Niechronieni, poważnie zagrożeni

Data publikacji: 30.01.2018

Liczba tragicznych zdarzeń na polskich drogach systematycznie spada. Niestety, okazuje się, że sytuacja w ogólnym ujęciu wygląda lepiej niż w rozbiciu na czynniki pierwsze.

Od dłuższego czasu znacząco nie zmniejsza się liczba zdarzeń z udziałem motocyklistów, motorowerzystów i rowerzystów, czyli niechronionymi uczestnikami ruchu drogowego. Przyczyniają się do nich sami poszkodowani – m.in. w niewłaściwy sposób korzystając z drogi czy lekceważąc kwestie związane z oświetleniem i odblaskami. Bez winy nie są również kierowcy samochodów, którzy nie zachowują szczególnej uwagi w momencie wyprzedzania pieszych czy użytkowników jednośladów albo nie ustępują im pierwszeństwa. Atmosferę od lat podgrzewają media, w pogoni za sensacją pisząc, jak nieodpowiedzialni są rowerzyści, motocykliści, piesi czy taksówkarze.

Z dala od krawędzi

Prowadzi to do paradoksalnych sytuacji. Niektórzy kierowcy mają za złe rowerzystom, że korzystając z ulic zmuszają ich do zwalniania do 20–30 km/h. Tymczasem w mieście, gdy wzdłuż ulicy nie ma drogi dla rowerów, to właśnie na niej jest miejsce jednośladu napędzanego siłą mięśni. Istnieje kilka wyjątków dokładnie opisanych w Prawie o ruchu drogowym. Inna sprawa, że nawet konieczność kilkukrotnego odczekania na okazję do wyprzedzenia jednośladu nie wpływa istotnie na czas dotarcia do celu. W mieście i tak wszyscy spotykają się na światłach. Niestety, wielu kierowców wciąż nie rozumie, że jazda zrywami czy nawet chwilowe przekraczanie dozwolonej prędkości nie mają żadnego wpływu na średnią prędkość, a jedynie podnoszą zużycie paliwa i sprzyjają powstawaniu niebezpiecznych sytuacji.

Dużo kontrowersji wzbudza jazda rowerzystów w znacznej odległości od krawężników – półmetrowej bądź większej. Skąd takie praktyki? Chcą ominąć dziury, koleiny, studzienki czy kupki piachu, których nie brakuje przy krawędziach jezdni. Rowerzyści zwiększają odległość od krawędzi drogi także dlatego, żeby zminimalizować prawdopodobieństwo zderzenia się z pojazdem opuszczającym miejsce parkingowe, nagle otwierającymi się drzwiami auta lub zapobiec wyprzedzaniu ich z minimalną odległością. Niestety, większość zmotoryzowanych zapomina, że przepisy obligują ich do zachowania przynajmniej metra od wyprzedzanego jednośladu. Oznacza to, że w mieście – gdy z przeciwka jadą samochody lub auta są zaparkowane wzdłuż chodnika – poprawne wykonanie manewru bywa niemożliwe. Policzmy. Pasy ruchu na terenie zabudowanym mają 2,5–3,5 m szerokości. Odejmując od tego metr odstępu, odległość rowerzysty od krawężnika (ok. 0,5 m) czy szerokość roweru (ok. 0,7 m) otrzymujemy 2,2 m.

Ulatniająca się wiedza

Wyprzedzanie „na gazetę” może być kosztowne. W najlepszym przypadku skończy się na mandacie w wysokości 300 zł za niezachowanie bezpiecznego odstępu od wyprzedzanego pojazdu lub uczestnika ruchu (art. 24 ust. 2). W najgorszym – nawet na ośmiu latach więzienia za spowodowanie wypadku, którego następstwem jest śmierć innej osoby albo ciężki uszczerbek na jej zdrowiu. Podkreślmy, że to wszystko dla zaoszczędzenia jedynie kilkunastu sekund. Aż ciśnie się na usta przerysowane stwierdzenie, że znacznie lepszym pomysłem na wplątanie się w poważne tarapaty są inne przestępstwa. Mogą przynieść bardziej wymierne zyski, a grożą za nie mniejsze kary.

Na drodze każdy może popełnić błąd. Przy rozwijanych w mieście prędkościach dalszy rozwój wydarzeń bywa uzależniony od refleksu czy życzliwości innego kierującego. Do uspokojenia sytuacji zazwyczaj wystarcza mrugnięcie światłami awaryjnymi bądź pojednawcze uniesienie ręki. Rowerzyści rzadko mogą liczyć na takie gesty – nawet gdy zapobiegli stłuczce w porę naciskając na klamkę hamulca. Przeprosiny najłatwiej przychodzą zawodowcom, w tym kierowcom samochodów ciężarowych czy autobusów. Niewykluczone, że to zasługa powtarzanych co pięć lat szkoleń okresowych, które sprawiają, że profesjonaliści z przepisami czy wiedzą na temat zagrożeń w bezpieczeństwie ruchu drogowego są na bieżąco. Statystyczny Kowalski zdaje egzamin na prawo jazdy i nie sięga ponownie po kodeks drogowy. Niestety, wiedza jest ulotna, a przepisy co kilka lat ulegają nowelizacji.

Nie widzisz? Nie jedź!

Wsiadająca na rower czy motocykl osoba z odrobiną wyobraźni szybko zauważy, że ścisłe przestrzeganie przepisów i unikanie własnych błędów nie wystarczy. W trosce o własne zdrowie czy życie trzeba myśleć także za innych i starać się przewidywać ich reakcje. W naszych realiach wymagane jest zachowanie podwójnej wręcz ostrożności. Infrastruktura rowerowa najczęściej nie jest budowana od podstaw, tylko pojawia się w ramach modernizacji dróg. Stworzenie idealnych z punktu bezpieczeństwa ruchu czy widoczności rozwiązań, a nierzadko nawet połączenie kolejnych odcinków ścieżek w integralną całość, bywa niemożliwe. Wystarczyłoby jednak, żeby kierowcy zaczęli kierować się prostą, ale niezwykle skuteczną zasadą – „nie widzę, nie jadę”, a liczba niebezpiecznych sytuacji znacząco by spadła.

Oczywiście bez winy nie są także użytkownicy jednośladów. Rowerzystom zdarza się niesygnalizowanie manewrów, przejeżdżanie na czerwonych światłach, jazda pod prąd po ulicach bez kontrapasów czy pokonywanie przejść dla pieszych z wysoką prędkością. Przez kierowców samochodów szczególnie piętnowane jest to ostatnie zachowanie. Niestety, zmotoryzowani zapominają, że skręcając w drogę poprzeczną coraz częściej przecinają ścieżkę dla rowerów i są zobowiązani ustąpić pierwszeństwa rowerzystom jadącym wzdłuż niej.

Źle ubrani motocykliści

Rzesze motocyklistów wciąż znacznie przesadzają z rozwijanymi prędkościami czy kaskaderskimi wręcz manewrami. Spokojniej jeżdżący posiadacze motorowerów czy motocykli klasy 125 rzadko są właściwie ubrani. Buty za kostkę, kurtki i spodnie z protektorami oraz rękawice nie są powszechne. Zdarza się, że jakichkolwiek standardów bezpieczeństwa nie spełniają nawet nakrycia głowy, bo trudno nazywać kaskiem plastikową wytłoczkę za 35 zł w uniwersalnym rozmiarze, którą dorosły mężczyzna jest w stanie połamać gołymi rękoma. Zatrważa, że takie produkty sprzedają się niemal hurtowo, a przypadki sprawdzania homologacji kasków przez policjantów są tak częste, jak opady śniegu na pustyni. Nabywcom brakuje świadomości, że na szali jest ich zdrowie lub życie, a dużo lepszym wyborem byłby używany markowy kask – nawet porysowany czy w niemodnym kolorze. Pocieszające jest, że zainteresowani jazdą „dorosłymi” jednośladami w mniej lub bardziej kompletnych strojach pojawiają się już na kursach czy egzaminach. Przestają także dziwić wyprawy po pierwszy motocykl w pełnym rynsztunku. Posiadanie certyfikowanej odzieży staje się wręcz modne.

