Korki w Andach? Poznajcie Kolumbię

Wyobrażacie sobie zakorkowane ulice na wysokości ponad 2600 m n.p.m.? Dla mieszkańców Niziny Środkowoeuropejskiej to abstrakcja, dla Kolumbijczyków – codzienność. Tamtejsze drogi ostro weryfikują umiejętności kierowców. Ale prawko zdobyć łatwo.

Szesnastolatki za kierownicą to potwierdzenie latynoskiego luzu i liberalnych przepisów. W tak młodym wieku można uzyskać kolumbijskie uprawnienia do kierowania motocyklem, jak i samochodem osobowym. Na dodatek nie przeprowadza się tam egzaminów w formule znanej z krajów europejskich.

– To instruktor pod koniec kursu zaświadcza, czy osoba przez niego uczona zdobyła wystarczające umiejętności praktyczne, czy też musi wykupić dodatkowe lekcje – tłumaczy „Polka w Kolumbii”, Aleksandra Andrzejewska, blogerka i youtuberka mieszkająca w Bogocie.

Jednośladem przez wirtualne miasto

Nie ma zewnętrznego egzaminu. Ani na placu manewrowym, ani na drogach publicznych. Dziwnie weryfikowane są również umiejętności jazdy jednośladami.

– Moja dziewczyna zdawała prawko na motocykl przed ekranem komputerowego symulatora – opowiada Antoni Sikora, który z Krakowa przeniósł się do Medellin. – To się wydaje niemożliwe, ale egzamin wygląda jak wizyta w salonie gier. Siadasz, chwytasz kierownicę i jedziesz przez wirtualne miasto. W zależności od tego, jak szybko, jak dobrze sobie radzisz, kalkulowane są punkty.

Sprawdzenie znajomości znaków, przepisów, zasad udzielania pomocy przedmedycznej nie ma już tak rozrywkowego charakteru. Trzeba zaliczyć pisemny test.

– Z pytaniami wielokrotnego wyboru – precyzuje blogerka.

Pytań wielokrotnego wyboru jest 40. Egzamin teoretyczny wygląda podobnie jak w Polsce, choć przeprowadza go „autoescuela”. Program zajęć w autoszkole także jest standardowy: co najmniej 30 godzin teoretycznych, 20 praktycznych.

– Oraz pięć godzin w warsztacie, aby nauczyć się podstaw mechaniki – wyjaśnia Aleksandra.

Żeby otrzymać prawo jazdy (Licencia de Conducción), oczywiście wymagane są badania lekarskie. Kosztują 120 tysięcy pesos (w przeliczeniu ok. 140 złotych, 42 dolary amerykańskie) i polegają na odwiedzeniu kilku gabinetów, m.in. okulisty, internisty, pracowni audiometrycznej. Kandydat na kierowcę musi zaliczyć również „motor driving coordination test”. To sprawdzanie refleksu, koordynacji ruchowej, na przykład przy podświetlanych przyciskach i czymś w rodzaju symulatora „gaz – hamulec”. Medyczną weryfikację kierowców prowadzi instytucja o nazwie Centro de Reconocimiento del Conductor. Wizytę w oddziale CRC poprzedza rejestracja w urzędzie transportu (Registro Unico Nacional de Tránsito). Tam składa się dokumenty, tam odbiera prawko, tam gromadzone są informacje o wykroczeniach i przestępstwach drogowych. RUNT weryfikuje dane osobowe, skanuje odciski palców (5700 pesos), robi zdjęcia (2000 pesos).

Papiery z RUNT pozwalają rozpocząć kurs. Ile trzeba na niego wydać? Anglojęzyczni blogerzy mieszkający w Bogocie, Cali, Medellin piszą o cenach powyżej 500 tys. pesos (175 dol., 580 zł). Można znaleźć też oferty za 370 tys. pesos (430 zł, 130 dol.), a Ola wyszukała nawet takie za równowartość 100 dol. Stawki zależą od renomy szkoły, jej lokalizacji, standardu wyposażenia. Nauka zwykle trwa kilka tygodni. Prawko odbiera się piętnaście dni po „egzaminie”, czyli pozytywnej ocenie instruktora.

Nie ma punktów karnych, ale można stracić auto

Kategorie Licencia de Conducción różnią się od europejskich (szczegóły w ramce), jednak Kolumbia coraz śmielej wprowadza międzynarodowe standardy w szkoleniu i nadzorowaniu kierujących. Przykłady? Obowiązek zapinania pasów, alkotesty, odbieranie uprawnień drogowym recydywistom.

– W Kolumbii nie ma punktów karnych, lecz istnieje zasada, że gdy powtarza się te same wykroczenia drogowe podczas sześciu kolejnych miesięcy, traci się prawo jazdy na czas zależący od wagi popełnionego błędu – wyjaśnia twórczyni bloga „Polaca en Colombia”.

