Emil na tropie [cały wywiad]

– Rola fotoradarów została wypaczona. Czasami myślę sobie, że strażnicy miejscy działają jak w XVI wieku. Otóż pobierają opłatę za wjazd i wyjazd z miasta. Oczywiście teraz w postaci zdjęć robionych przez fotoradary. Czyli stara idea, która wróciła do łask – mówi w rozmowie ze „Szkołą Jazdy” Emil Rau, bardziej znany jako „Emil – łowca fotoradarów”.

Jeszcze kilka lat temu Emil Rau nie był postacią znaną. Jednak jego filmy ujawniające nieprawidłowości dotyczące m.in. niewłaściwego umieszczania fotoradarów przez straże miejskie zdobyły w internecie taką popularność, że teraz jest gospodarzem programu w TVN Turbo. Z gospodarzem produkcji „Emil – łowca fotoradarów”, prowadzącym własną stronę internetową tvbigos.pl oraz kanał o tej samej nazwie w serwisie YouTube, rozmawiamy o fotoradarowym biznesie w kontekście bezpieczeństwa na polskich drogach.

 

Jakub Ziębka: Co sprawiło, że postanowiłeś rozpocząć krucjatę przeciwko fotoradarom? Zostałeś przyłapany przez takie urządzenie na przekroczeniu prędkości? To zemsta?

Emil Rau: Wszystko zaczęło się od pierwszego filmu, który opublikowałem na YouTube. Praktycznie nic się na nim nie dzieje, ale… jadę, a potem zatrzymuję się obok fotoradaru, którego w ogóle nie było widać. W maskowaniu pomagała zielona plandeka, pomalowany na ten sam kolor statyw oraz tło, czyli zielony płot i jakaś choinka. Nie został tam postawiony w żadnym innym celu niż zarabianie pieniędzy. Było to we wrześniu 2009 roku w Sulechowie niedaleko Zielonej Góry. Od razu powiem, że nie przekroczyłem w tym miejscu prędkości. Film nagrałem bez żadnej złości, chciałem tylko udokumentować urządzenie ustawione w kuriozalnym z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego miejscu. Zaczęły mnie nurtować odpowiedzi na następujące pytania: czemu ten fotoradar służy, po co jest ustawiony i ile się na nim zarabia?

Film wywołał pewnie żywą dyskusję wśród użytkowników YouTube’a?

– Dokładnie. Potem został udostępniony na łamach internetowego wydania „Gazety Lubuskiej”. Kilka dni później zobaczyłem w okolicach kolejny i też postanowiłem go nagrać. I tak to dalej poszło.

Jednocześnie zacząłem interesować się, dlaczego fotoradary robią zdjęcia pojazdom, które w danym miejscu nie przekraczają dozwolonej prędkości. Sporo czasu zajęło mi dotarcie do instrukcji obsługi tych urządzeń. Traktowano je jako dokumenty poufne. Zdobycie pierwszej zajęło mi chyba pół roku. A tam było wyraźnie napisane, że w tle fotoradaru nie mogą być ustawione metalowe rzeczy, trzeba prawidłowo wytyczyć jego kąt, a mimo to czasami zdarzają się sytuacje, w których będzie on dokonywał nieprawidłowego pomiaru. Dlaczego? Na przykład jest w stanie zarejestrować prędkość od obitego przedmiotu, zsumować prędkość dwóch pojazdów. Właśnie taką wiedzą zacząłem się dzielić z internautami. Zacząłem rozsyłać takie instrukcje.

Komu?

– Każdemu, kto o to mnie zapytał. Cieszę się, że dzięki mnie nie jest wiedzą tajemną, co jest zapisane w takiej instrukcji, że fotoradar może pomylić się w pomiarze prędkości auta.

Niedługo trzeba było jednak czekać na reakcję straży miejskich. W końcu miejsca, które pokazywałem na swoich filmach, były już spalone. Zdecydowano się na uprzykrzenie mi życia. Wytoczono mi dwie sprawy cywilne. Skarżyły mnie straże miejskie. O co? Uważano, że przez kręcenie filmów ich wizerunek traci na wartości, a materiały źle o nich świadczą. Ale ja przecież nigdy nie przekonywałem żadnego strażnika miejskiego, żeby dał się nagrać jak śpi na służbie czy w momencie, kiedy wykonuje czynności niezgodne z instrukcją obsługi fotoradaru. Byłem tylko dokumentalistą uwieczniającym ich skandaliczne i naganne postępowanie. Zostałem oczywiście uniewinniony.

A jak to wygląda teraz? Czy strażnicy miejscy częściej postępują zgodnie z przepisami?

– Widać, że powoli coś się zmienia. Ale to głównie dzięki temu, że wzrasta świadomość polskiego społeczeństwa. Nie może być przecież tak, że strażnik miejski, który ustawia fotoradar, jest niezadowolony z małej liczby zdjęć wykonywanych przez urządzenie. Jeśli ludzie jeżdżą zgodnie z przepisami, powinien się tylko cieszyć. A często jest odwrotnie. Kiedyś pewien strażnik miejski był tak zaaferowany sporządzaniem dokumentacji z wykonanych zdjęć, że fotoradar został ukradziony. Albo inny przykład: burmistrz Nowego Miasteczka, które leży przy trasie S3, kiedyś wymyślił sobie, że ustawiony przez niego fotoradar ma robić rocznie 3,5 tys. zdjęć, później tę liczbę podwoił.

Chwalił się tym publicznie?

– Nie, to wynika wprost z treści przetargu. Pojawiła się więc firma, która stwierdziła, że uda jej się taki limit wykonać. Jeśli mają problemy z wykonaniem tak dużej liczby zdjęć, to stoją nawet w soboty albo w dni powszednie, ale od rana do wieczora. Chodzi przecież nie o bezpieczeństwo ruchu drogowego, ale o pieniądze.

Na początku popularność zdobyłeś w internecie. Jednak teraz twój program można zobaczyć w telewizji. Jak do tego doszło?

– Najpierw zainteresowała się mną ekipa z programu TVN o nazwie „Uwaga!”. Nakręciła dwa odcinki. Jeden o mojej działalności, drugi o związanych z nią sprawach sądowych. To był moment, w którym trwały dwie sprawy cywilne, cztery karne i 22 wykroczeniowe. W ciągu jedynie czterech dni musiałem stawić się na sześciu rozprawach. Materiały były bardzo szeroko komentowane, więc zadzwonili do mnie z TVN Turbo z propozycją zrobienia czegoś razem. Zgodziłem się, bo mogłem ze swoim przekazem dotrzeć do zupełnie innej widowni niż internetowa. Teraz moje programy można oglądać także w stacji TTV w ramach naziemnej telewizji cyfrowej, dostępnej prawie dla każdego Polaka.

To duży sukces dla osoby takiej jak ja, która pragnie ucywilizowania organizacji, czyli straży miejskiej, mieszczącej się w 600 jednostkach w naszym kraju. Co ciekawe, istnieją też takie jednostki, które składają się z pana komendanta, jego samochodu i… fotoradaru. Jeśli brakuje mu pieniędzy, to wychodzi ze swojej siedziby, zrobi kilka zdjęć i do niej wraca. Dlatego też pokazywanie takich sytuacji w telewizji okazało się dla sprawy prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Ile programów udało się już zrealizować?

– Powstały dwie serie. Pierwsza zaczęła się ukazywać w marcu ubiegłego roku. W dużej części opierała się na materiałach, które nagrałem wcześniej. Z drugą było już inaczej. Miejsca, w których byłem, podpowiedzieli mi ludzie oglądający program. Moim zadaniem były odwiedziny w siedzibach straży miejskiej i zadanie klasycznego pytania: co artysta miał na myśli, stawiając fotoradar w takim, a nie innym miejscu. Nasłuchałem się opowieści o szczytnym celu, jakim jest zwiększenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć w świetle informacji, z której wynika, że straże miejskiej rocznie zarabiają na fotoradarach aż 220 mln zł!

Dużym problemem jest na przykład kwestia rejestrowania przez funkcjonariuszy przejazdów na czerwonym świetle. Bo wyświetlanie się sygnału pomarańczowego przez trzy sekundy nie zawsze daje kierowcy okazję do zatrzymania się. Tym bardziej że często sekundę trwa zastanowienie się nad możliwością przejazdu, do tego dochodzi reakcja samochodu, droga hamowania. Dobrym przykładem jest Wejherowo. Tam do rejestracji przejazdów na świetle czerwonym zostało wybrane mocno wątpliwe skrzyżowanie. I teraz kierowcy, wiedząc, że muszą strzec się fotoradaru, widząc pomarańczowe światło nerwowo hamują. Jaki jest tego efekt? Zwiększona liczba kolizji. Bo ludzie podchodzą do tych świateł w sposób histeryczny. To nie jest zwolnienie i zatrzymanie się, tylko palenie gumy i nerwy. Dodatkowo system zarejestruje wjazd o 1/10 – 2/10 sekundy wcześniej, a strażnik miejski, który ma wykonać plan, nie odpuści. Może warto byłoby zastosować model austriacki i ukraiński, czyli mrugające zielone światło tuż przed zmianą na pomarańczowe, trzy sekundy wcześniej.

Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym jeden kluczowy przepis. Niech pieniądze, które trafiają do straży miejskiej z mandatów, idą do kasy państwowej. Nie byłoby wtedy mowy o wzbogacaniu się gmin, które stawiają fotoradary.

Czyli nie jesteś za całkowitą likwidacją fotoradarów?

– W żadnym wypadku. Ale ich rola została wypaczona. Czasami myślę sobie, że strażnicy miejscy działają jak w XVI wieku. Otóż pobierają opłatę za wjazd i wyjazd z miasta. Oczywiście teraz w postaci zdjęć robionych przez fotoradary. Czyli stara idea, która wróciła do łask. Pytam: dlaczego polikwidowano atrapy? Przecież spełniały one niezwykle ważną, odstraszającą rolę.

Kolejną kwestią jest wątpliwa jakość zakupywanych fotoradarów. Czy komendant policji zakupiłby alkomaty, jeśli wiedziałby, że nie działają należycie? Odpowiedź jest chyba zbędna. Jednak w przypadku fotoradarów tak się dzieje. Czy jest normalne, żeby takie urządzenie umiejscowione w Inowrocławiu wskazywało, że ciężarówka z naczepą jedzie na wstecznym 90 km/h? Z kolei w Okonku, gdy żaden pojazd nie jechał, urządzenie zarejestrowało prędkość 120 km/h. Co byłoby, gdybym jechał tam wtedy swoim samochodem? Musiałbym płacić i nie dyskutować. Do czego zmierzam? Jeśli producent nie daje gwarancji jakości danego urządzenia, to nie możemy go kupować.

Prowadzisz firmę transportową, masz rodzinę, kiedy znajdujesz czas na pracę przy kolejnych filmach i programach?

– W funkcjonowaniu firmy pomaga dzisiejsza technika, czyli telefony, ewentualnie monitoring GPS. Można sobie poradzić. Ale nie przeczę, kalendarz mam napięty. Dzisiaj (rozmowa odbyła się w połowie stycznia – przyp. red.) musiałem rano zrobić swoim trzem synom śniadanie, podwiozłem ich do szkoły, zająłem się sprawami służbowymi, potem stawiłem się w sądzie, no i teraz rozmawiam z tobą. A to jeszcze nie koniec. Na szczęście w niektórych częściach kraju znacznie poprawia się stan dróg, więc można tam szybko dojechać. I właśnie takie działania sprawiają, że w Polsce dochodzi do coraz mniejszej liczby wypadków. Nie rozstawianie fotoradarów. Dlatego też robię to, co robię.

Sprawdzałeś, ile osób oglądało twoje filmy na YouTube?

– Tak, na swoim kanale zanotowałem ponad 15 mln wejść. Oglądalności swoich programów w telewizji nie znam. Ale po liczbie telefonów, które codziennie odbieram, wiem, że nie jest źle (w tym momencie rozlega się dzwonek telefonu, dzwoni warszawska radna z pytaniem o jeden z programów, który został wyemitowany w TVN Turbo – przyp. red.). Najwięcej jest ich w poniedziałki. Nie wiem, dlaczego. Zdarza się, że odbieram nawet trzydzieści telefonów od różnych osób. Mój numer jest ogólnodostępny. Do tego dochodzą wiadomości e-mailowe (Emil Rau pokazuje swój telefon, a tam 501 nieodebranych e-maili – przyp. red.). Każdy przypadek opisany w wiadomości jest inny, każdy musi być rozpatrywany indywidualnie. Moja działalność zajmuje mi dużo czasu, ale to dla mnie nic nowego, po prostu cały czas muszę być w biegu, nie potrafię się nudzić.

Zadawałeś sobie pytanie: dlaczego to wszystko robię, co mnie napędza?

– Odpowiem tak: największą radość sprawia mi sytuacja, kiedy z podziękowaniami dzwoni do mnie osoba, której wcześniej pomogłem. Nie jest też oczywiście tak, że na wszystkie pytania potrafię odpowiedzieć. Ale jestem członkiem Stowarzyszenia „Prawo na Drodze”. Tam działają kompetentni ludzie, na których rady mogę się zawsze zdać.

Co poradziłbyś ludziom, którzy zostali wychwyceni przez fotoradar, a uważają, że nie są winni?

– Pierwsza rada: dużo czerwonych pieczątek, które znajdują się na piśmie, nie znaczy, że nadawca ma rację. Należałoby także dokładnie taki list od straży miejskiej przeczytać. Nawet trzy razy. Pokazać go znajomemu, żeby także spróbował jego treść przeanalizować. Nie można wpadać w histerię i trzymać się siedmiodniowego terminu na udzielenie odpowiedzi, bo go po prostu nie ma. To wymysł. Trzeba się także zastanowić, kto w chwili zrobienia zdjęcia jechał samochodem, czy zostało wykonane prawidłowo. Na pewno nie można godzić się z karą w momencie, gdy nie jesteśmy winni. Zawsze przecież zostaje droga postępowania sądowego. Na niej można dochodzić swoich racji.

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.