Lekarz medycyny pracy zezwala na kierowanie samochodem prywatnym, ale służbowym już nie. A wszystko przez bałagan w przepisach.

Pan Jacek (nazwisko znane redakcji) pracuje w komisie samochodowym. Któregoś dnia upadł na placu pomiędzy samochodami i przypadkowy klient znalazł go z rozbitą głową. Pan Jacek nie pamięta zdarzenia. Na kilka tygodni trafił do szpitala na oddział neurochirurgii, a później na kilkumiesięczne zwolnienie lekarskie.


Przed powrotem do pracy otrzymał skierowanie na badania lekarskie. Udał się do przychodni medycyny pracy, ale na skierowaniu pracodawca wpisał mu, że pracuje na stanowisku sprzedawca-kierowca. No i tu zaczynają się schody, ponieważ w wypisie ze szpitala znajduje się informacja o padaczce. Przeszedł badania lekarskie, ale neurolog nie chce odpowiadać za dopuszczenie go do pracy. Pan Jacek otrzymał skierowanie na testy psychologiczne do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego.


- Na testach byli ze mną wyłącznie kandydaci na zawodowych kierowców - mówi pan Jacek. - Nawet pani psycholog dziwiła się, co ja tutaj robię. Tłumaczyłem, że posiadane przez nią prawo jazdy kategorii B nie różni się niczym od mojego. Czasem wsiadam do samochodu z klientem, ale jako pasażer. Wiadomo przecież, że klient przed kupnem chce się przejechać samochodem za kierownicą, a nie tylko jako pasażer.


Testy pan Jacek zdał, ale mimo to wątpliwości nie zniknęły. Po telekonferencji między WORD-em a przychodnią medycyny pracy uznano, że pan Jacek może prowadzić samochody prywatne, ale już w pracy nie będzie to możliwe. Przychodnia medycyny pracy przesłała orzeczenie lekarskie do wydziału komunikacji. Pan Jacek otrzymał z wydziału komunikacji pismo zawiadamiające o konieczności udania się na badania lekarskie, tym razem do Wojewódzkiej Przychodni Medycyny Pracy, które potwierdzą jego zdolność do kierowania pojazdami.


- Na nic zdały się moje tłumaczenia, że dwa miesiące wcześniej przechodziłem dokładnie takie same badania, ale w jednej z wielu przychodni medycyny pracy w mieście, bo akurat z taką mój pracodawca miał podpisaną umowę - mówi pan Jacek. - Próbowałem to tłumaczyć lekarzowi, ale okazało się, że za cały komplet badań będę musiał zapłacić prawie 400 zł.


Niezbędna okazała się też wizyta u lekarza, który podczas pobytu w szpitalu opiekował się panem Jackiem. - Trochę zdziwiła mnie diagnoza na karcie wypisowej ze szpitala - mówi pan Jacek. - Nie wiem, co się ze mną działo, zanim zostałem znaleziony przez tego mężczyznę. Nie jestem pewien, czy to był atak padaczki, ponieważ nikt tego nie widział. Wiadomo, że jeśli jeden lekarz napisał, że nie mogę prowadzić pojazdów służbowych, to nikt inny o tej specjalności tego nie podważy.


Ostatecznie pan Jacek uznał, że nie pójdzie na badania, których efekt właściwie jest już przesądzony. - Tak czy inaczej stracę prawo jazdy - mówi ze smutkiem.


29 czerwca 2011 r. weszło w życie rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie badań lekarskich kierowców i osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami. - Według tego dokumentu bezwzględnym przeciwwskazaniem do kierowania pojazdami jest wystąpienie napadu padaczkowego w ciągu ostatnich dwóch lat choroby. Ponowne ubieganie się o prawo jazdy albo przedłużenie jego ważności jest możliwe dopiero po przedstawieniu opinii neurologicznej, która potwierdzi brak napadów w ciągu ostatnich dwóch lat leczenia - tłumaczy Dorota Groszkowska, dyrektor wydziału komunikacji Urzędu Miasta Olsztyna.


W sytuacji pana Jacka może to oznaczać, że prawo jazdy straci co najmniej na dwa lata. Żeby je odzyskać, będzie też musiał ponownie przystąpić do egzaminu na prawo jazdy.


Pan Jacek stracił pracę, a na początku listopada otrzymał pismo z wydziału komunikacji. Jeśli w ciągu siedmiu dni nie dostarczy wyników badań, zostaną mu cofnięte uprawnienia do kierowania pojazdami.


Anita Urszula Małecka


 

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0