Podkreśla, że wszystkie wykroczenia karane są mandatami. A kilka lat temu wprowadzono całkowity zakaz spożywania alkoholu przez osoby, które mają zamiar prowadzić auto.

– Jeśli przyłapie się pijanego kierowcę, zabiera mu się samochód, prawo jazdy i dodatkowo wystawia mandat – informuje Aleksandra.

Zarekwirowany pojazd trzeba wykupić. To słono kosztuje. Opłatę za przekroczenie prędkości i inne „grzechy” można obniżyć… uczestnictwem w specjalnym jednodniowym kursie. Jeśli nie znajdzie się czasu na reedukację, w terminie pięciu dni od wystawienia mandatu, płaci się sto procent kary.

Czy to znaczy, że w Ameryce Południowej nie wystarczy już symbolicznych kilka dolarów, by zyskać życzliwość funkcjonariusza lub urzędnika? Podróżnicy i blogerzy do niedawna przekonywali, że za twardą walutę wszystko tam można załatwić. W wielu krajach prawko się po prostu kupuje.

– Uszczelnili system wydawania praw jazdy – stwierdza Polka mieszkająca w Kolumbii ponad dekadę. – Przekupywanie policjantów jest zabronione i karalne. Dla obu stron. Tylko czasem słyszę, że strony potrafią się dogadać między wierszami i kończy się bez mandatu, choć z chudszym portfelem.

Uszczelnianiu systemu i zarabianiu na zmotoryzowanych służy też terminowa ważność prawka. Kategorię A i B uzyskuje się na maksymalnie dziesięć lat. Zawodowi kierowcy muszą odnawiać uprawnienia co trzy lata. Specjalnym nadzorem objęci są seniorzy. Osoby po sześćdziesiątce co pięć lat muszą się meldować w CRC i RUNT. Osiemdziesięciolatek za kółkiem jest sprawdzany co rok.

Wielkie miasta, wielkie korki i „pico y placa”

Największe finansowe żniwa przynosi drogówce sprawdzanie… numerów tablic rejestracyjnych pojazdów zmierzających do centrum miasta. W godzinach największego ruchu. Jednego dnia prawo wjazdu mają auta z parzystą ostatnią cyfrą na „blachach”. Następnego – z nieparzystą. Restrykcja znana jako „pico y placa” (szczyt i tablica) obowiązuje we wszystkich kolumbijskich aglomeracjach. Jej celem jest ograniczenie liczby aut, a więc zmniejszenie korków i zanieczyszczeń powietrza.

– Kolumbijskie miasta są niesamowicie zatłoczone. Przejechanie kilku przecznic może trwać godziny – wspomina Magdalena Paluchowska, która mieszkała w Bogocie.

– Zatłoczone? Tu jest dżungla. Sajgon – śmieje się Antek Sikora. – Medellin z obrzeżami to cztery miliony ludzi. Niedawno na jeden dzień zepsuło się metro i był kataklizm.

Bogota i okolice to ponad 8 milionów mieszkańców. Cali – prawie 2,5 mln. Barranquilla – 1,2 mln, Cartegena de Indias – ponad 900 tys.

– Mandatów za jazdę w „pico y placa” jest zawsze najwięcej i specjalnie rozstawieni na drogach policjanci codziennie monitorują rejestracje wszystkich przejeżdżających aut. Umknąć ich uwadze jest właściwie niemożliwe – mówi Aleksandra. – Jednak Kolumbijczycy, tak jak Polacy, są bardzo pomysłowi i potrafią obejść tę restrykcję…

– Co bogatsi mieszkańcy kupują więcej samochodów, żeby dysponować numerami parzystymi i nieparzystymi – dopowiada Magdalena.

„Pico y placa” tylko częściowo rozwiązuje problemy transportowe kolumbijskich aglomeracji. Bardzo wysokie opłaty parkingowe (w śródmieściu kasuje się nawet za każdą minutę postoju!) też nie odstraszają miłośników czterech kółek. Niechętnie przesiadają się oni do autobusów czy na rowery.

– Jeżdżę tu od dwóch lat. I czasami mam wrażenie, że jestem jedynym rowerzystą – komentuje z humorem Antek. – Jeśli Kolumbijczyk chce się przemieścić z punktu A do B, to wybiera samochód, taksówkę, metro. Bardzo popularne są motocykle. Rower jest ostatnią opcją.

Komunikacja zbiorowa bywa mało atrakcyjną alternatywą. Na ulicach Bogoty czy Medellin, jak i na trasach międzymiastowych królują prywatne busiki. Zatłoczone. Obskurne. Huczące i warczące.

– Nie da się uciec od głośnego reggaetonu (rodzaj muzyki – przyp. red.) i jemu pokrewnych – opowiada Magda. – W busikach można się spodziewać sprzedawców przekąsek, występów artystów, że o żebrakach nie wspomnę.

