Felietony Hodowcy żab

Hodowcy rzadko hodują coś na własny użytek. Ba, często wiedząc, co i jak hodują, unikają produktów własnego chowu.

Odnoszę wrażenie, że żabsko oznaczone jako UoKP wymknęło się spod kontroli hodowców-eksperymentatorów. Rolnicy wyszli na drogi, kiedy świnie przez nich hodowane, z powodu zablokowanego zbytu, żarły, przerastały i doprowadzały ich do ruiny. Jak powinniśmy zareagować my ? miliony obywateli skazanych na zjedzenie rządowo-parlamentarnej żaby, którą nam zaserwowano? Nie wiem jak wy, ale ja amatorem żab nie jestem. Ale czy ja, my wszyscy mamy tutaj coś do gadania?


Pan Arkadiusz Litwiński podczas posiedzenia Komisji Infrastruktury 9 kwietnia 2014 roku stwierdził, że zasadniczo nie. Użyteczne siły społeczne i pozostali nie posłowie obecni przy procedowaniu mogą sobie popostulować, pomędrkować, ponarzekać i jeszcze wiele po…, ale to posłowie procedują i decydują. Nie sposób się z panem posłem nie zgodzić. Tak jest i być musi. Tylko dlaczego posłowie ? hodowcy żaby oznaczonej jako UoKP ? mogą wybierać wykwintne potrawy, a my, społeczeństwo, musimy żreć ohydną żabę przez nich wyhodowaną?


Przysłuchując się czterogodzinnej pracy Komisji Infrastruktury aż zastrzygłem uszami o godzinie 14.32, gdy zaczął wypowiadać się pan minister Rynasiewicz. Mistrzowska analiza sytuacji w szkoleniu i egzaminowaniu w Polsce! System obecny wyczerpał swoje możliwości. Sytuacja będzie coraz gorsza. Kryzys wymaga nowych pomysłów. Nowelizacja jest próbą załatania sytuacji, a nie rozwiązaniem problemu. Rywalizacja WORD-ów i OSK nie rozwiąże problemów, może tylko przyspieszyć klęskę obecnego systemu. Tego nie mówi po raz enty Eugeniusz Kubiś czy Tadeusz Sobotka. To mówi pan minister Zbigniew Rynasiewicz ? sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Ministerstwo ma pokazać rozwiązania na teraz i na przyszłość po świętach. Ministerstwo zapowiada wyjście z propozycjami rozwiązania problemu... po przyjęciu projektu nowelizacji UoKP. Ustawę uchwalono po kilku latach procedowania (moje „ulubione” słowo) 5 stycznia 2011 roku, weszła w życie (tak mniej więcej weszła) 19 stycznia 2013 roku, 24 października 2013 roku do Sejmu wpłynął poselski projekt jej 10. nowelizacji, w trakcie prac nad nim wpłynęło pierwotnie około 170 poprawek, przewiduje się, że ta 10. nowelizacja wejdzie w życie na początku 2015 roku. Albo nie wejdzie tak szybko, bo legislatorzy sejmowi mają wątpliwości, czy aby nie za szybko. W styczniu 2016 roku ma wejść w życie szereg rozwiązań, wcześniej przesuniętych kolejnymi nowelizacjami właśnie na ten czas, ale chyba nie wejdą, bo CEPiK nie będzie gotowy. Neverending story. Baśniowy kraj, w którym system emerytalny przewraca się w majestacie prawa w kilka miesięcy, a spraw, które się mają w stosunku do tego jak pryszcz na tyłku do raka mózgu, machina państwowa nie potrafi rozwiązać przez lata.


