Dakar na co dzień. Szkolenie i egzaminowanie w Senegalu

kobieta siedząca na tylnym siedzeniu samochodu

Mało kto patrzy tam na znaki. Rzadko używa się kierunkowskazów. Zderzaki wiąże się na sznurek. A egzamin praktyczny na prawko to… parkowanie między oponami. Gdzie? W Senegalu. Pół roku przed meczem biało-czerwonych z Lwami Terangi zajrzeliśmy do tego afrykańskiego kraju.

Zanim odczujemy gorączkę inauguracyjnego meczu mistrzostw świata w Rosji (19 czerwca 2018 roku), a polscy kibice nauczą się kilku nazwisk futbolowych gwiazd Senegalu, postanowiliśmy zajrzeć na drogi i bezdroża tego kraju. Przestudiować – w miarę możliwości – tamtejsze przepisy, wczytać się w komentarze podróżników blogerów, poszukać samochodowych zdjęć i filmów z Afryki Zachodniej, odnaleźć śmiałków, którzy jeżdżą po Dakarze, czyli stolicy kraju. A może nawet zdawali tam egzamin na prawo jazdy.

Stolica Senegalu wszystkim kojarzy się z kultowym rajdem. I choć, jak zapewniają Polacy mieszkający w Afryce, drogi są tam coraz lepsze, to lokalni kierowcy kochają rajdowy, off-roadowy styl jazdy. Ignorują znaki, rozbijają auta, lekceważą przepisy.

Bez fotoradarów, ale z blokadami

– Prędkości nie kontrolują, bo nie mają radarów – stwierdza z humorem Joanna Wieczorek-Dieng, Polka od ponad dwóch lat mieszkająca w Senegalu, autorka książki „Wszystkie Barwy Słońca – historia prawdziwa własnoręcznie uszyta”, podróżniczka, coach, która organizuje pobyty tematyczne, prywatne i firmowe w tym kraju (joannawieczorek.com) – Ale za to sprawdzają nieodpowiednie parkowanie, są zakładane blokady na koła. Wtedy trzeba zadzwonić na specjalny telefon, by przyjechali i odblokowali.

Praktyka znana z europejskich miast – zakładanie blokad i zarabianie na tym – jak widać jest stosowana także w Afryce Zachodniej. Senegalczycy twórczo rozwinęli ten mechanizm – policyjny mandat również jest swego rodzaju blokadą… prawa jazdy. Dokument trafia na komisariat. Kierowca musi się tam udać osobiście. Zapłacić. I wtedy prawko odzyskuje.

Funkcjonariusze zwykle są jednak wyrozumiali.

– Zebra praktycznie nic nie oznacza. Samochód prawie rozjeżdża pieszego na pasach, a policjant stojący obok nie reaguje – opowiada Anna Haris, mieszkająca od kilkunastu lat w Senegalu. – Nieraz się zastanawiałam, czy on w ogóle zna przepisy. Jadąc taksówką próbuję liczyć, ile punktów karnych zarobiłby kierowca. Albo nawet ile razy straciłby prawo jazdy. Podczas jednego kursu!

Anna śmieje się, że pierwszeństwo na skrzyżowaniach mają… większe auta.

– Kto większy, kto ma silniejsze nerwy – ten jedzie. Kłótnie na ulicach to norma. Znaki są, ale z respektowaniem różnie bywa. To, jak wszystko w Afryce, nie jest jednoznaczne.

Anna wie, co mówi, bo od wielu lat jeździ po afrykańskich drogach i bezdrożach. Jeździła także po Polsce, Europie. Podkreśla, że choć infrastruktura w Senegalu jest coraz lepsza, to kierowcy nawyków nie zmieniają.

– Przepisy dotyczące pasów bezpieczeństwa czy rozmów przez telefon są. Tylko nikt ich nie egzekwuje – śmieje się Marta, dziennikarka i podróżniczka, która objechała Afrykę.

Ważniejszy od kodeksu drogowego jest spryt kierowcy, jego doświadczenie, znajomość lokalnych zwyczajów.