Aleksandra podkreśla, że w ostatnich latach miasta unowocześniają flotę autobusową. Przejazdy są wygodniejsze. Zgadza się jednak z innymi „kolumbijskimi Polakami” w innej kwestii: kierowcy miniautobusów jeżdżą jak wariaci, czują się królami szos, nie przestrzegają żadnych zasad, traktują pasażerów jak ziemniaki. To tylko wybrane cytaty.

– Gdy ktoś mnie pyta o bezpieczeństwo w tym kraju, zawsze powtarzam: nie należy się obawiać narcotraficantes (przemytników narkotyków – przyp. red.) czy innych przestępców, tylko trzeba się bać wyjazdu na drogę – stwierdza Antek. – Mój najgorszy dzień w Kolumbii to przejażdżka miniautobusem z Bogoty do Manizales.

Kierunkowskazy dla ozdoby

Krakus przemierzający Amerykę Łacińską pociesza się, że w Peru jest jeszcze większa „rzeźnia na drogach” niż w Kolumbii. Opowiada o wypadkach i stłuczkach, które widzi codziennie. O szalejących motocyklistach. I o tym, że na peryferiach nadal normą jest jeżdżenie bez kasku. A niektóre pojazdy wyglądają jak ze szrotu.

– Często widuje się tu starsze i ślepe na jedno oko samochody, które ostatni przegląd przeszły zapewne w latach dziewięćdziesiątych – potwierdza Aleksandra. – Nocą mogą one stanowić poważne zagrożenie, w wesołej Kolumbii jednak to nie wywołuje paniki, policjanci są wyrozumiali, a kierowcy liczą na szczęście i jeżdżą tak dalej.

Blogerka przy okazji tłumaczy, że jazda na światłach mijania całą dobę to drugorzędny problem, ponieważ przez cały rok wschód słońca jest tam około godziny 6, a zachód o 18. Kiedy jedzie się do pracy i wraca do domu, jest jasno. Policjanci zalecają natomiast jeżdżenie na światłach po trasach szybkiego ruchu.

– Ja przez cały rok prowadzę z włączonymi światłami, więc w oczach Kolumbijczyków jestem początkującym i nadgorliwym kierowcą – śmieje się Aleksandra.

Wspomina też zabawne rozmowy z taksówkarzami o sygnalizowaniu manewrów na jezdni.

– Kiedyś usłyszałam, że włączony kierunkowskaz jest narzędziem niepotrafiących jeździć kierowców. I że wywołuje efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. Dlaczego? Sygnalizacja zamiaru zmiany pasa sprawia, że jadący z tyłu ma czas, aby zapobiec naszemu manewrowi i nas przed siebie nie wpuścić. Bez kierunkowskazu natomiast to my mamy szansę zaskoczyć jadącego za nami i wymusić wpuszczenie.

Śmieje się, że kierunkowskazy służą do ozdoby pojazdów. A pierwszeństwo na kolumbijskich drogach to „sprawa nieoczywista”. Pierwszy jedzie ten, który jest większy, szybszy, ma mocniejszy silnik. Wylicza modele samochodów terenowych popularnych w Bogocie: toyota prado, toyota hilux, ford raptor.

– Wielkie samochody, do których wsiada się po schodach; opancerzone, z kuloodpornymi szybami to spuścizna lat dziewięćdziesiątych, kiedy Kolumbię toczył konflikt zbrojny i trwały walki karteli narkotykowych – wyjaśnia Aleksandra. – Mają budzić respekt, rzucać się w oczy, dawać pierwszeństwo. Właścicielowi fiata 500 czy renault twingo trudno wywalczyć pozycję.

Kolumbijskie obyczaje drogowe uzasadniają więc historia, psychologia i codzienna praktyka.

Mim kieruje ruchem, policjant pokazuje czerwoną kartkę

Macho za kółkiem niechętnie zmienia przyzwyczajenia. Jak go przekonać, by raz na jakiś czas spojrzał na znaki, ustąpił pierwszeństwa, przepuścił przechodniów? Sankcje finansowe są mniej skuteczne niż mądra edukacja.

– Problem kierowców nierespektujących przejść dla pieszych w Bogocie postanowiono rozwiązać, wynajmując mimów – wspomina Magda Paluchowska. – 150 ulicznych artystów rozstawiono po skrzyżowaniach. Mieli delikatnie wyśmiewać niegrzecznych kierowców. Udawali, że spychają samochód z pasów. Odgrywali różne scenki. Podobno poskutkowało.

Polka znająca Kolumbię mówi też o innych pomysłach na uporanie się z niską kulturą jazdy. Funkcjonariusze drogówki „karali” zmotoryzowanych czerwonymi kartkami. Jak na piłkarskim boisku. Wykartkować pirata drogowego mogli również inni kierowcy. Pozytywnej ocenie służyły kartki zielone.

Oryginalnym sposobem uspokajania miejskiego ruchu, promowania ekologicznego transportu, budowania dobrych relacji między pieszymi, cyklistami, kierowcami jest czasowe zamykanie ulic. Akcje pod hasłem „Ciclovia” (tłum. trasa rowerowa) są organizowane wieczorami, w weekendy. By mocno nie utrudniać życia zmotoryzowanym, a  jednocześnie „odzyskać” miasto dla spacerowiczów, biegaczy, rowerzystów.

– Wtedy więcej ludzi wyjeżdża – opisuje Antek.

– Można pośmigać na rolkach, hulajnodze. Co tam kto sobie wymyśli – dodaje Magda.

Aleksandrze też bardzo podobają się imprezy, gdy zatłoczona ulica choćby na kilka godzin zmienia się deptak. A sznur samochodów zastępują donice z kwiatami. Blogerka zauważa, że w Bogocie szybko przybywa dróg rowerowych. I że przy szkołach, urzędach, bankach, restauracjach można – bezpłatnie i bezpiecznie – pozostawić jednoślad.

Polka zakochana w Kolumbii chwali też stołeczne taksówki. Żółte jak w Nowym Jorku. Szybkie i tanie.

– Taksówkarze znają najlepsze skróty, więc zawsze przewiozą najszybciej – stwierdza Aleksandra. – W Kolumbii ulice są numerowane, a każdy adres przypomina numer telefonu, więc czasem samemu trudno trafić. A później jeszcze trzeba szukać miejsca parkingowego.

Turystom nie radzi jednak łapać taksówki z ulicy. Lepiej zamówić przez aplikację.

Serpentyny i prędkość sugerowana

Odważni globtroterzy – z polskim, niemieckim czy amerykańskim prawem jazdy – mogą bez problemu wypożyczyć samochód, by przetestować swoje umiejętności i cierpliwość na zatłoczonych, krętych, wąskich, dziurawych albo zasypanych kamieniami szlakach (niepotrzebny przymiotnik skreślić). Przepisy drogowe – generalnie – są takie jak w Polsce. Znaki drogowe – informacyjne, ostrzegawcze – nieznacznie się różnią, ale doświadczenie za kółkiem i intuicja pozwalają je bez trudu zinterpretować.

– Uważam, że wszystkich kierowców powinno się szkolić w Andach. Tutaj, na wąskich górskich drogach nabiera się ogromnej wprawy w pokonywaniu zakrętów. Prowadzenie auta wyostrza zmysły i koncentrację – podkreśla Aleksandra. – Choć topografia Kolumbii jest bardzo trudna, wypadków – na szczęście – jest stosunkowo mało, a kierowcy potrafią sobie radzić w każdej sytuacji.

Blogerka opowiada o ulewnych deszczach, obsunięciach ziemi.

– Usuwanie szkód trwa wiele godzin. Nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość. Kolumbia uczy pokory. Uświadamia, że nie należy denerwować się tym, na co nie mamy wpływu.

Trzy pasma Kordylierów uczą odpowiedzialności i zaradności. Tam, gdzie trudne warunki, nie ma miejsca na brawurę. Tam, gdzie prosto, szeroko, równo – można przycisnąć. Kierowca nadrabia. Policja przymyka oko.

– W terenie zabudowanym obowiązuje ograniczenie do 60 km/h. Na trasach szybkiego ruchu znaki pokazują 80. I zwykle są ignorowane. Ja to zjawisko nazywam prędkością sugerowaną – komentuje z humorem Polka z Kolumbii.

Antek jest mniej wyrozumiały. O kierowcach mówi „szaleńcy”. O serpentynach „przepotworne”.

– Tu nie Alpy. Nie ma tuneli. Wjeżdżasz. Zjeżdżasz. Wjeżdżasz. Zjeżdżasz. Osoby z chorobą lokomocyjną mają przerąbane. Większość Kolumbii to albo dżungla, albo góry – podsumowuje krakus z Medellin.

Tomasz Maciejewski

Fot. Aleksandra Andrzejewska

 

Kategorie prawa jazdy w Kolumbii

A1 – motocykle o pojemności silnika do 125 ccm

A2 – motocykle i trójkołowce z mocniejszymi silnikami

B1 – samochody osobowe i minibusy

B2 – ciężarówki i autobusy

B3 – traktory, ciągniki, naczepy, przegubowce

C1 – (Commercial, zawodowe prawo jazdy) – osobówki, minibusy, quady, SUV-y wykorzystywane w działalności usługowej, transportowej

C2 – samochody ciężarowe i autobusy

C3 – pojazdy z naczepami, przyczepami

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.