Jeżeli uważnie posłuchacie sześciominutowego wystąpienia pana ministra Rynasiewicza, to przyznacie, że jest to jednoznaczna, konkretna, wyrazista analiza sytuacji w szkoleniu i egzaminowaniu w Polsce ? tu i teraz. Nareszcie prosto, jasno, bez owijania w bawełnę i na temat. Tylko takie postawienie sprawy pozwala na rozwiązanie problemu. To żabsko trzeba zutylizować, bo w końcu nas zje. Proszę redakcję o dołączenie do elektronicznej wersji tego felietonu wystąpienia pana ministra Rynasiewicza w dniu 9 kwietnia 2014 roku, od godziny 14.31:56 do 14.37:57. Moim zdaniem, padają tu ze strony przedstawiciela rządu i jednocześnie posła, do niedawna przewodniczącego Komisji Infrastruktury, najważniejsze słowa w debacie nad UoKP od 5 stycznia 2011 roku. Trzymajmy się tych słów, tego stanowiska. Jeżeli tego nie zrobimy, będziemy nadal tracili czas i siły w jałowych przepychankach. „Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę ziemię…” ? rzekł Archimedes. To stanowisko może być tym punktem podparcia, który wreszcie pozwoli pozbyć się problemów, jakie stworzyła UoKP, i znaleźć dobre rozwiązanie problemów bezpieczeństwa ruchu drogowego na tyle, na ile może się do tego przyczynić system szkolenia i egzaminowania kierowców. Mam nadzieję, że negatywne doświadczenia z tworzeniem UoKP wykorzystamy w opracowywaniu prostych i sensownych rozwiązań. Każdy, kto coś tworzył, wie, że aby wyszło coś prostego i sensownego, trzeba dać z siebie wszystko.


Poszły duże pieniądze na tzw. podwyższenie kwalifikacji instruktorów przez wciskanie kitu na temat nieistniejącej ustawy i jeszcze bardziej nieistniejących rozporządzeń. Szkoda, że nie wydano ich na rzetelne przybliżenie rozwiązań w zakresie szkolenia i egzaminowania kierowców, funkcjonujących w krajach Unii Europejskiej. Ta wiedza obecnie bardzo by się nam wszystkim przydała. Zróbmy to teraz, bo inaczej nawalimy żaboli w stylu: „jak Wania wyobraża sobie zachód” czy „świat finansów według Mawrodiego”. W początkowej fazie nieszczęsnej reformy szkolenia i egzaminowania była mowa o szkoleniu z osobą towarzyszącą. Obecnie jesteśmy bliscy powrotu do tej żaby. Pomysł prezesa KSD WORD, pana Kucharskiego, podchwycony przez dyrektora Twardowskiego, dotyczący powszechnego dopuszczenia do egzaminowania pojazdów podstawionych przez zdających, wywołał entuzjazm na sali obrad Komisji Infrastruktury i nieomal został przyjęty przez aklamację. Jest to przykład na to, jak bawiąc się tworzeniem prawa wyrasta się na hodowcę żab, które potem muszą jeść niemający nic do gadania. Przecież logiczną konsekwencją powszechnego dopuszczenia takich samochodów do egzaminowania jest dopuszczenie ich do szkolenia. A skoro będą dopuszczone do szkolenia, to dlaczego szkolić nie może właściciel takiego pojazdu, czyli np. tatuś? Sam nie cierpię argumentacji w stylu tow. Wiesława, że społeczeństwo jeszcze nie dorosło do tego czy owego. Faktem jednak jest, że większość polskich kierowców to kierowcy w pierwszym lub drugim pokoleniu. Kiedy nasz chłop darł łyko, żeby sobie zrobić wyjściowe łapcie przed niedzielną mszą, amerykański farmer czy niemiecki bauer jechali do kościoła samochodem. Sorry, taką mamy historię. Krótko mówiąc, kultura, w tym motoryzacyjna, wymaga czasu, krwi, łez i pieniędzy, żeby wydać owoce. Uważam, że obecnie w Polsce właściwym rozwiązaniem jest szkolenie przyszłych kierowców przez profesjonalnych instruktorów, pod sprawnym i nieupierdliwym nadzorem państwa. Tragiczny wypadek pod Nowym Tomyślem, gdzie pijany ojciec, funkcjonariusz państwowy, najpierw „szkolił” syna na autostradzie, a następnie pokazał mu, jak się jeździ po pijaku po polskich drogach, jest nieodosobnionym dowodem, że w Polsce jeszcze nie czas na szkolenie z osobą towarzyszącą.


Problem z BRD w Polsce nie polega na tym, że z powodu złej pracy instruktorów, OSK, złego nadzoru ze strony starostw czy złego systemu egzaminowania mamy dużo tragicznych wypadków. Moim zdaniem, jest to fałszywa teza, z której upowszechniania niejeden dobrze żyje. Organizacja szkolenia powinna być przede wszystkim nieupierdliwa, logiczna i przyjazna obywatelowi. Przypomnę, że w Polsce notujemy bardzo duże postępy, jeżeli chodzi o wzrost bezpieczeństwa w ruchu drogowym, mimo że wiele spraw z tym związanych mamy badziewnie rozwiązanych. Niestety, dalszy wzrost bezpieczeństwa wymaga daleko idącego ograniczenia swobody i bezkarności obywateli oraz rozwoju infrastruktury drogowej. Jeżeli te dwa czynniki, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, moglibyśmy zmienić w jednej chwili i upodobnić w 100 procentach do sytuacji w Niemczech, Szwajcarii czy Anglii, to z chwili na chwilę uzyskalibyśmy radykalny spadek liczby i ciężkości wypadków. Tyle że twardzi policjanci, z którymi się nie dyskutuje, wyskakiwaliby jak diabły z pudełka, gdy tylko przyszłoby nam do głowy zachować się na drodze niezgodnie z przepisami. Świetnie zaplanowany i rozbudowany nadzór elektroniczny musiałby pokrywać znakomicie rozbudowaną sieć dróg, a „suszarki” musiałyby być sprzężone z drukarkami fiskalnymi, wówczas pan policjant, który chciałby odpuścić wojewodzie, panu z mercedesa czy szwagrowi, musiałby wyłożyć własne pieniądze, żeby na koniec służby kasa się zgadzała. Czytałem gdzieś niedawno, że ludzie zasadniczo nie zmieniali się na przestrzeni dziejów. Zawsze byli i mądrzy, i głupi, i uczciwi, i szubrawi, i dobrzy, i źli, itd., itp. Jedni starają się jeździć zgodnie z przepisami, rozważnie, z poszanowaniem zdrowia i życia swojego i bliźnich, inni, nawet widząc wypadek, już po chwili pędzą na złamanie karku, będąc przeświadczeni, że ofiarą był kiepski kierowca, cienias po prostu, że ich to nie dotyczy. Krótko mówiąc, jedni mają policjanta w głowie, inni w... i dlatego potrzebują takiego, co zawsze i wszędzie wyskoczy jak diabeł z pudełka, gdy przyjdzie im do głowy, że mistrzów prawo nie dotyczy. Jeżeli rzeczywiście przejmujemy się ofiarami wypadków drogowych, to musimy zgodzić się na twardy system nadzoru nad ruchem drogowym. Przestańmy fałszywie zawodzić, że tracimy jako społeczeństwo miliardy wskutek wypadków drogowych. Jeżeli chcemy to zmienić, zainwestujmy choćby połowę tak wyliczonej kwoty w infrastrukturę drogową i nadzór nad ruchem drogowym. W boksie mówi się, że jeden zawodnik ustawia sobie drugiego w narożniku i obija go, jak mu pasuje. Interes w ringu właśnie na tym polega. Natomiast w społeczeństwie, które funkcjonuje w ramach wspólnoty państwowej, rząd, parlament, wyborcy i coraz liczniejsza rzesza outsiderów muszą wspólnie obrać kierunek i zgodnie ciągnąć w jedną stronę. Nikt nie może być wleczony na postronku, nikt nie może hasać z boku, nikt nie może liczyć na lektykę. Społeczeństwo obywatelskie, czy jakoś tak to się nazywa.


I jeszcze, żeby spuścić trochę powietrza z balonu z napisem BRD ? na drogach Polski zginęło w ubiegłym roku 3291 osób. Zaś nie dając sobie rady z życiem własnoręcznie zrezygnowało z niego o kilkadziesiąt procent więcej naszych współobywateli. Mało się o tym mówi. W tym miejscu bez komentarza, ale powinniśmy o tym pamiętać i brać ten fakt pod uwagę


Eugeniusz Kubiś


 

felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0