– Wystawiają rękę zamiast kierunkowskazu, który w starych samochodach często nie działa – zauważa Joanna. – Tak samo wymuszają pierwszeństwo. Machaniem ręką i uśmiechem. Swoją drogą – rozbrajającym uśmiechem.

Anglojęzyczni blogerzy, opisując podróże po Afryce, podkreślają, że czerwone światło nic tam nie znaczy. Na ruchliwych skrzyżowaniach panuje chaos. Centra miast są zakorkowane. Prawie tak jak Londyn czy Rzym.

– W Dakarze jest dużo korków. Za małe drogi, za dużo aut – ocenia Katalina Szewczyk. Mówi o sobie Polko-Kanadyjka z Dakaru.

Jej też senegalscy kierowcy kojarzą się z machaniem rękoma i miganiem światłami. W myśl zasady „raz ja kogoś przepuszczam, innym razem on mnie przepuści”. Katalina podkreśla, że trudno przejeżdża się przez skrzyżowania o ruchu okrężnym.

– Moim zdaniem ronda w Dakarze są źle zaprojektowane – ocenia. – Ten, kto by czekał, aż ci, którzy są na rondzie, zjadą… nigdy by się nie doczekał. Więc wszyscy się pchają i jadą, jak mogą.

Katalina potwierdza, że znaków i ograniczeń prędkości Senegalczycy nie przestrzegają. Mało kto sygnalizuje manewry na jezdni. A już taksówkarze są mistrzami freestyle’u.

Egzamin dla niepiśmiennych

W miejskiej dżungli liczy się refleks i przebojowość. Prawo jazdy jest dla kierowcy dodatkiem, który można bez trudu… kupić. Za równowartość kilkuset złotych. Jeśli ktoś już decyduje się na kurs i egzamin, nie powinien się stresować. Uprawnienia do kierowania na pewno zdobędzie.

– Egzaminy są tu zbyt łatwe. Nauka byle jaka – recenzuje Anna Haris. – Robiłam prawko w Senegalu, ale byłam po szkole jazdy w Polsce. Inaczej niczego bym się nie nauczyła. Oni tu nawet nie wspominają kursantom, że pieszy ma pierwszeństwo na przejściu.

O senegalskie prawko mogą starać się osoby, które ukończyły 18 lat. Motorowerem legalnie jeżdżą 16-latki. Egzamin teoretyczny, zwany code de la route, to test składający się głównie ze znaków drogowych. Egzamin praktyczny?

– Trzeba wjechać między dwie opony lub kołpaki ułożone na poboczu. Zmieścić się w taką jakby zatoczkę – opisuje Katalina.

To wszystko?

– Tak. Pytałam znajomych Senegalczyków. Nie było i nie ma jazdy egzaminacyjnej po mieście – zapewnia Katalina.

Na ulicach Dakaru i innych dużych miast można jednak spotkać elki (oznaczone inaczej niż w Europie, np. żółtym taksówkarskim kogutem z napisem „auto ecole”). Ci, którzy nie mają własnych samochodów, korzystają z floty firm zajmujących się szkoleniem. Pełny kurs to 60 godzin teorii i – zwykle – kilkanaście godzin za kółkiem. Senegalskie OSK oferują naukę w kilku wariantach, np. Base (podstawowy: 10 godzin), Premium (15 godzin), Prestige (20 godzin i lepsze auto), Excellence (30 godzin). Ile to kosztuje? Od 100 do 150 tys. franków zachodnioafrykańskich (XOF), czyli 650-960 zł.

Można również uczyć się samemu, zrobić badanie wzroku (5-6 tys. XOF, czyli 35 zł), zapłacić za egzaminy, a później za wydanie dokumentów. I wtedy prawko nie będzie kosztowało więcej niż 50 tys. XOF (ok. 325 zł).

Amerykanka, która siedem lat temu zdawała egzamin w Dakarze, wspomina na jednym z turystycznych portali, że najbardziej zapamiętała egzaminacyjne pytanie o… śnieg.

– Tak. Śnieg. Bo korzystają z francuskich testów – tłumaczy dziewczyna.

Klimat w Afryce ma nie wiele wspólnego z porami roku we Francji. Ale kandydaci na kierowców muszą przecież radzić sobie w każdych warunkach.

Szczęśliwa posiadaczka prawa jazdy, a właściwie permis de conduire (francuski jest w Senegalu językiem urzędowym), radzi, by zawsze negocjować cenę kursu. I żeby zabezpieczyć się jakimś upominkiem dla egzaminatora.

– Ja tak zrobiłam. W razie czego. Gdybym słabo wypadła – usprawiedliwia się. – Nie znam francuskiego. Nie czytam i nie piszę w tym języku. Nie osądzajcie mnie. Niektórzy nazwą to, co zrobiłam, korupcją. Ja mówię o zaradności, skuteczności – tłumaczy Amerykanka.

Anna Haris też nie ukrywa, że kwitnie proceder opłacania egzaminów.

– Parkowanie niby jest łatwe, ale ustawiają opony tak blisko, że wjedzie tylko kierowca ze sporym doświadczeniem. Z grupy zdaje jedna lub dwie osoby – opowiada Anna. – A reszta? Płaci równowartość około 200 zł i prawo jazdy otrzymuje.

Co ciekawe: prawko jest ważne dziesięć lat. Później trzeba je odnowić. Odpłatnie. To minus. Plusem jest to, że poprawne zaparkowanie osobówką między oponami uprawnia do prowadzenia także większych pojazdów. Katalina ze zdziwieniem sfotografowała prawo jazdy kolegi.

– Jest ważne na mały skuter, samochód osobowy, ciężarówkę, autobus. A kolega nie zdawał kilku egzaminów na poszczególne kategorie.

Przegląd techniczny. Co to takiego?

Obcokrajowcy, którzy po Senegalu jeżdżą na tzw. międzynarodowe prawo jazdy, powątpiewają w aż taką wszechstronność afrykańskich kierowców. Dziwią się również, jak można gruchoty bez świateł i zderzaków dopuścić do ruchu.

– Samochody bez działających kierunkowskazów lub bez elementów karoserii to zwyczajny obrazek. Podróżując tzw. taksówkami kolektywnymi miewałam problemy z określeniem marki pojazdu – komentuje z humorem Marta. – Jeżdżą tam dziwnymi składakami. Ważne, że to „coś” się porusza. Że można zabrać pasażerów i zarobić. Pamiętam busik, w którym nie działała żadna kontrolka, żaden zegar.

Przepisy regulujące przewóz osób i towarów zapewne istnieją, lecz interpretowane są bardzo liberalnie. Liczbę pasażerów autobusu ogranicza nie adnotacja w dowodzie rejestracyjnym, tylko gabaryty i wytrzymałość podróżnych. Często do mikrobusa pakuje się… kozy, kury lub inne zwierzęta

– Jechałam kiedyś między wiklinowymi koszykami z drobiem – wspomina Marta.

Joanna zwraca uwagę, że inwentarz i dobytek przewozi się nie tylko w, a także na samochodzie.

– Na dachu transportuje się czasem barany, na przykład na święto Tabaski – wyjaśnia Polka z Senegalu. – Raz widziałam trumnę na dachu samochodu i zastanawiałam się, czy była pusta… – zawiesza głos.

Trumna to niecodzienny widok. Standardem są natomiast figurki i obrazki lokalnych świętych we wnętrzach pojazdów, szczególne taksówek.

– Mają chronić na drodze – tłumaczy Joanna. – Pewnie jak u nas św. Krzysztof.

Natomiast Katalina dzieli się też inną ciekawą obserwacją: auta w Senegalu często mają tablice rejestracyjne (a dokładniej – podkładki, ramki) z Francji, Belgii, a nawet Polski! To zwykle stare, mocno wyeksploatowane pojazdy, na które w Europie trudno byłoby znaleźć kupców.

– Są w kiepskim stanie, ale w większości przypadków markę można rozpoznać. Jeśli na przykład pozostały litery YOT, to chyba była kiedyś toyota.

