Królowa, która uwielbia się ślizgać. Wywiad z Karoliną Pilarczyk

– Ja nie zakochałam się w samochodach, kręciły mnie poślizgi. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam drifting, byłam zdziwiona, że istnieje dyscyplina, w ramach której można się bezkarnie ślizgać – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Karolina Pilarczyk, czyli królowa polskiego driftu.

Jakub Ziębka: Za sprawą twoich osiągnięć w Polsce coraz częściej mówi się o drifcie. Ale pewnie nie wszyscy jeszcze wiedzą, na czym ten sport polega. Wyjaśnisz?

Karolina Pilarczyk: Drifting to jazda w precyzyjnym poślizgu. Możemy o nim mówić wtedy, gdy mamy sekwencję zakrętów i określone punkty odniesienia. W naszym przypadku są to tzw. clipping pointy i clipping zony, czyli takie punkty albo strefy kontrolne. Musimy przez nie przejechać, cały czas utrzymując auto w poślizgu. Od startu do mety.

A jak wyglądają driftingowe zawody? Liczy się po prostu szybkość przejazdu?

Nie, to nie jest takie proste. Najpierw odbywają się kwalifikacje. Każdy zawodnik przejeżdża samodzielnie po torze. Najważniejsza jest precyzja. Musimy jak najlepiej „złapać” clipping pointy i zony. Co to oznacza? Znalezienie się jak najbliżej nich. Oceniana jest też prędkość pojazdu oraz kąt jego wychylenia. Im większy, tym lepiej. Za to wszystko przyznawane są punkty. Najlepsi zawodnicy, np. 32, awansują do kolejnej rundy.

Co dzieje się dalej?

Przejazdy odbywają się parami. Najlepszy zawodnik z kwalifikacji mierzy się z ostatnim zakwalifikowanym, drugi z 31 i tak dalej… Jest to system pucharowy, przegrywający odpada. Potem zwycięzcy pojedynków znowu są dzieleni na pary, aż do finału.

Pojedynki polegają na tym, że pierwszy zawodnik, uciekający, musi jechać jak najprecyzyjniej. Drugi – goniący – ma za zadanie naśladować uciekającego, ale też znaleźć się jak najbliżej jego auta. Często jedzie drzwi w drzwi z przeciwnikiem. Przejazd oceniany jest według podobnych kryteriów, co biegi eliminacyjne. Potem kierowcy zamieniają się kolejnością. O tym, kto wygra pojedynek, decyduje liczba punktów z dwóch przejazdów.

Przeczytałem, że jesteś jedyną kobietą w Polsce, która może poszczycić się profesjonalną licencją drifterską. Kto ją przyznaje, na jakich zasadach?

Na razie nie ma jednej organizacji, która zrzeszałaby drifterów i przyznawała licencję. W Polsce mamy trzy liczące się, w Europie jeszcze więcej. Ja posiadam licencję organizacji King of Europe, do tego wszystkich polskich.

Jak zdobyć licencję w Polsce? Różnie to bywa. W przypadku zawodów Polskiej Federacji Driftu zawodnicy są dzieleni na dwie kategorie, challenge i pro. Żeby startować w tej pierwszej, nie trzeba mieć licencji. Ale przyznaje się ją później najlepszym zawodnikom z kategorii challenge. Z kolei organizacja Drift Masters GP organizuje zawody tylko w kategorii pro. Żeby uzyskać licencję, trzeba zdać egzamin. Jest jeszcze Drift Open. Oni z kolei, jak sama nazwa wskazuje, nie dzielą zawodników na kategorie. Startuje ten, kto chce.

Czyli w Polsce startujesz tylko z mężczyznami?

Nie. W tym sezonie w zawodach startuje już pięć kobiet, choć rzeczywiście jeszcze niedawno byłam sama. Ale ta liczba rośnie, bo wiem, że w naszym kraju driftuje już czternaście dziewczyn. Jednak część z nich nie startuje jeszcze w żadnych zawodach.

Z kolei w Europie startuję razem z mężczyznami oraz w typowo kobiecej kategorii – Queen of Europe, w której jestem obecnie mistrzynią. W sumie na naszym kontynencie driftuje kilkadziesiąt kobiet, najwięcej Francuzek. I jest nas coraz więcej. Bardzo się z tego cieszę!

Patrząc na twoją stronę internetową i kalendarz zawodów, w których uczestniczysz, zaryzykuję stwierdzenie, że driftowanie to pełnowymiarowa praca. Mam rację?

Tak, ale nie składa się ona tylko z jeżdżenia. Tak naprawdę startuję tylko w weekendy. Bo Karolina Pilarczyk to obecnie prężnie działająca firma. Zajmuję się pozyskiwaniem partnerów, biorę udział w sesjach zdjęciowych, prowadzę konferencje, organizuję spotkania motywacyjne, wreszcie udzielam wywiadów.

