Kraj 300 milionów pojazdów. Jak szkoli się w Chinach?

Chiny, ruch drogowy

W Chinach kursy na prawo jazdy organizują państwowe i prywatne szkoły. Nauka trwa właściwie do skutku. Póki instruktor nie stwierdzi, że kursant jest już gotowy. Szkolenie kosztuje 5–6 tys. juanów, czyli ok. 3 tys. zł. Jako elki wykorzystywane są nieduże autka, jednak muszą być zarejestrowane jako pięcioosobowe.

Jeszcze w latach 80. szerokie jak rzeki ulice chińskich miast zalewały tylko miliony rowerów. Teraz wielkie metropolie korkują miliony samochodów. Mimo perfekcyjnie zorganizowanej komunikacji zbiorowej, obwodnic, tuneli, wielopoziomowych estakad i arterii z ośmioma pasami w jednym kierunku.

– Podrzędne ulice w mojej dzielnicy wyglądają jak autostrada. Trudno się przyzwyczaić do tej skali – przyznaje Zosia, która w ubiegłym roku Warszawę zamieniła na Pekin. – Nawet nie zamierzam próbować tu jazdy samochodem. Metro kursuje co do sekundy, jest niezliczona ilość linii autobusowych. Wszędzie dojadę, choć odległości są ogromne.

Nie walcz, omiń problem, bądź jak woda

W książce „Chiny bez makijażu” dr Marcin Jacoby z wdziękiem oprowadza po tamtejszej drogowej dżungli.

„Wiele reguł jest trochę na niby, wielu przepisów nikt nie pilnuje, jakoś to się wszystko trzyma razem z przymrużeniem oka i machnięciem ręki” – pisze znany sinolog.

„Generalnie kierowcy patrzą tylko do przodu, a ponieważ prowadzi tak każdy, jakoś to funkcjonuje. Jeśli chcemy skręcić, po prostu skręcamy, niech ci z tyłu się martwią. (…) I ci z tyłu nie hamują wcale raptownie, a w sposób bardzo wprawny i naturalny omijają przeszkodę, zmieniają tor jazdy, zamiast prosto jadą w lewo lub w prawo. Dzięki temu unikają i zderzenia, i nagłego hamowania. Zazwyczaj się to udaje. Gdybyśmy pragnęli przeanalizować to filozoficznie, można by pokusić się o stwierdzenie, że takie zachowanie to kwintesencja taoizmu: nie walcz, nie przeciwstawiaj się, omiń problem, dostosuj się do zmieniającej się sytuacji, bądź jak woda, która nie ma formy, zdaje się pasywna, ale wszystko pokona i wszędzie dotrze. Stąd nie na darmo się mówi, że w głębi duszy wszyscy Chińczycy są taoistami. To podstawa nie tylko chińskiej duchowości i religijności, ale i podstawa myślenia” – wyjaśnia dr Jacoby, naukowiec UW i SWPS, który kierował Projektem Azja w Instytucie Adama Mickiewicza, pracował w Chinach i na Tajwanie.

Loteria dla zmotoryzowanych

Taoizm zapewne pomaga odnaleźć się w potokach samochodów, jednośladów, piechurów. Ułatwia to również organizacja ruchu, np. odseparowane pasy tylko dla skręcających, tzw. jezdnie wspomagające, bardzo szerokie drogi rowerowe czy nawet oddzielne ścieżki dla… rozmawiających przez telefon i wpatrzonych w smartfony.

– Dla zgarbionych karków przeznaczony jest wymalowany na zielono pas – tłumaczy Zosia. – Mimo że piesi i rowerzyści są grupami bardzo uprzywilejowanymi w chińskim kodeksie drogowym, codzienność bywa brutalna. Cóż z tego, że mam pierwszeństwo, skoro skręcające autobusy i ciężarówki mogą mnie bezkarnie przejechać. W Tianjin jest większa kultura jazdy. To znaczy zatrzymywali się przed białą niedźwiedzicą – opowiada z humorem.

