Być może już od jesieni obcokrajowcy mieszkający w Wielkiej Brytanii nie będą już mogli zdać egzaminu na prawo jazdy w swoim ojczystym języku. Tamtejsze ministerstwo transportu odkryło, że cudzoziemcy dopuścili się wielu oszustw. Kluczową rolę w całym procederze odgrywali tłumacze.

O zamiarach brytyjskiego rządu poinformował „Daily Mail”.


Teraz prawo w Wielkiej Brytanii jest skonstruowane w taki sposób, żeby jak najbardziej ułatwić życie imigrantom. Zarówno egzamin teoretyczny jak i praktyczny można zdawać w 19 różnych językach, m.in. polskim, rosyjskim, albańskim, czy urdu. Jak wygląda to w praktyce?


Wszystkie pytania, które wyświetlają się na monitorze komputera po angielsku można także odsłuchać w języku obcym. Dowolną ilość razy. Z kolei podczas egzaminu praktycznego dopuszczone jest korzystanie z usług tłumacza. Wystarczy, że ma ukończone 16 lat. Zamiar zdawania egzaminów w językach innych niż angielski trzeba tylko zgłosić.


Warto dodać, że na Wyspach Brytyjskich nie trzeba odbywać szkoleń w licencjonowanych szkołach jazdy. Naukę można odbyć z instruktorem lub inną osobą, która ukończyła co najmniej 21 lat oraz posiada prawo jazdy wydane w Wielkiej Brytanii lub w jednym z krajów UE (w tym w Polsce) nie wcześniej niż trzy lata wstecz. Samochód służący do nauki musi tylko być z przodu i tyłu oznaczony literą „L”. Jeśli jednak ktoś czuje się na siłach, żeby zdać egzamin bez kursu, to także nie ma z tym problemu.


Większość z tych bardzo przyjaznych cudzoziemcom zasad ma zostać zmieniona już jesienią. W ciągu dwóch ostatnich lat unieważniono prawo jazdy prawie 800 osobom, które oszukiwały podczas egzaminu. Kluczową rolę odgrywali tłumacze. To właśnie oni pomagają kursantom. Dziewięciu tłumaczów straciło już pracę.
Brytyjskie ministerstwo transportu jest wynikami kontroli bardzo zaniepokojone. Minister Mike Penning powiedział, że prawo trzeba zmienić. W Wielkiej Brytanii nie powinno wydawać się prawa jazdy osobie, która może spowodować wypadek tylko z tego powodu, że nie potrafiła właściwie odczytać znaku ostrzegawczego - uważa Penning.


Problem w tym, że całą sprawą zainteresowała się Komisją ds. Równości i Praw Człowieka. Stoi ona na stanowisku, że planowane zmiany naruszają antydyskryminacyjne akty prawne. Minister transportu Mike Penning specjalnie się tym nie przejmuje. Uważa, że racja jest po jego stronie. Jest zdeterminowany, żeby zmiany zostały wprowadzone jeszcze jesienią tego roku.

redaktor felietonista z działu
Shopping Cart
Brak produktów w Twoim koszyku.
Razem
0,00 
0