Kursant zataja chorobę, instruktor musi szkolić

32-latek robiący kurs na motocykl prawdopodobnie dostał podczas jazdy ataku epilepsji, rozpędził się i wjechał w samochód osobowy. Zginął na miejscu. W szkole jazdy nie wiedziano, że kursant jest chory. Takich sytuacji jest więcej. Kto za to odpowiada?

Do wypadku doszło w listopadzie w Lublinie. 32-latek od kilku lat miał prawo jazdy na samochód. Postanowił zrobić uprawnienia na motocykle. Do końca kursu zostało kilka godzin. Jadąc nie zatrzymał się na czerwonym świetle. Uderzył w citroena berlingo i zginął na miejscu. Kierowca osobówki został poważnie ranny. Świadkowie zeznali, że motocyklista nagle wystrzelił do przodu, a przed osobówką nawet nie hamował. Instruktor wzywał przez słuchawki, żeby kursant się zatrzymał. Nie pomogło.

Choć instruktor trzymał w plecaku pilota odcinającego zapłon, lecz go nie użył, biegły przyznał mu rację, ponieważ stosuje się go właściwie wyłącznie na placach manewrowych, a nie podczas dużej prędkości na ulicy.

W szkole nie wiedziano, że kursant jest chory

Prokuratura ustaliła, że kursant chorował na epilepsję, o czym w szkole nauki jazdy nie wiedziano. Informacji na ten temat nie było też w orzeczeniu lekarskim. To wywołało dyskusję w środowisku o tym, że instruktorzy mają związane ręce.

? W profilu kandydata, który jest tworzony przez starostwo na podstawie m.in. orzeczenia lekarskiego, widzimy ograniczenia zdrowotne – mówi Krzysztof Bandos, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców. – Widzimy, że kursant np. musi prowadzić w okularach lub że ma aparat słuchowy. Ale nie możemy wiedzieć o czymś, czego nie wpisał lekarz. A na wykonanie badań lekarskich nie mamy wpływu.

Nowe przepisy

21 lipca weszły w życie nowe przepisy dotyczące badań lekarskich kierowców. Bo do tej pory badania odbywały się głównie za pomocą ankiety, którą wypełniał sam kursant. Kosztowały 50 zł. Teraz już 200 zł, ale są specjalistyczne.

? Kursant mógł napisać wszystko i zataić choroby, które nie są widoczne gołym okiem – tłumaczy Sławomir Malinowski z warszawskiego WORD-u. – Badania odbywały się w ośrodkach szkolenia kierowców, gdzie przyjeżdżał lekarz i poświęcał jednej osobie 5 ? 10 minut. Teraz nie ma takiej praktyki. Kandydat na kierowcę musi być kierowany na specjalistyczne badania. Na ich podstawie lekarz wypisuje zaświadczenie o stanie zdrowia, a starostwo przygotowuje profil kierowcy. Jeżeli badania na kierowcę nie są przeprowadzone rzetelnie, a kandydat zatai chorobę, to nie można nic zrobić.

Co trzeba zbadać, żeby móc starać się o prawo jazdy?

Oprócz podstawowych badań wzroku i słuchu przeprowadzane są szczegółowe badania układu krwionośnego, nerwowego, w tym także pod kątem epilepsji, cukrzycy, stanu psychicznego, uzależnienia od alkoholu czy innych środków psychoaktywnych.

? Jeżeli coś nie wyjdzie w badaniach, to ani instruktor, ani egzaminator nie mają prawa podważyć zdolności kursanta do stania się kierowcą – dodaje Malinowski. – Były przepisy, które mówiły o tym, że jeżeli egzaminator zauważył coś niepokojącego, mógł to zgłosić do starostwa. Teraz te przepisy zniknęły. Jeżeli lekarz twierdzi, że przeciwwskazań nie ma, to musimy uznać, że nie ma.

Tresura i karabin

? Miałem kilka sytuacji, kiedy widziałem, że kursant się nie nadaje – mówi Bandos. – Bo nie ma predyspozycji manualnych. Ale ja nie tylko nie mogę odmówić szkolenia takiego człowieka, ale nawet nie mogę go o to zapytać. Muszę tresować. Bo program kursów to jest właśnie tresura. A wytresować można każdego. Tylko potem się okazuje, że robimy takiemu człowiekowi krzywdę, bo pozwalamy mu prowadzić samochód. A to tak, jakby dać komuś nieodpowiedniemu karabin. Spowoduje zagrożenie dla siebie i dla innych.

Prawo jazdy się należy i już

Jak twierdzi Bandos, jakość badań lekarskich w naszym kraju pozostawia wiele do życzenia.

? Przerażające jest to, że widziałem ludzi, którzy mieli orzeczone przeciwwskazanie do jazdy samochodem – wspomina. – Widziałem orzeczenia lekarskie o tym, że ów człowiek cierpi na schorzenie, które dyskwalifikuje go jako kierowcę. A potem widziałem go za kierownicą. Bo inny lekarz taką zgodę wydał. W Polsce jest przekonanie, że prawo jazdy należy się każdemu. A potem dochodzi do tragedii, bo ludzie nie potrafią się pogodzić, że została im komunikacja miejska albo miejsce pasażera w samochodzie. Dane z krajów unijnych mówią, że od 3 do 7 proc. kandydatów nie przechodzi badań i nie dostaje prawa jazdy. I jakoś może się z tym pogodzić.

Jak rozwiązać ten problem?

Tu po raz kolejny okazuje się, że wadliwe są przepisy i system szkolenia kierowców.

? Nie chodzi o to, że my chcemy podważać opinie lekarzy – mówi Bandos. – Chcemy, żeby badania były prowadzone rzetelnie, dokładnie i wnikliwie, bo od tego zależy bezpieczeństwo nas wszystkich. Potrzebne są też zmiany systemowe.

Anna Łukaszuk

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.