Może dlatego, że Tianjin zamieszkuje „tylko” 16 mln ludzi. A stolicę ok. 25 mln.

– W Pekinie jest tak dużo samochodów, że gdyby miały stosować się do wszystkich zasad, to nigdy nie opuściłyby skrzyżowania – stwierdza Michał, pekiński znajomy Zofii.

Słuszna uwaga. W chińskiej stolicy zarejestrowanych jest około 6 mln aut! Żeby nie doszło do motoryzacyjnego armagedonu, wprowadzane są rozmaite ograniczenia. Na przykład dwie ostatnie cyfry tablicy rejestracyjnej oznaczają dni, w które nie można jeździć po mieście. Nie można również, ot tak, kupić sobie nowego auta.

– Organizowana jest loteria, w której nagrodami są pozwolenia na zakup i rejestrację pojazdu – tłumaczy Polka.

Oczywiście, kwitnie nieoficjalny handel szczęśliwymi losami. Przepustką na drogi jest również auto z napędem elektrycznym. Władze wspierają produkcję i sprzedaż takich pojazdów (w Chinach jest ich już prawie milion, w ubiegłym roku przybyło 340 tys.). Ekologiczne samochody – jeśli nie elektryki, to przynajmniej małolitrażowe, z najnowocześniejszymi silnikami – są w Chinach koniecznością. Dlaczego? Poziom zanieczyszczeń powietrza jest dramatycznie wysoki. To cena uprzemysłowienia i boomu motoryzacyjnego. W latach 2000–2010 liczba samochodów wzrosła tam dwudziestokrotnie, przekraczając 80 mln. W 2012 roku zarejestrowanych było 114 mln osobówek i około 130 mln motocykli.

Najważniejszy jest klakson

 Teraz liczba wszystkich pojazdów szacowana jest na 300 mln! Czy może dziwić, że obcokrajowcy pracujący w największych aglomeracjach wolą jeździć metrem lub taksówkami?

– Na ulicach jest straszny młyn – potwierdza Piotr Raczyński, polski wideobloger, który studiował w Chinach.

Miejscowi kierowcy zapominają o kierunkowskazach i światłach mijania. Piotr żartuje, że najważniejszy w czasie jazdy jest klakson. Radzi korzystać ze skuterów elektrycznych.

– Można jeździć bez prawka. Taki pojazd, oczywiście używany, kosztuje 1 tys. juanów. Ładowanie jest bardzo tanie. Dlatego uważam, że to najlepszy środek transportu – stwierdza Raczyński.

1000 juanów to 575 zł. Przystępna cena. Natomiast mandat za jazdę motocyklem bez uprawnień może kosztować nawet 3 tys. juanów. Prawie 1800 zł! Poradniki dla turystów czy rezydentów ostrzegają, że za łamanie przepisów drogowych grozi nawet ekstradycja z ChRL.

Dla obcokrajowców, którzy chcieliby poznać Chiny zza kierownicy auta, mamy i złe, i dobre nowiny. Zacznijmy optymistycznie: obowiązuje tam ruch prawostronny (z wyjątkiem Hongkongu i Makau), a większość przepisów drogowych jest zgodna z międzynarodowymi standardami. W terenie zabudowanym można jeździć 40–60 km/h. Poza miastem – do 80 km/h. Na autostradach – do 120 km/h. Do 2004 roku obowiązywał limit prędkości 110 km/h, ale w Państwie Środka szybko przybywa wysokiej jakości szlaków komunikacyjnych. Jest tam już około 130 tys. km dróg szybkiego ruchu.

Prawko trzeba „przekonwertować”

Gorszą wiadomością jest zakaz wjazdu dla obcych samochodów oraz nieuznawanie zagranicznych uprawnień do prowadzenia pojazdów. ChRL nie honoruje również międzynarodowego prawa jazdy. To oznacza, że posiadacz polskiego, niemieckiego czy kanadyjskiego prawka, żeby wyjechać na chińskie drogi, musi przejść skomplikowaną procedurę administracyjną i zdać egzamin. Na szczęście tylko teoretyczny.

Test składa się ze 100 pytań. Dotyczą przepisów ruchu drogowego, zasad udzielania pierwszej pomocy, kwestii technicznych związanych z eksploatacją pojazdu. Żeby zdać, należy poprawnie odpowiedzieć przynajmniej na 90. Teorię zalicza się przed ekranem komputera. Czas? 45 minut. Co ważne – można wybrać język, np. angielski lub rosyjski.

Autorka bloga „Lost in China” (babaichiny.blox.pl) opisuje jak „konwertowała” – tak to określa – polskie prawko na chińskie. Przekonuje, że poszło łatwo. Bo zleciła to specjalistycznej firmie obsługującej cudzoziemców. Rachunek za usługę opiewał na 1500 juanów. Taka jest cena wygody i redukcji stresu, jeśli słabo zna się język chiński i tamtejsze obyczaje.

– Dostarczyli mi płytę z bazą pytań egzaminacyjnych. 650 ogólnych plus 100 dotyczących Szanghaju – wspomina blogerka. – Zabrali dokumenty, załatwili wszystkie formalności, zawieźli na egzamin – opowiada „zagubiona w Chinach”. – Jak już wszystko jest git, w ten sam dzień masz prawko.

Inni podróżnicy, dziennikarze czy ludzie pracujący na kontraktach w Państwie Środka przekonują, że nie warto ponosić tak dużych dodatkowych kosztów. Chińskie urzędy mają anglojęzyczne strony, a opłaty administracyjne nie są wysokie. Przykłady? Złożenie kompletu dokumentów w Beijing Traffic Management Bureau, czyli pekińskim wydziale komunikacji, to wydatek 50 juanów. W okienku obsługującym cudzoziemców należy przedłożyć ważną chińską wizę o terminie dłuższym niż 90 dni, kartę meldunkową, prawo jazdy, paszport. Oryginały do wglądu, kopie dla urzędu. Większym wydatkiem będzie przetłumaczenie polskiego prawka, ewentualnie innych dokumentów (ok. 300 juanów). Zanim złoży się wniosek o wydanie chińskich uprawnień do prowadzenia pojazdów, należy odwiedzić lekarza. Wykaz autoryzowanych gabinetów znajduje się na stronie Beijing Traffic Management Bureau. Badania kosztują 10–20 juanów. I wyglądają tak samo jak w Polsce.

– Pytają o wiek, wzrost, ewentualne choroby przewlekłe – tłumaczą blogerzy.

Sprawdzenie wzroku to Test Ishihary (zdolność rozróżniania kolorów czerwonego i zielonego za pomocą okrągłych plamek, które układają się w cyfry i znaki) oraz klasyczna biała tablica okulistyczna z czarnymi symbolami.

– Tylko że zamiast łacińskich liter jest taki dziwny znaczek. Trzeba określić, w którą stronę skierowany – wspomina jeden z forumowiczów na polskim portalu o Chinach. – U lekarza wypełnia się specjalny formularz, do którego trzeba wkleić zdjęcie legitymacyjne. Koniecznie musimy być sfotografowani na białym tle.

Koperta na zamkniętej ulicy

Składając wniosek o egzamin i wydanie prawka trzeba załączyć aż sześć zdjęć. Warto też mieć przy sobie kilka dodatkowych juanów – na chiński kodeks drogowy w języku angielskim. Dokładne przestudiowanie przepisów zajmie kilka dni, ale na egzaminie będzie się pewniakiem.

– Egzamin jest łatwy. Tak twierdzą wszyscy moi tutejsi znajomi – podkreśla Zosia.

Teoria w polskich WORD-ach też jest dość łatwa. Wyzwaniem jest praktyka. W Chinach również?

– Nie ma tu egzaminu praktycznego w normalnym ruchu miejskim – podkreśla Michał. – Policja zamyka ulice, jakąś część miasta i tam sprawdza kwalifikacje kandydatów na kierowców.