– Samochody trzymają się na sznurek. Ale jeździ się tu po ułańsku – dodaje Joanna.

Opowiada też o zdezelowanych furgonetkach, busach. Głośnych. Kolorowych. W godzinach szczytu obwieszonych ludźmi.

– Pasażerowie trzymają się drabinki, chybotliwych drzwi lub dachu.

Annę zadziwia wygląd rozpadających się taksówek. I metodyka pracy taksówkarzy.

– Taksówki jadą bardzo wolno, gdy są puste. Kierowca rozgląda się, dosłownie łowi klienta. I zatrzymuje się, gdy go zobaczy. W miejscach najbardziej nieprzewidywalnych. A „stopy” nie zawsze działają. Gdy już ma klienta, jedzie na łeb, na szyję. Byle najszybciej dowieźć i jak najszybciej znaleźć kolejnego. Co ważne: nie ma liczników taxi. Cenę ustala się zanim się wsiądzie.

Mandaty też próbuje się negocjować. Stawka wyjściowa to 6 tysięcy XOF. Znajoma Joanny raz zapłaciła 3 tys. (mniej niż 20 zł) za niezapięte pasy. Drogówka zatrzymała ją też, kiedy rozmawiała przez telefon bez zestawu słuchawkowego. Grzywna? 5 tys. XOF.

Drogi coraz bardziej asfaltowe

O karach za przekroczenie prędkości rzadko się słyszy. Pierwszy powód, wspomniany wyżej, to brak urządzeń pomiarowych. Drugi – warunki atmosferyczne, geologiczne, hydrologiczne.

– Drogi w interiorze są w takim stanie, że nie da się po nich jechać szybko. Po intensywnych opadach deszczu czasami w ogóle nie da się przejechać – opisuje Marta. – Kiedy jest sucho i bardzo gorąco, dokucza kurz, pył, piasek. Można by zamknąć okna, ale wtedy nie wytrzyma się temperatury. Trzeba więc zostawić otwarte i dostosować prędkość. Zwolnić.

W Senegalu jest tylko jedna płatna autostrada. Prowadzi przez Dakar na turystyczne południe kraju i do otwartego 7 grudnia nowoczesnego lotniska im. Blaise Diagne. Ale dróg szybkiego ruchu (130 km/h) przybywa.

– Gdy tu przyjechałam w 2000 roku, pokonanie 80 kilometrów poza Dakarem było katorgą – wspomina Anna Haris. – A niedawno śmignęłam 600 kilometrów do Velingary w sobotę, w niedzielę powrót i nawet się nie zmęczyłam. Z przerwą na obiad i postojami na papierosa. 500 km przejechaliśmy ze średnią ponad 70 km na godzinę. Nowe drogi powstają głównie z projektów pomocowych – komentuje Anna.

O kilometrach świeżego, równego asfaltu mówi też Joanna. W mniejszych miejscowościach nawierzchnia bywa dziurawa, lecz…

– Generalnie jakość dróg bardzo się poprawia – ocenia Polka.

Po regionalnych trasach można śmigać 90 km/h. W terenie zabudowanym obowiązuje – tak jak w większości krajów europejskich – ograniczenie do 50 km/h.

Katalina Szewczyk zauważa, że większość wypadków drogowych, o których się słyszy w Dakarze, to zdarzenia z udziałem skuterów i motocykli. Oczywiście, jak w każdym mieście, zdarzają się stłuczki, drobne kolizje.

– Dużo aut, w tym moje, jest podrapanych, obitych.

Opowiada też o przewróconych ciężarówkach.

– Towar wszędzie rozrzucony, droga zablokowana, korki większe niż zwykle – barwnie maluje drogowe obrazki.

Podkreśla, że w Senegalu jako kraju muzułmańskim nie słyszy się o „drunk driving”, bo większość społeczeństwa nie spożywa alkoholu. Dzięki temu na ulicach jest bezpieczniej.

– Ale kierowcy są fatalni – podsumowuje krytycznie Anna Haris.

Tomasz Maciejewski

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Brak produktów w koszyku.