiały się już podobne inicjatywy zmian systemowych.
– To mogłoby podnieść poziom szkolenia, bo wiadomo, jak to teraz wygląda w niektórych OSK. Dają płytkę CD, uczą pod egzamin – stwierdza Onacewicz. – Jeśli jako branża nie potrafimy się dogadać w kwestii cen minimalnych i pewnych standardów, to może ustabilizujemy sytuację, umieszczając naukę jazdy w ogólnym systemie edukacji.

Mówi, że wolnorynkowe reguły w systemie szkolenia kierowców nie do końca się sprawdziły. Wyścig cenowy spowodował, że instruktorom oferuje się 12 zł za godzinę. Gdyby uczyli przedmiotu „przepisy drogowe”, mieli np. pół etatu w placówce oświatowej, zarobiliby więcej.
– Fachowcy nie będą pracować za grosze. Doktorów Judymów pan nie znajdzie. Każdy ma żonę i wydatki – żartuje instruktor.

Stabilna posada belfra od przepisów drogowych nie pociąga Szczepana Łagody, który w Białymstoku prowadzi OSK „Szał”.
– Połówki czy ćwiartki etatów mnie nie interesują. Mam co robić. Nie chciałbym się rozdrabniać w zawodowej działalności – stwierdza Łagoda. – Nauka jazdy w szkołach nie jest dobrym rozwiązaniem, m.in. dlatego, że wydłużyłby się czas trwania kursu. Niepotrzebnie.

Podkreśla przy tym, że gorąco popiera wczesnoszkolną edukację dla bezpieczeństwa.
– A kolejne etapy, przygotowanie do roli uczestnika ruchu drogowego, powinny odbywać się w OSK – stwierdza Łagoda.

Rowerzysta proponuje, instruktorzy oceniają


 Inicjatywę Koronkiewicza określa jako niegodną poważnej dyskusji. Prognozuje, że powszechna nauka jazdy w szkołach pozostanie tylko przedwyborczym hasłem.
– Pan radny już różne rzeczy wymyślał – ironizuje Łagoda. – Ekspertem w naszej dziedzinie na pewno nie jest. Prawa jazdy nie ma. Całe życie jeździ rowerem i to jeszcze niezgodnie z przepisami. Ostatnio zwróciłem mu uwagę, że po przejściu dla pieszych rower się prowadzi. Jemu szkolenie z przepisów na pewno by się przydało – ironizuje właściciel OSK „Szał”.

Mniej złośliwy jest Jan Owsieniuk, właściciel OSK „AS Jazdy”. Mówi, że chętnie prowadziłby zajęcia w szkołach. I że naukę przepisów drogowych, zasad BRD i pomocy przedmedycznej można zaplanować na więcej niż 30 godzin (standardowy kurs teorii w OSK). Kurs rozszerzony oznaczałby większe kompetencje przyszłych kierowców.
– Biorąc pod uwagę statystyki wypadków, takie zajęcia wydają się bardzo potrzebne – ocenia Owsieniuk. – Oczywiście pojawia się problem finansowania. A jeszcze ważniejsze wydają mi się kwestie organizacyjne: opracowanie programu nauczania, przygotowanie szkół. Żeby wprowadzić nowy przedmiot, potrzebne byłyby też zmiany w prawie.

Zastanawia się, jakie byłoby stanowisko Ministerstwa Edukacji Narodowej. I w której klasie można by zaproponować nowy przedmiot pt. nauka jazdy. Analizuje system kształcenia po ostatniej reformie.
– Czwarta klasa w liceum to przygotowanie do matury. W trzeciej też jest dużo nauki. Uczniowie, generalnie, są przeciążeni. Czy chcieliby siedzieć w ławkach choćby jedną dodatkową godzinę tygodniowo? – pyta sam siebie Owsieniuk.

Ten, który rzucił pomysł wprowadzenia nauki jazdy do szkół, uspokaja: nikt nie zmuszałby maturzystów do studiowania przepisów drogowych.
– Zajęcia miałyby charakter fakultatywny. Zainteresowane szkoły, klasy zgłaszałyby chęć udziału w programie, oczywiście po konsultacjach z rodzicami uczniów – wyjaśnia Koronkiewicz.

W szkole taniej niż w OSK


 Czy przeliczał już swój pomysł na etaty pedagogiczne? Czy szacował inne koszty, np. zakupu wyposażenia, oprogramowania? Jeśli za szkolenie nie płaciliby młodzi kursanci, całość musiałby sfinansować samorząd.
– Nie znam szczegółowych danych. Takie wyliczenia może opracować wydział oświaty. Właśnie w tej sprawie będę pisał do prezydenta Białegostoku – tłumaczy radny. – W „Mechaniaku” instruktor ma chyba 0,7 etatu. W innych szkołach pewnie byłoby podobnie. A może osoba z pełnym etatem obsługiwałaby dwie placówki? To wszystko jest do uzgodnienia.

Zwraca uwagę, że koszty kursu organizowanego dla uczniów – w ogólnym rozrachunku – byłyby niższe niż ceny wolnorynkowe. Bo szkoły posiadają infrastrukturę: sale wykładowe, komputery, miejsca na place manewrowe.

Wicedyrektora Zespołu Szkół Mechanicznych to nie przekonuje.
– Szkolnictwo zawodowe jest niedofinansowane. Mamy inne ważne wydatki, więc prawko dla wszystkich jest niepotrzebne. Pomysł pana Koronkiewicza wydaje mi się niezbadany, nieprzemyślany – komentuje dyplomatycznie Krzysztof Czerech. – Edukacja dla bezpieczeństwa jest w programie nauczania. Można rozszerzyć część związaną z ruchem drogowym, BRD. Po co wyważać otwarte drzwi?

– Wychowania komunikacyjnego nigdy za dużo. Powinno zaczynać się w przedszkolu, obejmować kolejne etapy edukacji, różne typy szkół – przekonuje Jan Owsieniuk.

– Nie wiem, czy wszystkie szkoły poradziłyby sobie z kursem na prawo jazdy. W samochodowych, mechanicznych już to jest. I wystarczy – podtrzymuje swoją opinię właściciel OSK „Szał”.

– A ja bym chętnie poprowadził zajęcia w szkołach. Jestem inżynierem samochodziarzem, nie mam przygotowania pedagogicznego, ale chętnie bym uzupełnił wykształcenie – deklaruje Jarosław Onacewicz z ośrodka Jaron. – Wydaje mi się, że większość instruktorów byłaby zainteresowana. Nowe rozwiązania systemowe korzystnie wpłynęłyby na środowisko. Zmotywowały nas. Pobudziły.

Tomasz Maciejewski
Jakub Ziębka felietonista z działu
Shopping Cart
Koszyk jest pusty
Razem
0,00 
0