Należy wykonać podstawowe manewry: parkowanie przodem, tyłem, cofanie, zawracanie, skręt w lewo, w prawo. Podobno zdawalność jest na poziomie ponad 80 proc., ale twardych danych statystycznych próżno szukać.

– Czasem kurs trwa nawet dwa lata, ale ostatecznie wszyscy zdają – stwierdza Zofia, powołując się na doświadczenia chińskich znajomych.

O prawo jeżdżenia samochodami osobowymi można starać się po ukończeniu 18. roku życia. Kursy organizują państwowe i prywatne szkoły. Nauka trwa właściwie do skutku. Póki instruktor nie stwierdzi, że kursant jest już gotowy. Szkolenie kosztuje 5–6 tys. juanów, czyli ok. 3 tys. zł. Jako elki wykorzystywane są nieduże autka, jednak muszą być zarejestrowane jako pięcioosobowe. Najpopularniejsze marki? Najczęściej krajowe, które europejskim kierowcom nic nie mówią.

Młodzież za kółkiem

 W ChRL produkują 25 mln pojazdów rocznie. A każdego roku prawo jazdy uzyskuje ponad 20 mln obywateli! Tak wynika z „Raportów o stanie bezpieczeństwa drogowego”, publikowanych przez Komendę Główną Służby Bezpieczeństwa Chin. Eksperci alarmują, że tak duży przyrost kierowców nowicjuszy pogarsza drogowe statystyki.

– Większość młodych ma prawo jazdy. Prawie wszyscy. Wśród osób po sześćdziesiątce prawko jest rzadkością, bo 20–30 lat temu w Chinach był problem z posiadaniem prywatnego samochodu, więc nikt nie potrzebował takiego dokumentu – podsumowuje Michał.

Rynek chińskich OSK rozwija się tak dynamicznie jak przemysł motoryzacyjny. Szkoły oferują zajęcia w kilku językach. Obcokrajowiec bez prawka, ale z pozwoleniem na pobyt, bez problemu może zapisać się na kurs i egzamin.

– Nauka praktyczna jest trudniejsza niż zaliczenie teorii, bo jazda po Szanghaju to wariactwo – ostrzega „Lost in China”.

Mówi, że lokalsi w nietypowy sposób próbują zarabiać na cudzoziemcach.

– Na przejściu dla pieszych rzucają się pod stojący samochód i krzyczą, że ich zabiłam. Chcą pieniędzy – opowiada blogerka.

Drogowe polowanie na „laowajów” – tak Chińczycy nazywają białych – przybiera różne formy.

– Mnie co rusz ktoś oferuje podwiezienie. Za grube amerykańskie dolary – śmieje się Zosia. – Niedawno, jak wracałam z gór, gdzie są grobowce cesarzy z dynastii Ming, na przystanku zagadnęła mnie dziewczyna, oferując transport do miasta za 20 „baksów”. Ale napatoczyli się akurat przemili… śmieciarze. Pracownicy zajmujący się oczyszczaniem miasta stwierdzili, że propozycja podwiezienia mnie za dolary była niepoważna. Poczekali ze mną na busa, udzielili wskazówek. Podróż kosztowała mnie dwa „julki”. Spotykam tu miłych ludzi i to jest ważne – mówi Zosia.

Tomasz Maciejewski

Chińskie władze chcą śledzić każdy samochód. Od lipca 2018 roku w pojazdach montowane są specjalne chipy, które pozwolą monitorować ruch drogowy. Od 2019 roku w każdym nowym samochodzie nadajniki mają być obowiązkowe. Ta informacja obiegła światowe media. W komentarzach przeważają pytania, czy monitoring samochodów ma służyć bezpieczeństwu, lepszemu zarządzaniu ruchem, rozładowywaniu korków, czy przede wszystkim inwigilacji obywateli.

W Chinach zarejestrowanych jest prawie 300 milionów pojazdów. Mniej więcej połowa to motocykle i motorowery. Jednak tzw. współczynnik motoryzacji, czyli liczba pojazdów na tysiąc mieszkańców, wciąż jest niski. W ubiegłym roku wynosił 214, w Polsce prawie 600.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.