No i pewnie dochodzą jeszcze do tego treningi. Co robisz, żeby utrzymać się w formie?

Niektórym wydaje się, że driftowanie nie jest męczące, bo wsiada się do samochodu i się jedzie. Nic bardziej mylnego. Często zawody rozgrywane są latem, na zewnątrz jest gorąco, a my znajdujemy się w aucie, gdzie całe ciepło idące od silnika skupia się na nas. Dodatkowo mamy na sobie kombinezon, rękawiczki, kask. Gdy wysiadam z auta, czasami czuję się, jakbym przebiegła maraton.

Dlatego muszę dbać o formę, dobrze się odżywiać. Pracuje ze mną dietetyk. A zimą, gdy kończy się sezon, jest czas, żeby potrenować. Bo najważniejsza w tym sporcie jest powtarzalność. Jeśli nie ćwiczysz, nie utrzymasz się na topie. Wiem, to dosyć nudne, ale trzeba wypracować sobie takie nawyki, żeby reagować na pewne sytuacje automatycznie. Tutaj nie ma czasu na zastanawianie się. Mięśnie muszą reagować samoistnie. Szybciej od głowy.

Jakim autem trzeba dysponować, żeby uprawiać drift?

Musi być to samochód tylnonapędowy. Warto byłoby trochę utwardzić zawieszenie, zaspawać dyferencjał. Ponadto trzeba wyposażyć się w hamulec hydrauliczny. W ten sposób przerabiając auto można zacząć swoją przygodę z driftem. Koszt? Kilka tysięcy złotych.

Jednak w miarę zgłębiania się w temat wszystko bardziej się komplikuje. Ja obecnie startuję samochodem, którego bazą jest nissan 200 SX. To najbardziej kultowy pojazd używany przez drifterów. Ale tak naprawdę to niewiele z niego zostało, tylko rama. Auto zostało wycięte do amortyzatorów, cała przednia i tylna część to konstrukcja rurowa, do której jest przymocowana cała reszta. Silnik to LSX, ponad 6 litrów, jest na niego nałożony kompresor, ok. 600-700 koni mechanicznych.

Ciekawi mnie jeszcze, jak doszło do tego, że zainteresowałaś się driftingiem.

To jest dobra historia. Jakoś nigdy szczególnie nie interesowałam się autami. Nie zakochałam się więc w samochodach, tylko w poślizgach. Wszystko zaczęło się od tego, że zdałam egzamin na prawo jazdy. Stwierdziłam, że moje umiejętności kierowania pojazdem są małe, więc postanowiłam się podszkolić. Jestem ambitna, nie chciałam, żeby odbierano mnie jako przysłowiową „babę za kierownicą”. Udałam się na tor i tam – na płycie poślizgowej – poczułam w sobie żyłkę kierowcy sportowego. Był to rok 2000, nikt wtedy w Polsce o driftingu nie słyszał. Nie byłam wyjątkiem, zabrałam się więc za rajdy samochodowe KJS. Nawet nieźle mi szło, miałam osiągnięcia, dobrze się bawiłam, ale cały czas zaciągałam ręczny, cały czas się ślizgałam. Strasznie mnie to kręciło. A mój pilot, no cóż, nie był zadowolony. I wtedy nadszedł 2004 rok…

Nieźle budujesz napięcie…

Dziękuję za uznanie. I wtedy, podczas wyścigu na ¼ mili, Maciej Polody, który sprowadził zresztą ten sport do Polski, zrobił pokaz driftu. Siedziałam z nim wtedy w samochodzie.

Czyli go znałaś?

Nie, to bardziej skomplikowane. Znałam ludzi, którzy imprezę organizowali. Miałam być tylko widzem, ale poprosili mnie o pomoc. Zgodziłam się, dostałam nawet plakietkę z napisem „prezes”. Następnie poszłam do Maćka i zakomunikowałam mu, o której powinien zacząć pokaz. On spojrzał na moją plakietkę i zaproponował, żebym mu towarzyszyła. No bo kto nie chciałby jechać z prezesem? Pojechałam i byłam zdziwiona, że istnieje dyscyplina, w ramach której można się bezkarnie ślizgać.

I tak się ślizgasz do dziś…

Tak wyszło. W 2005 roku kupiłam pierwsze auto do driftu. Nie było mnie na nie stać, wzięłam kredyt. Dopiero trzy lata później przerobiłam je na tyle, żeby móc regularnie startować w zawodach. Na początku nie było łatwo, ale ciężką pracą doszłam do miejsca, w którym teraz jestem.

 

Karolina Pilarczyk – jedyna licencjonowana drifterka w naszym kraju, nazywana królową polskiego driftu. Zdobywczyni tytułu Queen of Europe 2016. Współwłaścicielka firmy informatycznej.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.