Empatia, czyli słowo-klucz

Wyeliminowanie zagrożeń czyhających na użytkowników jednośladów nie będzie łatwe i raczej wątpliwe, żeby udało się to drodze mandatowej. Bezcenna jest umiejętność postawienia się po drugiej stronie – kierowcy w roli rowerzysty wyprzedzanego na centymetry czy zmuszanego do awaryjnego hamowania czy rowerzysty jako kierowcy zaskakiwanego zmianą kierunku bez sygnalizowania takiego zamiaru lub przez innego cyklistę przemieszczającego się po zmroku bez oświetlenia. Wszyscy użytkownicy drogi powinni zrozumieć, że są sobie równi. Widzimy pojazdy, nie widząc człowieka. Części osób brakuje odpowiedzialności za samych siebie i umiejętności przewidywania konsekwencji podejmowanych działań. W szczególnie niekorzystnej sytuacji są rowerzyści. Tylko nieliczni wykupili dobrowolne ubezpieczenie OC. Pozostali za likwidację spowodowanej przez siebie szkody będą musieli zapłacić z własnej kieszeni. Wystarczy, że każdy miałby w pamięci pełny obraz swoich praw, obowiązków czy konsekwencji błędów, a sytuacja zaczęłaby wyglądać inaczej. Do zwiększenia świadomości konieczna jest praca u podstaw, poparta kampaniami edukacyjnymi, które przemówią do osób mających okres motoryzacyjnej edukacji za sobą.

Uprzejmość nic nie kosztuje

Akcja „Patrz w lusterka – motocykle są wszędzie” dowodzi, że dobrze zaplanowane, zmasowane i powtarzane działania mają sens. Motocykliści zauważyli, że od kilku lat jazda w korkach czy wyprzedzanie są łatwiejsze – gdy jest to bezpieczne i możliwe, kierowcy samochodu potrafią oddać motocykliście nieco przestrzeni. Zrozumieli, że uprzejmość nic nie kosztuje, a umożliwiając jednośladowi przejazd nie wydłużają znacząco czasu podróży. Na nieźle przygotowany grunt trafili nowi użytkownicy maszyn o pojemności 125 ccm, którzy nie posiadali motocyklowego prawa jazdy, a przesiedli się na jednoślady na mocy znowelizowanych przepisów. Przeciwnicy zmian wieścili wzrost liczby wypadków, do którego jednak nie doszło. Pozostaje planować więc kolejne akcje, gdyż na tle innych krajów Europy mamy jeszcze wiele do zrobienia w kwestii kultury jazdy czy zachowań podnoszących poziom bezpieczeństwa.

Ciekawym spostrzeżeniem z czytelnikami Onet.pl podzielił się Maciej Kurek ze stowarzyszenia Kraków Miastem Rowerów.

– Moim zdaniem największy grzech, jaki popełniają rowerzyści to... niejeżdżenie na rowerze. Znam wiele osób, które posiadają rowery i wyciągają je z garażu lub z piwnicy raz na jakiś czas. Zbyt wielu rowerzystów nie traktuje swojego pojazdu jako środka codziennego transportu. Upowszechnienie używania roweru przyniosłoby poprawę bezpieczeństwa na drogach. Moda na rower jest zjawiskiem stosunkowo nowym w naszym kraju i wielu osobom brakuje wiedzy i umiejętności, potrzebnych do poruszania się w ruchu miejskim. Zapewne stąd biorą się grzechy rowerzystów. Jednak wiele z nich jest grzechami tylko z punktu widzenia kierowców i wynika z postrzegania ruchu miejskiego jako nieustannej wojny. Im prędzej uświadomimy sobie, że samochody nie są pojazdami uprzywilejowanymi i takie samo prawo do korzystania z ulic mają piesi i rowerzyści, tym szybciej nauczymy się wzajemnego szacunku. To z pewnością pozytywnie wpłynie na statystyki wypadków w polskich miastach.

Łukasz Szewczyk

aaa

« powrót

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz