Za dużo poprawek na kieszeń kursanta

Data publikacji: 12.07.2017

Rewolucyjny pomysł dyrektora WORD w Toruniu! Kandydaci na kierowców płaciliby tylko za dwa podejścia do egzaminu na kategorię B. Później do kasy musiałby się pofatygować instruktor. Kolejne poprawki obciążałyby starostę i wojewodę.

Ile kosztuje prawo jazdy? To popularne pytanie w wyszukiwarkach internetowych. Kto chce usiąść za kółkiem, musi mieć nie tylko półtora tysiąca na kurs, ale jeszcze kilkaset złotych na wizyty w wojewódzkim ośrodku ruchu drogowego. Opłata za egzamin teoretyczny wynosi 30 zł, za część praktyczną – 140 zł. Niestety, za pierwszym podejściem zdaje co trzeci kandydat na kierowcę. Reszta stresuje się na poprawkach. Niektórzy zdają za czwartym, piątym, szóstym razem.

Czy chodzi tylko o rzetelne zweryfikowanie umiejętności kursantów? Z raportu Najwyższej Izby Kontroli (z 2015 roku) wynika, że wpływy z opłat za egzaminy stanowią 90 proc. budżetów WORD-ów. Aż 75 proc. przynoszą poprawki! Eksperci przyznają, że system szkolenia i egzaminowania jest daleki od doskonałości. Potwierdził to również dyrektor WORD Toruń. Pod koniec kwietnia, w rozmowie z „Gazetą Pomorską”, Marek Staszczyk stwierdził:

– Skoro zdawalność egzaminów na najpopularniejszą kategorię prawa jazdy B jest niska i nic w tej materii nie zmienia się od lat, to należy zmotywować do pracy nie tylko kursantów, ale też podmioty odpowiedzialne za szkolenie i nadzór nad tym procesem – postuluje Staszczyk.

Proponuje, by za trzecie podejście do egzaminu płacił OSK. Za kolejną poprawkę – starostwo powiatowe (organ nadzoru nad ośrodkami szkolenia). Za piąty egzamin – wojewoda jako przedstawiciel administracji rządowej. Po piątym niepowodzeniu kursant wracałby na obowiązkowe doszkolenie, które częściowo finansowałby OSK.

Staszczyk argumentuje, że trzeba wymagać nie tylko od kandydatów na kierowców, ale również od tych, którzy ich uczą. A przede wszystkim od tych, którzy nadzorują system szkolenia, odpowiadają za legislację.

Szef toruńskiego WORD-u proponuje m.in. wprowadzenie akredytacji dla OSK. Dlaczego? Bo w jego ocenie wiele ośrodków przyciąga klientów tylko niską ceną, nie zapewniając odpowiedniej jakości. Jeśli osoby przygotowywane w danym OSK miałyby trudności ze zdobyciem uprawnień do kierowania pojazdami (zdawalność poniżej 30 procent) – taki ośrodek byłby wykreślany z rejestru i przez rok nie mógłby prowadzić działalności.

Wszyscy piorą WORD-y

Staszczyk nie jest młodym naiwnym rewolucjonistą w świecie oznaczonym literką L. Od lat dyrektoruje w toruńskim WORD-zie. Do niedawna podlegał mu również ośrodek w Bydgoszczy. Pełni funkcję sekretarza Kujawsko-Pomorskiej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Czy jego odważne propozycje wywołają burzę w branży?

– Gdyby weszły w życie, byłby bojkot – prognozuje Urszula Moćko, właścicielka OSK z Gliwic.

– Kto to wymyślił? Staszczyk? – niedowierza Sebastian Wesołowski, instruktor z Torunia.

– Kiedy pan starosta o tym przeczytał, od razu mnie wezwał – opowiada Marek Ziemer, kierownik wydziału komunikacji Starostwa Powiatowego w Grudziądzu. – Pomysł dyrektora WORD Toruń uważamy za absurdalny.

– Wszyscy piorą WORD-y, więc dyrektor inteligentnie postanowił pokazać innym: wy też się tłumaczcie – komentuje Mirosław Augustyniak, egzaminator nadzorujący, wcześniej dyrektor WORD-u Ostrołęka. – Jeśli szkoła płaciłaby za poprawkę, to nie wypuściłaby kursanta nieprzygotowanego. Więcej by wymagali. Choć podejrzewam, że niektóre OSK wolałyby zapłacić i nie zajmować się już danym delikwentem – dodaje z humorem Augustyniak.

Ocenia, że nadzór starostw powiatowych nad OSK jest marny, przepisy niezbyt mądre, kompetencje instruktorów bardzo zróżnicowane.

– I pierwsza tama jest u nas – stwierdza Augustyniak. – Podczas egzaminu następuje weryfikacja. Umiejętności kandydata na kierowcę i tych, którzy go przygotowywali. Wszyscy narzekają na niską zdawalność. Pytanie, czy na tej populacji można zrobić wyższą niż 50 procent? – zastanawia się doświadczony egzaminator.

Ostrołęcki ośrodek wyróżnia się właśnie takimi wynikami. I uznawany jest za jeden z najbardziej przyjaznych w Polsce. Ale są miasta, gdzie zdawalność nieznacznie przekracza 20 proc. Trudno więc dziwić się komentarzom, że poprawki stały się metodą zarabiania pieniędzy przez samorządowe instytucje, powołane m.in. do egzaminowania kierowców.

O inicjatywę Staszczyka zapytaliśmy szefów innych WORD-ów. Nie odpowiedzieli. Nawet prezes Krajowego Stowarzyszenia Dyrektorów WORD, kierujący ośrodkiem w Łodzi Łukasz Kucharski, nie znalazł dla nas czasu. Dyrektor Staszczyk również nie chciał na naszych łamach doprecyzować swojego pomysłu.

Dlaczego mamy płacić za humory egzaminatora?

Bardziej rozmowni są właściciele szkół jazdy, instruktorzy. I jak łatwo się domyślić – propozycja opłat za poprawki i doszkalanie podnosi im ciśnienie.

– Może powinienem oddawać pieniądze za kurs, jeśli ktoś nie zda za pierwszym lub drugim razem? – ironizuje szef dużej akademii nauki jazdy w Warszawie. – Nie chcę sobie robić wrogów, ale wszyscy z branży wiedzą, jak to działa. Dyrektor WORD-u musi wykonać plan finansowy. A wśród egzaminatorów są specjaliści od oblewania. Hołowczyc też by u nich nie zdał – przekonuje właściciel OSK.

Potwierdza to Sebastian Wesołowski, kierownik ODTJ Szkoły Jazdy „Rajder” w Toruniu.

– Duży wpływ na wynik egzaminu ma czynnik ludzki – tłumaczy Wesołowski. – I nie chodzi tylko o kursanta, lecz o postawę egzaminatora. Dlaczego mam płacić za jego zły humor danego dnia? Niby są precyzyjnie określone kryteria oceny kierowcy, ale zdarza się wiele kontrowersyjnych sytuacji, sprzecznych interpretacji, niejasnych decyzji – mówi Wesołowski.

Jako instruktor techniki jazdy pracuje od 15 lat. Opowiada o egzaminach, których sam by nie zaliczył.

– Jeśli jedzie się o ósmej rano na najtrudniejsze skrzyżowanie w mieście i tam każe się zawrócić, co w godzinach największego szczytu jest praktycznie niemożliwe, to trudno nie dostrzec w tym celowego działania – ocenia Wesołowski. – W każdym mieście są takie miejsca. W każdym WORD-zie są egzaminatorzy okryci złą sławą. Dlaczego ich praca ma rzutować na wyniki finansowe OSK? – pyta instruktor.

Podkreśla, że na egzaminatorów jest dużo skarg, choć nie zawsze przybierają one formę oficjalną. Kandydaci na kierowców – w opinii Wesołowskiego – nie mają chęci, czasu i odwagi na procedury odwoławcze.

Augustyniak broni kolegów po fachu. Podkreśla, że wyniki egzaminów – w uzasadnionych przypadkach – są weryfikowane.

– Skończyła się epoka egzaminatorów chorych na władzę – przekonuje. – Zmiany pokoleniowe widać także w WORD-ach. Naprawdę do rzadkości należą sytuacje, kiedy egzaminowany może mówić o niesprawiedliwym czy bardzo surowym traktowaniu.

Ekspert z Ostrołęki przyznaje jednak, że proces egzaminowania trudno uznać za stuprocentowo obiektywny.

– Z doświadczenia mogę powiedzieć: jeśli egzaminator przeprowadza dziennie dziesięć egzaminów, zwykle co do trzech pozytywnych i trzech negatywnych wyników nie ma wątpliwości. Cztery są dyskusyjne. I jak to rozstrzygnąć? Pół na pół. Dwie na korzyść klienta? A może wszystkie? Egzaminator mógłby przymknąć oko, życzliwie potraktować początkującego kierowcę. Ale przeanalizują nagranie i zapytają: za ile to oko przymknął – tłumaczy w swoim stylu Augustyniak.

Kursant się spieszy. Instruktor się wstydzi

Zwraca uwagę na jeszcze jedną ciekawą statystykę. Dlaczego instruktorzy tak rzadko uczestniczą w egzaminach? Przecież mogą w ten sposób dodać otuchy swoich uczniom, pomóc rozładować stres, co również ma wpływ na statystyki zdawalności.

– Jeśli kursant umie jeździć, to nie mam po co z nim iść. Jeśli nie umie, to również nie mam po co. Takie tłumaczenia słyszę od instruktorów – opowiada Augustyniak.

Mówi, że egzaminy wewnętrzne „powinny wyglądać inaczej”. W domyśle – muszą być rzetelną weryfikacją umiejętności kandydata na kierowcę, a nie tylko przejażdżką zakończoną przybiciem pieczątki.

– Kursantom zwykle się spieszy. Kiedy nie zaliczy się im wewnętrznego, robią awanturę – opowiada Krzysztof Bandos, właściciel OSK w Łowiczu, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców. – Są przypadki, że do biura wpada rodzina dziewczyny czy chłopaka robiącego prawko i domaga się wydania papierów. Wytrzymasz presję, zachowasz się odpowiedzialnie – obsmarują cię na formach internetowych – opisuje Bandos.

Podobną sytuację przeżyło wielu instruktorów.

– Jeśli mówię, że ktoś potrzebuje kilku dodatkowych godzin za kółkiem, nie robię tego, żeby wyciągnąć kasę. Bo na brak klientów i pracy nie narzekam – stwierdza właścicielka OSK „Ula” w Gliwicach. – Rozumiem, że młody człowiek chce jak najszybciej zdobyć wymarzone prawko. Ale jeśli tłumaczę, że nie jest jeszcze gotowy na egzamin, a on mówi, że chce spróbować, to nie mogę odpowiadać, również finansowo, za to, że nie zdał – stwierdza Urszula Moćko.

Podkreśla przy tym, że „jej kursanci” raczej nie muszą się martwić kilkoma poprawkami. Zwykle zdają za pierwszym lub drugim podejściem.

Moćko postuluje, by zamiast kontrowersyjnych zmian przepisów dotyczących opłat za egzaminy wydłużyć proces szkolenia.

– Praktyczna nauka jazdy powinna trwać co najmniej pięćdziesiąt godzin. Wiem, zaraz pojawi się zarzut, że OSK chcą więcej zarabiać. Dlatego mam propozycję: pozwólmy doszkalać rodzicom. Tak jak we Włoszech czy Wielkiej Brytanii. Tata ma prawo jazdy od lat, nie był karany za przestępstwa drogowe – niech uczy syna czy córkę – wyjaśnia instruktorka z Gliwic.

– Wie pan, ile we Włoszech jest szkolenia obowiązkowego? Sześć godzin. A wie pan, ile jeżdżą? Zwykle ponad czterdzieści – potwierdza Bandos. – W Polsce zapis o trzydziestu wymaganych godzinach traktowany jest bezrefleksyjnie. Owszem, trafiają się osoby, które po piętnastu jazdach mogę z czystym sumieniem wysłać na egzamin. Ale większość powinna przygotowywać się zdecydowanie dłużej – diagnozuje prezes PFSSK.

Instruktorzy podkreślają, że nie mogą narzucić swoim podopiecznym terminu rejestracji w WORD-zie, nie mogą wymusić dodatkowego szkolenia.

– Co w sytuacji, gdy ktoś przystępuje do egzaminu kilka lat po kursie? Też mam odpowiadać za jego wynik? – pyta retorycznie szefowa ośrodka „Ula”.

– A jeśli kursant w trakcie nauki zmieni szkołę jazdy? Jak podzielić odpowiedzialność? Będziemy płacić za poprawkę po połowie? – zastanawia się Sebastian Wesołowski.

Czy starosta odpowiada za niezdaną maturę?

Instruktorzy z Gliwic i Torunia prognozują, że pomysł dyrektora Staszczyka nie wejdzie w życie nie tylko ze względu na opór środowiska OSK. Zauważają, że takie zmiany w prawie obciążyłyby budżet samorządów i państwa.

– Prędzej do WORD-ów dotrze dobra zmiana – ironizuje właściciel OSK w Rzeszowie. – Mówi się o tym, że wojewódzkie ośrodki przejdą pod nadzór ministerstwa. Marszałek straci kasę i ciepłe posadki dla swoich ludzi, lecz model finansowania zasadniczo się nie zmieni. Głównym źródłem pozostaną wpływy z opłat za egzaminy. Ktokolwiek rządzi, zawsze sięga do kieszeni obywateli.

Propozycja sięgnięcia do kasy powiatów (za czwarte podejście do egzaminu) u niektórych urzędników budzi uśmiech.

– Takie zmiany po pierwsze nie zyskają akceptacji polityków. Po drugie – byłyby niekonstytucyjne – tłumaczy nam wrocławski urzędnik z wydziału komunikacji, prosząc o anonimowość.

– Jaki my mamy wpływ na zdawalność egzaminów na prawo jazdy? Starosta sprawuje również nadzór nad szkołami – to ma oznaczać, że odpowiada za to, iż Kowalski czy Nowak nie zdał matury? – tłumaczy Marek Ziemer.

Porównanie ciekawe. Wydaje się jednak, że samorządy znacznie skuteczniej nadzorują placówki oświatowe niż ośrodki szkolenia kierowców. O tym, że kontrole sprowadzają się do papierologii, mówią wszyscy. Właściciele OSK, odwiedzający ich inspektorzy, kierownicy referatów komunikacji.

– Nie jest tak, że przyjeżdżamy, patrzymy na ściany, sufit, przeglądamy kwity i koniec – przekonuje Ziemer. – Przy czym kontrole musimy zapowiadać, więc firmy się do nich przygotowują – dodaje.

Może więc warto zmobilizować OSK, ale również starostwa do większej dbałości o interesy kursantów. A mobilizować może właśnie potencjalna kara finansowa w postaci opłat za egzaminy poprawkowe.

– Nie bierzemy pod uwagę, że ten pomysł wejdzie w życie. Nie analizujemy skutków finansowych dla powiatu – stwierdza Ziemer.

I przypomina inny kontrowersyjny pomysł dyrektora WORD-u Toruń. Zaoferował on samorządowcom pomoc w nadzorze nad ośrodkami szkolenia działającymi w danym powiecie.

– Starostowie byli zainteresowani, ale jak przyszło do szczegółów, okazało się, że tylko przez rok współpraca byłaby nieodpłatna. Później WORD wystawiałby nam rachunki – podsumowuje Zimer.

To potwierdzenie, że dyrektor Staszczyk ma zmysł biznesowy. Propozycja dotycząca płatności za poprawki egzaminów jest korzystna dla WORD-ów: nie uszczupla ich budżetu, a poprawia wizerunek. I mogłaby pozytywnie wpłynąć na poziom szkolenia.

– Trzeba się przespać z tym pomysłem – mówi Bandos. – OSK nie będą zachwycone, ale skłoni to instruktorów do większej odpowiedzialności za przygotowanie kursanta.

Augustyniak również nie skreśla pomysłu kolegi z Torunia. Przedstawia przy tym inną odważną koncepcję: łatwiejsze zdobywanie uprawnień do prowadzenia pojazdów, a równocześnie zwiększenie odpowiedzialności kierujących.

– Niech zdawalność będzie nawet na poziomie 80–90 proc., ale przez rok lub dwa warunkowe prawo jazdy. Jeśli w tym czasie spowodujesz kolizję, tracisz prawko na trzy miesiące i musisz się doszkalać. Jeśli jesteś sprawcą poważnego wypadku, możesz nawet dożywotnio stracić uprawnienia – proponuje egzaminator nadzorujący z WORD-u Ostrołęka. – Ludzie domagają się swobód, ułatwień, przywilejów. Od pierwszej klasy podstawówki obowiązuje zasada „należy mi się”. Każde dziecko musi zdać do następnej klasy. Każdy musi zostać przyjęty do szkoły. Każdy musi mieć prawo jazdy. Chcieliśmy budować społeczeństwo obywatelskie, zbudowaliśmy roszczeniowe. Skoro wszystko wszystkim się należy, z żelazną konsekwencją uczmy odpowiedzialności – stwierdza Augustyniak.

Tomasz Maciejewski

W 2008 roku podobny pomysł zgłosił (ministerstwu infrastruktury) ówczesny szef WORD-u Łódź, Zbigniew Skowroński. Proponował, by kursant płacił w całości tylko za jedną poprawkę egzaminu. Za trzecie podejście opłata wynosiłaby go 75 proc., resztę musiałaby dołożyć autoszkoła. Czwarty egzamin kandydata na kierowcę kosztowałby połowę, piąty – 25 procent. Kolejne – w całości musiałby sfinansować OSK.

Pomysł nie został zrealizowany. Nie trafił pod obrady sejmowych komisji. Ówczesny minister Cezary Grabarczyk oceniał, że taka zmiana przepisów mogłaby  zostać uznana za niezgodną z konstytucją.

aaa

« powrót

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz